|
Trzeba przyznać, że ostatni rok w polskich kinach wypadł całkiem nieźle i choć długo można by wymieniać, jakich filmów polski widz nie miał okazji zobaczyć w zeszłym roku, to na ekrany wszedł szereg dzieł ważnych, interesujących, dotykających w dodatku najbardziej istotnych problemów politycznych i społecznych. Jeśli przyjrzeć się repertuarowi polskich kin w ostatnim roku, to widać wyraźnie, jak silną pozycję zajmowało w nim kino polityczne. Przy tym recepcja jego politycznego wymiaru była wśród polskiej krytyki raczej dość słaba, być może dlatego, że poza Polakiem potrzebnym od zaraz Kena Loacha, czy Klasą Cantenta, były to filmy, przynajmniej na pierwszy rzut oka, znacząco odległe od tego, co zwykło kojarzyć się z kinem „społecznie zaangażowanym”, czy politycznym. Oczywiście, każde kino jest polityczne, czy chce tego, czy nie, jak mawiał Godard „każdy ruch kamery to kwestia ideologii”. Ale w tym roku wyraźnie widać mocną pozycję kina, które otwarcie zabiera głos w politycznych sporach i które ma ambicje być świadomie polityczne.
Silna obecność kina politycznego na naszych ekranach wynikała z jego wcześniejszych sukcesów na arenie międzynarodowej; dwa z trzech najważniejszych festiwali filmowych w ubiegłym roku (Berlin i Cannes) wygrały filmy bardzo silnie politycznie zaangażowane; Elitarni Jose Padilli i Klasa Laurenta Cantenta. Oba filmy są politycznymi wypowiedziami na temat konfliktów rozdzierających społeczeństwa, w których powstały. Padilla, w widowiskowej, odwołującej się do konwencji filmu policyjnego formie, wypowiada się na temat problemów peryferyjnego kapitalizmu w Brazylii (zwłaszcza generowanych przez niego absurdalnych społecznych nierówności), Cantent na temat tego, jak powinna działać demokracja w warunkach wieloetnicznego, „postkolonialnego” społeczeństwa francuskiego z początku XXI wieku. Nie są to przy tym wypowiedzi osamotnione w swoich narodowych kinematografiach.
Nurt „postkolonialny” w kinie francuskim (reprezentowany przez takich autorów jak Gaël Morel, czy Abdel Kechiche) jest jednym z najciekawszych zjawisk tamtejszej kinematografii. Francuskie „kino postkolonialne” podejmujące problemy francuskich emigrantów i ich potomków, jest kinem bardzo silnie upolitycznionym, a przy tym odległym od modelu „tożsamościowego”, charakterystycznego dla kina „postkolonialnego” z Wielkiej Brytanii (East Is East, Mój syn fanatyk), czy Stanów Zjednoczonych (np. amerykańskie filmy Miry Nair). W filmach francuskich twórców problemy emigrantów to problemy bardziej klasowe, niż tożsamościowe. Dla bohaterów filmów Kechiche’a, czy Morela (najczęściej pochodzących, tak jak autorzy tych obrazów, z Maroka) problemem nie jest „uznanie” ich „inności” przez białe, francuskie społeczeństwo, ale kwestie ekonomicznego wykluczenia, społecznej marginalizacji, czy brak możliwości partycypacji w obywatelskim życiu demokratycznej wspólnoty, zresztą problemy te często dzielą z nimi przedstawiciele „białej” klasy robotniczej, bezrobotni, bezdomni etc. Polityczny „podmiot”, który domaga się uznania w tych filmach, definiuje się przez miejsce, jakie przypisane mu zostało (a przeciw któremu się buntuje) w systemie społeczno-ekonomicznym francuskiego społeczeństwa, nie poprzez swoją „tożsamość kulturową”.
