|
Na obozie w Glinniku w sierpniu 1956 roku spisaliśmy konstytucję walterowską: instytucje, prawa, obowiązki, obyczaje i powiedzonka. Znalazł się w niej między innymi zapis dotyczący kadry – wychowawców. Mieliśmy proponować program, uczyć, radzić i pomagać; prawo rozkazu przysługiwało nam tylko w sprawach zdrowia i bezpieczeństwa. W tej jednej sprawie mogliśmy zmienić rozkaz dowódcy dyżurnego. Właśnie ów mały wartownik, który nie pozwalał mi zbudzić Saszy, pytał, czy może ta sprawa dotyczy zdrowia albo bezpieczeństwa. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie. To w takim razie ja mam tu prawo rozkazu.
Jak wszyscy walterowcy znał prawo i święcie go przestrzegał.
Propozycje programowe to sprawa, w której nasza dziecięca demokracja ocierała się o fikcję. Dzieci wiedziały przecież, że coś prawdziwie ciekawego i nowego potrafimy wymyślić tylko my – dorośli wychowawcy. Przyjmowały więc z reguły wszystko to, co im zaproponowaliśmy. Dyskusje, spory, alternatywne rozwiązania pojawiały się w zasadzie tylko na poziomie wychowawczym. A i w tej sprawie – zwłaszcza młodsi – byli dość nieporadni i sztampowi. Dążyć do demokracji w tej dziedzinie oznaczało ryzykować, że zadania będą mało twórcze, a więc mało angażujące. Tymczasem cele i zadania miały dla nas zasadnicze znaczenie wychowawcze. Pisałem już o nich jako sile sprawczej organizowania się zespołu, a więc całego naszego wychowania. Na tym jednak ich rola się nie kończyła. Walterowskie prawo: każdy z nas jest najważniejszy – poza tym, że kształtowało klimat zespołu – było przede wszystkim zadaniem dla nas, wychowawców. Trzeba było znaleźć dla każdego chłopca i dziewczyny taką dziedzinę, w której był on lepszy od innych – temu właśnie służyły różnorodne zadania, gry, zawody, wyprawy, zwiady. To można znaleźć, ale trzeba wielkiej uwagi, spostrzegawczości, intuicji, no i fantazji. Niestety później, kiedy nasze dzieci miały już swoje drużyny, to zadanie okazywało się dla nich za trudne.
Cele i zadania to był dla nas przede wszystkim sposób wychowania młodych komunistów, co dla nas znaczyło bojowników o sprawiedliwość społeczną i udział w rządzeniu dla każdego. Chcieliśmy to osiągnąć przez wprowadzanie naszych dzieci w rzeczywistość społeczną z wszystkimi jej konfliktami – ukazywanie w ten sposób krzywdy ludzkiej i zła oraz z czasem podejmowanie na miarę sił działań zmierzających do przekształcania świata. W Glinniku nasze zastępy podzielone na sześcio-, siedmioosobowe grupy – zawsze koedukacyjne – zamieszkały u chłopów. Pracowały z nimi przy żniwach i w gospodarstwie, próbowały przez cztery dni żyć ich życiem i dowiedzieć się o nich wszystkiego, co tylko zdołają. Był to dla naszych dzieci, a może także i dla mnie, olbrzymi wstrząs. Zobaczyliśmy krzywdę chłopską – rodzinną gospodarkę niszczoną przez władze, przemocą wpędzoną do spółdzielni produkcyjnych. Taka właśnie była treść programu artystycznego na ognisku, na które zaprosiliśmy naszych gospodarzy i innych gości ze wsi. Rok później w Malinkach, u stóp Bieszczadów, robiliśmy zwiady w poszukiwaniu prawdy o walkach z UPA [1]. Doprowadziły one walterowców do dramatycznego wniosku: Ukraińcy mieli rację – walczyli o niepodległość, a to ich dobre prawo. Jeśli zaś chodzi o okrucieństwo, to sformułowano wniosek, że pacyfikujące ukraińskie wsie oddziały KBW [2] były nie mniej straszne niż ukraińscy powstańcy.
