|
Wybory wyborami. Od początku było
jasne: jest 10 kandydatów i jeden z nich w końcu wygra. Sami
mężczyźni startują, to i mężczyzna wygra. Może by trzeba
kiedyś pomyśleć o parytecie w wyborach prezydenckich i wprowadzić
zapis, że na każdego zarejestrowanego kandydata musi przypadać
kandydatka? Innymi słowy: panowie mogą się bawić, ale dopiero,
jak dopuszczą też panie. Ale to kwestia przyszłości. Na szczęście
już dziś w wyborach biorą udział nie tylko kandydaci i ich
partie. Uczestniczą w nich także ruchy społeczne, organizacje
pozarządowe i środowiska, które nie mają własnych oczywistych
kandydatów, mają jednak mniej lub bardziej sprecyzowane postulaty,
na których im zależy. I także dla nich wybory kończą się
wygraną lub przegraną. Dla mnie najciekawsze było to, jak w tej
kampanii wyborczej zaistnieje postulat parytetów i jak zachowa się
środowisko będące rzecznikiem tej idei - Kongres Kobiet.
Przyznaję się. Kiedy przed rokiem
przez prasę i internet przetaczała się dyskusja w sprawie Kongresu
Kobiet, trudno mi było zająć stanowisko. Jak w żydowskim dowcipie
- ty masz rację, ty masz rację, i ty też masz rację. Obie
strony sporu wysuwały celne argumenty, a sam Kongres - jako
zbiorowość reprezentująca w zorganizowany sposób pewien interes
społeczny - wydawał mi się projektem otwartym, pod pewnymi
względami obiecującym, pod innymi zaś budzącym niepokój. Osoby
zaangażowane w Kongres oraz jego krytycy i krytyczki mogły się w
wielu szczegółach zgadzać lub nie: tym, co je najbardziej
dzieliło, była ocena całościowego sensu tego wydarzenia. Nie
wierzę, że coś, co stoi na początku swej historii, ma od razu
gotowy „sens”. Wolałem życzliwie pokibicować. Poczekać i
popatrzeć, jak się to rozwinie.
Symbolem wielości społecznych
roszczeń, które wyrażał Kongres, stał się postulat parytetu dla
kobiet na listach wyborczych. Z pierwszej próby, jaką było
zebranie ponad stu tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem
ustawy o parytecie, Kongres wyszedł zwycięsko. Jako ponad- i
pozapartyjna organizacja reprezentująca „interesy kobiet”
Kongres stał się autonomicznym głosem, wywierającym na świat
polityczny oddolną presję. Działaczkom Kongresu udało się
zbudować sojusze, uzyskać medialny rozgłos i eksperckie wsparcie,
a także rozpocząć poważny lobbing na rzecz ustawy. W ciągu
niespełna roku z pomysłu, który większości elit wydawał się
dziwaczny i ekstremalny (mimo poparcia większości opinii
publicznej), parytet stał się szacownym tematem politycznej debaty.
To zmiana, której nie wolno lekceważyć.
Jednak bycie poważnym tematem to nie
to samo, co szanse na realizację. Nikt nie liczy się z jakimś
postulatem tylko dlatego, że się o nim dużo mówi. Po wprowadzeniu
tematu do debaty publicznej pojawia się kwestia politycznej
strategii. Tu zaczyna się szereg dylematów. Można szukać
bezpośredniej politycznej reprezentacji, na przykład zakładając
własną partię samodzielnie uczestniczącą w wyborach albo
afiliując się przy jakiejś znaczącej sile politycznej i działając
jako grupa lobbingowa wewnątrz niej. W wyborach prezydenckich zaś:
wystawiając własną kandydatkę albo popierając któregoś z
liczących się kandydatów, o ile zechce uczynić z parytetu jeden z
głównych wątków własnej kampanii. Można też bezpośredniej
politycznej reprezentacji unikać, zamiast tego mobilizując
elektorat, czyli pracując na to, by zwolennicy i zwolenniczki
parytetów stali się języczkiem u wagi. Strategia ta wymaga tylko
jednego: żelaznej konsekwencji we wzywaniu do głosowania przeciw
każdemu kandydatowi, który parytetu nie poprze.
Nie piszę nic nowego. Organizatorki,
uczestniczki, działaczki Kongresu Kobiet bez wątpienia to wiedzą.
A jednak… na otwarciu tegorocznego Kongresu przemówienie wygłosił
Bronisław Komorowski, który parytetów nie popiera i który nie
przyjął zaproszenia do kongresowej debaty kandydatów. Grzegorz
Napieralski, Waldemar Pawlak i Andrzej Olechowski nie dostali tak
dobrego czasu, mimo że przyjęli zaproszenie do debaty, a dwaj z
nich - Napieralski i Olechowski - nie tylko popierają parytety,
ale też jako jedyni kandydaci z całej dziesiątki zechcieli
odpowiedzieć na 10 pytań zadanych przez Partię Kobiet. Można
powiedzieć, że to blamaż po stronie organizatorek, ale ich wybór
potwierdziły wyniki kongresowych prawyborów, które Komorowski
nieznacznie wygrał w pierwszej turze, zdobywając 50,9 proc. ważnych
głosów. Bez względu na to, jakie stały za tym intencje, oznacza
to de facto poparcie Komorowskiego. Nie odmawiam ani organizatorkom,
ani uczestniczkom Kongresu prawa do popierania Komorowskiego.
Chciałbym tylko zwrócić uwagę, co taki wybór oznacza: pomysł
zbudowania autonomicznego ponadpartyjnego głosu reprezentującego
„interesy kobiet” po roku wysiłków spełzł w końcu na niczym.
Trudno mi sobie wyobrazić, by Platforma Obywatelska (lub jakakolwiek
inna partia) liczyła się z głosem środowiska, które samo nie
traktuje własnych postulatów na tyle serio, by ze stosunku do nich
polityków poważnie rozliczać.
Zbudowany wspólnym wysiłkiem wielu
kobiet potencjał politycznego nacisku został w ostatni weekend
roztrwoniony. Będzie to może jaśniejsze, jeśli odpowiemy sobie na
pytania: Czy żeby uzyskać poparcie organizacji, której
sztandarowym celem jest wprowadzenie parytetów, trzeba popierać
parytety? Nie. To może trzeba popierać równouprawnienie kobiet w
pracy i dostęp do „męskich” zawodów? Niekoniecznie. Może trzeba pomagać w Sejmie w przyjmowaniu korzystnych dla kobiet ustaw (choćby tego projektu, co go Kongres zgłosił, a co przebywa w „zamrażarce”)? Ano nie trzeba. A może
wystarczy przyjąć zaproszenie na debatę lub odpowiedzieć na
pytania dotyczące ważnych dla kobiet spraw? I to nie pomaga. To co
takiego trzeba zrobić? Na to pytanie odpowiedź pozostawiam Czytelniczkom i Czytelnikom.
PS Zamierzałem zatytułować ten
artykuł „Pożegnanie parytetu”, ale jak się okazało już w
niedzielę, abdykacja Kongresu Kobiet nie oznacza, że idea parytetu
straciła politycznego rzecznika. To jednak już inna historia.
Na podobny temat
|
Weiniger opowiada seksizmy, a feminis...
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...