Podobną wizję współczesnego francuskiego społeczeństwa znajdujemy w filmie Cantenta. Klasa to obraz roku pracy nauczyciela w szkole w „złej dzielnicy”, zamieszkanej głównie przez emigrantów i ich potomków. Jednak tak jak w filmach Kechicha, czy Morela problemem nie jest „tożsamość” emigrantów, ale ich społeczne wykluczenie, nie pozwalające w pełni zostać im obywatelami. Klasa jest francuskim społeczeństwem w miniaturce, uwidaczniają się w niej wszystkie napięcia, resentymenty, ukryta agresja. Cantent pyta swoim filmem o możliwość istnienia demokracji w głęboko nierównym, podzielonym, wzajemnie nieufającym sobie społeczeństwie.
Nieprzypadkowy jest także sukces Padilli. Elitarni są częścią trwającego od dobrych kilku lat renesansu kina brazylijskiego. Polski widz miał szansę zapoznać się z nim podczas tegorocznego festiwalu Era Nowe Horyzonty we Wrocławiu, wcześniej na naszych ekranach gościły takie filmy jak Dworzec nadziei Waltera Sallesa, czy Miasto boga Fernando Mereillesa. Elitarni w sposób oczywisty narzucają skojarzenia z tym drugim filmem; są zrobieni w bardzo podobnej stylistyce, poruszają ten sam temat – życia w gettach nędzy w Rio de Janeiro, oba filmy oparte są przy tym na wspomnieniach „prawdziwych ludzi”. Miasto boga patrzy na getto z punktu widzenia młodego chłopaka, któremu udało się z niego wyrwać i zostać dziennikarzem, Elitarni z punktu widzenia oficera paramilitarnych oddziałów policji z Rio, dla którego getto jest obszarem ciągłej wojny. Perspektywa przyjęta przez film Padilli pozwala na szersze ujęcie społeczeństwa brazylijskiego i jego struktury klasowej. Filmowi Padilli zarzucano, że gloryfikuje przemoc państwa, demonizuje mniejszości etniczne, przyjmując niemalże faszystowski punkt widzenia. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka, może to tak wyglądać, prowadzący widza przez świat przedstawiony kapitan Nascimento (jego głos cały czas komentuje wydarzenia z offu) nienawidzi „hołoty z getta” i „bogatych liberałów” nie mających pojęcia o „prawdziwym życiu”, społeczeństwo postrzega jako stan permanentnej wojny, która wymaga podporządkowania się władzy, dyscypliny, bezwzględności, jeśli sam ma wątpliwości co celów i metod walki jaką toczy na ulicach w Rio, to robi wszystko by stłumić je w sobie. Padilla zaprzęga wszystkie filmowe sztuczki, by widz przyjął punkt widzenia Nascimento i jego ludzi, zidentyfikował się z jego walką i postawą. Ale jednocześnie reżyser prowadzi nas w ten sposób w ślepą uliczkę, Nascimento ponosi zupełną klęskę moralną i życiową, widz identyfikujący się z nimi nie otrzymuje na końcu filmu łatwej satysfakcji, poczucia, że „właściwa strona” zwyciężyła, Elitarni to nie Brudny Harry w brazylijskim kostiumie. Film Padilli podejmuje tyleż ciekawy, co niebezpieczny zabieg artystyczno-polityczny; skłania widza do inwestycji w „faszystowską ekonomię pragnienia”, by ukarać go za to na końcu, daje wybrzmieć autorytarno-faszystowskiej odpowiedzi na problemy społeczne generowane przez brazylijską formę kapitalizmu peryferii, by pozwolić jej się skompromitować.