A przecież walterowcy zbierali swoje informacje od polskich mieszkańców tych stron, którzy jako strona konfliktu Ukraińców szczerze nienawidzą, i nikt z kadry wcześniej do takiego wniosku nie dojrzał.
Niemal od początku nękała nas dysproporcja między rozmiarami zła, które potrafili dostrzec nasi wychowankowie, a możliwościami działań pozytywnych. Ogniska, praca przy żniwach, opieka nad wiejskimi dziećmi, tak jak późniejsze organizowanie z młodzieżą wiejskich teatrów, bibliotek, kół ZMW [3], czy w Warszawie praca z grupami podwórkowymi, drużynami przy zakładach opiekuńczych – wszystko to było tylko kroplą w morzu potrzeb czy, co gorsza, kosmetyką. Przeżywanie tej dysproporcji spychało naszych wychowanków w opozycyjność wobec systemu i, co już na pewno złe, wobec społeczeństwa. Rodziło w nich pragnienie radykalnej zmiany świata. Później mogło to wielu z nich uczynić biernymi na zasadzie – i tak nic nie można poradzić.
Na samym początku naszych pedagogicznych prób odrzuciliśmy – trochę intuicyjnie – makarenkowski klimat oblężonej twierdzy jako narzędzie oddziaływania wychowawczego. Źle się stało, że odbyło się to bez refleksji. Byliśmy bowiem zupełnie nieprzygotowani, kiedy później dopadł nas ten klimat z całą mocą. Zwłaszcza kiedy w końcu 1956 roku przywrócono Związek Harcerstwa Polskiego. Walterowcy uważali się za komunistów i obnosili się z tym. Nosili czerwone chusty, śpiewali rosyjskie piosenki, a także – co wcale nie lepiej – ukraińskie i żydowskie, obok innych, które już mniej raziły przechodniów, innych harcerzy, nauczycieli i urzędników. Nie szanowali władzy, nie uznawali hierarchii. Byli koedukacyjni i antymilitarni. Naśmiewali się z wszelkiej pompy i celebry. Przede wszystkim jednak mieli poczucie misji – pragnienie zbawienia świata – bo ten, jaki był, bardzo im się nie podobał. Musieli mieć przeciw sobie niemal wszystkich. Ten rodzaj presji kształtuje w grupie klimat sekty i niezwykle silnej więzi, żarliwej ideowości. Z czym silnie się wiążą wyśrubowane wymagania wobec siebie i dychotomiczna wizja świata, pewna wrogość wobec tych, których uważa się za przeciwników, oraz granicząca z pychą duma z własnej grupy. Coraz trudniej było być pełnoprawnym walterowcem z tak zwanych małych kadr i grup działania. Od tych wymagano pełnego poświęcenia wielkiej sprawie. Nieustającej ofiarności, wyrzeczeń, naprawdę ciężkiej pracy, co gorsza, rzadko przynoszącej sukcesy. Oceniano wszystkich zbyt surowo, a przede wszystkim każdy sukces był zbyt mały wobec celu nadrzędnego. Coraz więcej było takich, którzy nie wytrzymywali napięcia i odchodzili. Wypuściłem dżina z butelki i nie umiałem sobie dać z nim rady. Ilu ludziom zrobiłem w ten sposób krzywdę? Życie wiele z tego skorygowało. Nie jest to jednak dla mnie żadne usprawiedliwienie.
—
1. Ukraińska Powstańcza Armia (UPA) przedstawiana była w PRL wyłącznie jako organizacja terrorystyczna i faszystowska.
2. Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, specjalna jednostka podległa Ministrowi Bezpieczeństwa Publicznego, powołana do walki z podziemiem niepodległościowym oraz UPA.
3. Związek Młodzieży Wiejskiej.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2009.
Wybrane fragmenty publikujemy na witrynie Krytyki Politycznej.
Książka dostępna w sieci Empik oraz w dobrych księgarniach na terenie całej Polski, a także w sklepie internetowym KP. Już dziś złóż zamówienie!
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...