> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Jak przestałem jeść ryby, kury i cukierki (odc. 2) |
|
|
Jacek Kuroń
|
|
23.06.2009 |
Taka historia z wczesnego dzieciństwa – przedziwna, aż trudno w nią uwierzyć. Kiedyś prosiłem mamę, żeby mi dała czekoladę przed obiadem. Wyjęła trzy cukierki czekoladowe, a ojciec na to: – Mężczyzna nie je słodyczy. Żadnych. Nigdy.
Wiedziałem, że on je, ale rzuciłem w niego cukierkami i od tej chwili przestałem jeść słodycze. Mało tego, przestałem jeść dżem, miód, używać cukru. Zaczęła się wielka gra między mną a ojcem: tato demonstracyjnie jadł czekoladę – dobrze, w porządku, niech któryś z nas nie będzie mężczyzną. Ja się zaparłem.
Nie pamiętam, czy było to za polskich, za ruskich czy za niemieckich czasów, mogłem mieć cztery lata, mogłem mieć siedem. Byliśmy w kilka osób na wycieczce na Pohulance. Wokół Lwowa są takie górzyste, lesiste tereny, to było najpiękniejsze miasto, jak wiadomo. Potwornie chciało mi się pić. Szliśmy górami, a po wodę trzeba było zejść do źródełek na dół. Jęczałem, jęczałem i tata powiedział:
– Jak Aleksander Macedoński wędrował przez pustynię, to on i wojsko nie mieli wody. W końcu znaleziono wodę i przyniesiono mu w hełmie. Bierze i widzi wpatrzone w siebie tysiące oczu. I wylewa tę wodę.
Zszedłem na dół i nabrałem wody do butelki. Ojciec zabronił mi pić na dole, miałem przyjść do nich i tam dopiero ze wszystkimi razem się napić. Wróciłem, a ojciec mówi: – Nie chce mi się pić.
Pozostali – też nie. Popatrzyłem na nich i wszystko wylałem. To była dla mnie strasznie wielka rzecz. Potem, kiedy trzeba było coś dzielić, zawsze pamiętałem o Aleksandrze Macedońskim, który wylał wodę, skoro nie starczało dla wszystkich. Nie wiem, skąd mój ojciec zaczerpnął tę historię – może ją wymyślił, to do niego bardzo podobne. Ciekawe było też opowiadanie o sztyletniku skazanym na karę śmierci. Złapano go w Warszawie po powstaniu styczniowym. Do niczego się nie przyznawał. Poprosił matkę na widzeniu, żeby poszła do cara błagać o łaskę. Umówili się, że jak go będą wieźli na stracenie, to ona wyjdzie w białej sukni, jeśli został ułaskawiony, a w czarnej – jeśli nie. Matka nie poszła do cara. Wyszła w białej sukni. On – pewny, że zostanie ułaskawiony – zginął godnie. Taka to była matka.
Chyba wtedy pojawił się we mnie strach, że nie będę umiał zginąć godnie. A odkąd pamiętam, myślałem o sobie jako o tym, który ma siedzieć w więzieniu, być torturowany, zginąć.
Moje bunty przeciwko ojcu zaczęły się jeszcze przed wojną. Byliśmy nad rzeką, ojciec złowił rybę i zabił ją, a ja się popłakałem. Powiedział, że jestem mazgaj, a ja na to: – To jestem. Ale nie wolno zabijać rybek.
Odbyła się straszliwa awantura, wreszcie połamałem mu nową wędkę. Ojciec pogłaskał mnie po głowie, podał mi rękę i powiedział, że jestem dzielny. Byłem pewien, że mnie spierze, bo był nadludzko przywiązany do rzeczy. A tymczasem zaimponowało mu, że się go nie boję.
Zaczęliśmy wojować. Ojciec prowadzał mnie na mecze bokserskie, których organicznie nie znosiłem. Mówił wciąż, że jestem mazgaj, śmiał się ze mnie. To samo było przy zabijaniu kurczaków. Postanowiłem, że mu się nie dam. Przestałem jeść ryby i kury. Na szczęście nie wpadł na pomysł, żeby mnie zaprowadzić do rzeźni, bo wtedy zostałbym jaroszem.
Długo nie było we mnie obcości wobec ojca. Pierwszy raz poczułem ją, kiedy wyrzucił na pysk bezrobotnego, który przyszedł do nas wiórkować podłogę. Pamiętam nieszczęśliwą twarz tego człowieka; stał w nędznym płaszczu, a była już zima, trzymał te wiórki w ręku i mówił: – Panie, ja byłem tutaj, umawiałem się. A ojciec, wrzeszcząc, że miał przyjść kiedy indziej, wyrzucił go za drzwi. To mnie strasznie od niego odrzuciło.