Oprócz tych dwóch święcących triumfy na międzynarodowej arenie obrazów, mieliśmy w tym roku szereg innych wartościowych filmów politycznych. Na ponowną, uważną lekturę zasługuje zwłaszcza It’s a Free World Kena Loacha. Polski dystrybutor zatytułował film Polak potrzeby od zaraz, tytuł ten nijak ma się nie tylko do oryginału, ale także do tego, o co naprawdę w najnowszym dziele Loacha chodzi. Niestety, większość krajowej krytyki chyba przesadnie zasugerowała się polskim tytułem filmu, gdyż dyskusje o nim sprowadzały się głównie do sporów o obraz polskiej emigracji wyłaniającej się z dzieła Brytyjczyka. Tymczasem Loachowi w małym stopniu chodzi o Polaków, to, co w tym filmie naprawdę ciekawe to obraz współczesnego społeczeństwa brytyjskiego, najbardziej pesymistyczny w całej dotychczasowej twórczości reżysera. O ile w poprzednich filmach Loacha krytyce kapitalizmu towarzyszyła jakaś nadzieja na bardziej sprawiedliwy świat (utożsamiana na ogół z demokratycznym socjalizmem), to tu jej nie ma, rzeczywistość bezwzględnej, egoistycznej walki jednostek (i ich rodzin) o miejsce w społecznej hierarchii wydaje się być dla bohaterów ostatecznym horyzontem ich działań. Nawet przemoc tych, którzy padają ofiarą tej walki i nie chcą przyjąć na siebie roli ofiar, jest wewnątrzsystemowa, nie stoi za nią (jak stała za przemocą rewolucyjną, czy w ogóle polityczną) żadna wizja innej, bardziej sprawiedliwej rzeczywistości. To jest właśnie ten „wolny świat” z tytułu, rzeczywistość, w której wszelkie formy kolektywnego działania grup wykluczonych, wszelkie solidarnościowe, wspólnotowe ideały, uległy zupełnej erozji. Przyznam szczerze, że oglądany na tle całości twórczości Loacha, mimo wszystko mającej w sobie głęboko optymistyczny pierwiastek i wiarę w ludzi, film głęboko przygnębia. Ma się wrażenie, jakby Loach przyznawał, że idee, przeciw którym walczył całe swoje polityczne i artystyczne życie, zatriumfowały w brytyjskim społeczeństwie.
Za to na pokrzepienie lewicowych serc idealnym filmem w zeszłym roku była niemiecka komedia Hansa Weingartnera Free Rainer. To historia pracownika niemieckiej telewizji, który przechodzi wewnętrzną przemianę i postanawia walczyć z zalewającym wszystkie telewizyjne kanały chłamem (którego jedynym celem jest skłonienie ludzi, by konsumowali jak najwięcej), jaki sam wcześniej produkował. W tym celu, wraz z grupą sympatycznych dziwaków włamuje się do systemu badań oglądalności i fałszuje je tak, by wynikało z nich, że Niemcy pragną w prime timie filmów Fassbindera i kilkugodzinnych dyskusji o poezji. Film jest rozbrajająco naiwny, ale – w przeciwieństwie do Edukatorów, poprzedniego obrazu Weingarntera – jest naiwny w sposób świadomy, nie próbuje udawać, że jest czymkolwiek innym niż sympatyczną bajką, taką alterglobalistyczną Amelią. I jeśli przyjmie się, że oglądamy bajkę, to nie sposób oprzeć się urokowi tego dzieła.
Co ciekawe, w zeszłym roku na polskich ekranach mieliśmy także dużo świetnego, politycznego kina ze Stanów. O tym, że kino polityczne ma się w Stanach nieźle świadczyły filmy pokazywane na zeszłorocznym Warszawskim Festiwalu Filmowym, gdzie widzowie mogli zobaczyć kilka politycznie zaangażowanych, niezależnych produkcji. Większość wypowiadała się na polityczne tematy sięgając po gatunkowe konwencje, filmu science-fiction, antyutopii, czy thrillera spiskowego.