Kiedy zaczęła się wojna, miałem tylko jedno zmartwienie – że się skończy, nim zdążę w niej wziąć udział. Oto spełniło się to, do czego rosłem. Chciałem walczyć o Polskę. Wiedziałem, że w tym wcale nie ma romantyzmu, że to będzie cholernie ciężkie, szczególnie dla mnie, bo nie lubię zabijać, a wojna to zabijanie, widziałem przecież trupy już w 1939 roku.
Opowiadam te wszystkie historie o sobie, bo chyba pokazują, dlaczego jestem taki, jaki jestem. Z jednej strony wrażliwy, mazgaj, po prostu sentymentalna gęś, skłonny płakać nad wróbelkiem. I zarazem, jak napisał Kazimierz Brandys w Miesiącach, zachrypnięty buldożer. On tam się dziwi, jak Grażyna, taka piękna, delikatna może ze mną wytrzymać. A tymczasem właśnie wobec niej byłem mazgajem. Przy niej mogłem sobie na to pozwolić, bo dla wszystkich musiałem być uśmiechnięty. Jak się pojawi człowiek, to się uśmiecham. Mam to wyćwiczone.
Mieszkałem we Lwowie na Górkach, w bloku zbudowanym z procentów ZUS. To było bardzo dobre stare-nowe budownictwo, ekskluzywne w pewien szczególny sposób: mieszkała tam postępowa inteligencja. Niedaleko, też na Górkach, były baraki dla bezrobotnych i chłopcy stamtąd – należałem do ich bandy, bo choć szczawik, zachowywałem się dzielnie – bili się z chłopcami z naszego podwórka.
Wychowałem się przy tych barakach. To był styk z kompletnymi lumpami. Poznałem najgorszy element miasta, zresztą trzeba powiedzieć na chwałę moich rodziców, że to akceptowali. O świcie wychodziłem z domu i ginąłem, mama zawsze opowiadała, jak to w nocy szukali Jacusia. Wreszcie znajdowali, gdzieś na Górkach przy ognisku leżałem kompletnie umorusany, jadłem pieczone kartofle albo już spałem. Ci z baraków tak koczowali, ogień się palił, chłopaki i starsi opowiadali różne historie, dziwne, bandziorskie, wspaniałe. Tu krew tryska, tu on jego nożem. Czarna Mańka[1] jak żywa – takich historii w strzępach pamiętam mnóstwo. Tata mnie niósł na rękach do domu, zapowiadał, że dostanę w dupę. I rzeczywiście ze dwa razy przylał mi porządnie, ale zwykle to były żarty.
Kiedy w 1939 roku zobaczyliśmy Rosjan, to nam stanęły serca ze zgrozy. Tak absolutnie pozbawionych zasad moralnych dzieci nikt dotąd nie widział. Przyjechała rodzina oficerska, wyładowała ciężarówkę. Miała wyszabrowany gdzieś radioodbiornik, oczywiście polski. Staruszka trzymała to radio, gdy nagle rzucił się chłopak – mógł mieć osiem-dziesięć lat – i wyrwał jej z ręki. Takich rzeczy we Lwowie nie widziano, przecież to nie był żaden lump, tylko syn oficera albo wysokiego urzędnika.
Pamiętam inną scenę z początku ruskich czasów, też zupełnie niebywałą. Gramy z kolegą w pikuty[2]. Nagle pojawia się dwóch ruskich chłopaków z procami na drucie, najlepszej klasy z oliwną gumą. Jeden krzyczy: – Ruki wwierch! Przykłada procę do głowy, a ta ma żelazną mutrę na końcu; jak puści, to zabije. I ja, chowany na takiego, co nigdy się nie podda, podniosłem ręce do góry. Zabrali mi scyzoryk, jakąś procę na patykach i coś tam jeszcze. Całe życie będę pamiętał tę hańbę: że się poddałem, że podniosłem ręce do góry. Chłopcy mieli w oczach decyzję strzału, ale może by się nie odważyli? Według mojego kodeksu honorowego należało zagrać. Tacie o tym nie powiedziałem.
Wkrótce potem ojciec zrobił mi taką oliwną procę i miałem problem: czy ja bym mógł strzelić komuś w głowę dla Polski? Czułem, że nie mógłbym. Strasznie mnie to męczyło.
Wkroczyli Niemcy. Lwów oszalał ze szczęścia. Miał tradycję austriacką, wszyscy wierzyli, że Niemcy to prawdziwa kultura, Europejczycy, a Ruscy to Azja.
Rodzice od razu weszli w konspirację. Ojciec tego nie lubił, najpierw musiał iść w 1920 roku na front, bo Ruscy byli pod Warszawą, i do powstania śląskiego, bo trochę czuł się Ślązakiem – dziadkowie byli z Nysy Kłodzkiej. Potem zobaczył bezrobocie, nędzę, głód, został socjalistą, ale komunizował. Następnie zaczęła się wojna. I ojciec bez przerwy robił to, czego nie lubił. Tak go niosło i niosło.