Jednak przede wszystkim na pamięć zasługują dwa triumfujące na zeszłorocznej ceremonii oscarowej filmy; Aż poleje się krew P. T. Andersona i To nie jest kraj dla starych ludzi braci Coen. Oba są bardzo daleko idącą krytyką amerykańskiej rzeczywistości. Oba, a zwłaszcza film Andersona, odczytywano w kontekście krytyki administracji prezydenta Busha. Dziś, gdy administracja ta w końcu przechodzi do historii, można spojrzeć na te obrazy poza bieżącym, publicystycznym kontekstem. Warto, gdyż są one o wiele bardziej radykalne, podejmują - szczególnie film Andersona - krytykę Ameryki jako pewnego projektu ideowego. Anderson, podobnie jak Terence Malick w filmie sprzed dwóch lat o założeniu pierwszej angielskiej kolonii w Wirginii pt. Podróż do Nowej Ziemii, mierzy się z samymi podstawami amerykańskiej cywilizacji, które dostrzega (znów identycznie jak Malick) w sojuszu fundamentalistycznego protestantyzmu z wielkim kapitałem, sojuszu kaznodziejskiej gorączki z instrumentalną racjonalnością i nowoczesną technologią. Z kolei film braci Coen przepracowuje konserwatywną narrację „upadku”, w myśl której „dawna” Ameryka była krajem prostych i dobrych ludzi pełnych wszelkich cnót, aż do momentu „upadku”, którzy różni konserwatyści umieszczać będą w przeróżnych momentach amerykańskiej historii. To nie jest… obnaża fantazmatyczną naturę tej narracji, pokazuje, że nie ma żadnego momentu „upadku” dającego umieścić się gdzieś w historii, z amerykańską rzeczywistością (i rzeczywistością w ogóle) od początku było coś głęboko nie tak, jak powinno być.
Wybitnym filmem politycznym jest też Mroczny rycerz Christophera Nolana, drugi film reżysera o Batmanie i piszę zupełnie na serio, bez cienia ironii. Komiksom o Batmanie od samego początku zarzucano faszyzujące treści i film Nolana także jest bardzo reakcyjny. Ale w jego reakcyjności tkwi jego siła, identyfikuje się on bowiem z pewną ideologią na tyle mocno, że obnaża mechanizmy jej działania. Film doskonale daje się czytać przy pomocy współczesnej filozofii polityki, Agambena, czy myślicieli zainspirowanych politycznym odczytaniem lacanowskiej psychoanalizy. Nolan pokazuje, jak każda władza, każde prawo nie opiera się na niczym innym, niż arbitralny, fundujący je gest przemocy, że w sercu każdego porządku symbolicznego mieści się kłamstwo, wokół którego został zbudowany.
A co z kinem polskim? Choć trzeba przyznać, że w tym roku było z nim nienajgorzej, to większość dobrych filmów od problemów politycznego zaangażowania starała się uciekać. Wyjątkami były filmy Michała Rosy (Rysa) i Łukasza Barczyka (Nieruchomy poruszyciel). Pierwszy pomyślany był jako wypowiedź w temacie lustracji i rozliczeń z polską historią, niestety w tej dziedzinie poniósł klęskę. Film broni się jednak jako doskonały obraz rozpadu relacji między dwoma ludźmi, którzy spędzili dotychczas ze sobą całe życie, jednak o polskiej historii nie mówi nic ciekawego. Z kolei film Barczyka, jak często pisała prasa „inspirowany seks aferą w jednej z partii politycznych” jest rewelacyjną próbą przepracowania pewnych fantazmatycznych podstaw patriarchatu (zwłaszcza w jego polskiej formie). Barczyk upolitycznia widza w bardzo nowoczesny sposób, konfrontując go z podświadomymi, zbiorowymi fantazjami, na których opiera się porządek społeczny. Robi to przy tym przy pomocy bardzo ciekawego języka filmowego, znanego choćby z dzieł Davida Lyncha.
Jeśli miałbym jakieś życzenia dla polskiego kina na rok 2009, to poza zwyczajowym życzeniem kinomana, by po prostu powstało jak najwięcej dobrych filmów, pragnąłbym życzyć polskim filmowcom, by nie bali się polityki w swoich filmach, zresztą jakkolwiek by od niej w nich nie uciekali, ona i tak do nich przyjdzie. Kino z racji samej swojej natury jest medium politycznym, może doskonale służyć jako narzędzie wypowiedzi o stanie wspólnoty, z której wyrasta. Jak pokazują najlepsze filmy z zeszłego roku, kino które tak pojmuje swoją funkcję ma się ciągle świetnie. W kinie toczy się dyskusja o współczesnym świecie, mierzy się ono ze fantazjami i ideologicznymi wyobrażeniami tworzącymi społeczną rzeczywistość. Chciałbym, by w tym roku (i następnych latach) w tej dyskusji zabrzmiał mocniej głos naszego kina, gdyż na razie właściwie w ogóle go tam nie słychać.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...