Ojciec marzył, żeby przeżyć rzeczy wielkie, ale się zakochał w mamie[3], która była podobno najpiękniejszą panną we Lwowie. W dodatku z rodziny profesorsko-generalskiej, a on był proletariuszem, robotnikiem[4]. Był maszynistą w kopalni „Reden” na szybie „Paryż” w Dąbrowie Górniczej. […]
Ojciec zakochał się w mamie, zrobił jej dziecko, czyli mnie, i musiała za niego wyjść: 1 listopada wzięli ślub, ja się urodziłem 3 marca. Mama opowiadała mi, jak gorzko płakała, trzymając mnie na ręku, że skończyło się jej życie. Siostry tańczyły, bawiły się, a ona siedziała ze mną.
Rodzice się bardzo kochali, w każdym razie zazdrośni byli piekielnie i bez przerwy zajmowali się problemem swoich zdrad.
Co pewien czas mama mówiła: – Idziemy, Jacuś, i nigdy już do tatusia nie wrócimy. Za pierwszym razem był to dla mnie niesłychany wstrząs. Poszliśmy do jej przyjaciółki, panny Wandy. Ta jak harpia rzuciła się na mamę: jak to było, kto z kim i o co. Mnie szybko odprowadziła do dzieci; myślała, że ja nic nie wiem, a ja wiedziałem wszystko. Wtedy po raz pierwszy przeżyłem coś takiego, co mi się potem często zdarzało. Mianowicie, że jestem ja wewnętrzny i ja zewnętrzny. Ja wewnętrzny absolutnie rozdygotany; świat mi się zawalił, a ja zewnętrzny bawię się z dziećmi. W pewnym momencie wchodzi panna Wanda i mówi: – Jacusiu, wiesz, kto przyszedł? Ja zewnętrzny powiedziałem, że nie wiem, ja wewnętrzny zadygotałem, bo coś czułem. A ona mówi: – Tata. Przyniósł parówki i pół litra. Zjadłem parówki, oni wypili, potem wzięli mnie na ręce i szczęśliwi wrócili do domu. Tak było raz, drugi, trzeci. To powodowało, że nabierałem wobec nich coraz większego dystansu. Byli mili, fajni, podziwiałem ich. Tatę za to, że potrafił pobić iluś tam adoratorów mamusi, a przez pomyłkę jeszcze jakiegoś policjanta i sprzedawcę balonów. Potem wniósł mamę na rękach na trzecie piętro, z pękiem balonów na wielkim kiju. Potem kochali się, co widziałem przez uchylone drzwi; obok stały te balony, i wtedy wkroczyła policja, żeby sporządzić protokół. I takie opowiadanie mojego stryjka Sobka: raz przyjeżdża, mamusia go przyjmuje, wkracza tata i mówi: – Wandziu, zabiłem Tadzia. A mama: – Dobrze, dobrze, coś ci się stało w rękę – i zaczyna mu robić opatrunek. A Sobek sobie myśli: on widocznie co dzień kogoś zabija, jeśli ona tak się nie przejmuje.
—
[1] Czarna Mańka – pseudonim warszawskich prostytutek. Tu w znaczeniu ogólnym, symbol półświatka.
[2] Pikuty – gra polegająca na wbijaniu w ziemię noża.
[3] Wanda Rudeńska (1911 – 1978) – ukończyła studia prawnicze na UJ. Córka Joanny Rudeńskiej z Modelskich, której jeden z braci, Teofil – był profesorem Uniwersytetu we Lwowie, a drugi, Izydor – żołnierz Hallera, był wiceministrem spraw wojskowych w czasie II wojny.
[4] Henryk Kuroń (1905 – 1982) od 14 roku do 16 roku życia pracował jako górnik. Potem skończył gimnazjum i w 1925 roku podjął studia na Politechnice Lwowskiej, tam wstąpił do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Od 1929 roku w PPS, pracował w „Dzienniku Ludowym”. W 1933 wydalony z PPS za zbyt bliskie kontakty z Komunistyczną Partią Polski, był jednym z założycieli „Trybuny Robotniczej”, redagował także „Wiek Nowy”.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2009.
Wybrane fragmenty publikujemy na witrynie Krytyki Politycznej w każdy poniedziałek i środę.
Książka dostępna w sieci Empik od 1 lipca 2009, w pełnej dystrybucji oraz w księgarni internetowej KP od 6 lipca 2009. Już dziś złóż zamówienie!
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 01.08.2009 )
|
|
Autobiografia w odcinkach
|
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...