Nowość w sklepie kp

odczarowanie_okladka_m.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
Advertisement
Bękarty Buscha Drukuj
Adam Ostolski   
21.09.2009

Następnego dnia, kiedy siedzę ze znajomymi sącząc latte i rozmawiamy o tym filmie, zaczynam nawet dostrzegać jego mocniejsze strony. Świetny montaż, kilka rewelacyjnych scen, a także aluzyjność, intertekstualność, niesamowitość, autoreferencyjność – czyli to wszystko, czym tak podniecali się krytycy filmowi jeszcze w latach 90. Jednak w kinie, podczas seansu, wcale nie widzę w Bękartach wojny tych wszystkich cymesów. Razi mnie fałszowanie historii (i nie chodzi o kilka, pożal się Boże, wymyślonych faktów, lecz o fałsz bardziej fundamentalny, o fałszywy ton). Odrzuca mnie zainscenizowana na ekranie patriarchalna fantazja o wojnie – nie dlatego, że jest, jaka jest, lecz dlatego, że narzuca się jako bezalternatywna. Boli zachowanie publiczności, śmiejącej się do rozpuku w co okrutniejszych momentach, kiedy wróg pada trupem.

Są w tym filmie sceny, przy których śmieje się prawie cała sala. Są na widowni widzowie (moje ucho wyławia kilku) śmiejący się częściej niż pozostali, właściwie cały czas. I są sceny, w których śmiech pojawia się na ekranie: podczas premiery (nakręconej przez samego Goebbelsa) propagandówki Duma narodu w paryskim kinie to siedzący w loży Hitler zaśmiewa się do łez, ilekroć na ekranie pada trupem amerykański żołnierz. I jeszcze śmiech Szoszany, żydowskiej mścicielki, wypełniający płonące kino, z którego bezskutecznie próbuje wydostać się niemiecka publiczność. Bawimy się w palenie nazistów… Czy śmiech Szoszany różni się czymś – poza skalą – od śmiechu Hitlera? A śmiech wypełniający salę kinową wokół mnie? O ile nie zagłuszają go salwy śmiechu z ekranu… Są momenty, kiedy czuję się tak, jakbym siedział w warszawskim kinie na Chmielnej otoczony całą rzeszą małych Hitlerów.

A może II wojna światowa służy tu tylko jako kostium, aby opowiedzieć o wojnach Busha? Świadczyłaby o tym zwłaszcza jedna scena: gestapowiec i przebrany za esesmana amerykański żołnierz szachują się nawzajem, siedząc przy stole we francuskiej tawernie i trzymając pistolety wycelowane w jądra przeciwnika. Taka właśnie patriarchalna fantazja przyniosła nam w ostatnich latach Afganistan i Irak, Abu Ghraib i Guantanamo… Także w Bękartach wojny Amerykanie mają rację po prostu dlatego, że są Amerykanami i do tego mają jaja. Widzowi pozwala się też wierzyć, że USA zawsze były po stronie żydowskich ofiar. Tym samym wymazuje się winę Amerykanów wobec uchodźców, przed którymi zatrzaskiwano drzwi przez całe lata 30. Podobnie puszcza się w niepamięć fakt, że nawet podczas wojny Departament Stanu nie zdobył się na publiczne potępienie trwającej Zagłady Żydów. Ale może to nieważne, bo Holokaust nie jest tu tematem, a tylko metaforą? Ale w takim razie jedyna lekcja z filmu byłaby taka, że wobec absolutnego zła trzeba samemu być bardzo okrutnym, nie wahać się przed torturowaniem ludzi i nie przejmować tym, że ktoś płacze. Co jeśli utopijna nadwyżka II wojny światowej rozświetla i usprawiedliwia w ten sposób wojny początku XXI wieku? Bez względu na to, czy II wojna światowa i Holokaust są tu tematem czy kostiumem, czy tylko pretekstem do wyrafinowanych zabaw z kamerą, naprawdę mniejsza o to – sam Bush nie nakręciłby tego lepiej.

Być może to miała być tylko zabawa, co jednak z tymi, których po prostu bawił rechoczący z ekranu Hitler, a nie dostrzegli w nim lustrzanego odbicia własnego śmiechu? Co z tymi dobrze ułożonymi mieszczańskimi widzami, którzy – zaaferowani rozszyfrowywaniem filmowych kodów i cytatów (punkt za każdy cytacik! „bingo”!) – nie rozpoznali w zachowaniu publiczności bezpośredniego cytatu z ekranowego Hitlera? Jedni i drudzy są, nie da się ukryć, nad wyraz pocieszni… Ale może tu tkwi właśnie krytyczny zamiar filmu, może mówi on nam: „wszyscy jesteście bękartami Buscha”? Nie wykluczam takiego przekazu, stawiam jednak dolary przeciw orzechom, że koniec końców nie dotrze on do adresata.

Czytaj też recenzję „Bękartów wojny” Jarosława Pietrzaka.

Komentarze
Marcin Szymański   |21.09.2009 15:41:07
Zostawcie Wy tego Tarantina w spokoju! Lepiej ponarzekajcie na "Dzieci Ireny
Sendlerowej"!
ost.  - @ Marcin Szymański   |21.09.2009 16:07:43
Niestety, na "Dzieci Sendlerowej" to już nawet narzekać nie warto…
Skriabin  - Prawdziwe kino   |22.09.2009 09:59:29
Do mnie przekaz: "wszyscy jesteśmy Bękartami" dotarł i nawet konstatacja
tego faktu wydała mi się zabawna. Tarantino osiągnął tu swój cel. Wydobył ze
mnie (z nas) to, do czego nie chcemy się przyznawać. Zrównał nas, cieszących się
kinem, z fimowym Hitlerem i jego otoczeniem. Także z Leninem, który kino bardzo
cenił, Stalinem i podobnymi. Dobrze, że stało się to w kinie a nie w życiu. Czy
można odczytać z tego filmu także pytanie o odpowiedzialność KINA za wojenne i
pokojowe tragedie? Czy filmy, które oglądamy mają większą wartośc niż podpałka
przy aktach terrorystycznych (już dziś taśmy nie są tak łatwopalne)? A może
kryje się tu metafora: kino - realna siła w walce o świat wolny od masowych
morderców (nie chcę wymieniać nazwisk)? Jego siła działa dzięki refleksji, do
czego każdy z nas byłby zdolny. "Katyń" nie wzbudził podobnych
refleksji.
rebelle   |22.09.2009 10:43:03
Bardzo podoba mi się Pańskie odczytanie tego filmu. Gdyby chociaż 5% widzów tak
to odczytało, może zmieniłabym moje złe zdanie o filmie. Niestety rozmawiałam z
wieloma osobami, którym ten film się podoba, i wszystkie zwracały uwagę na
_pozornie_ apolityczne, "czysto" estetyczne kwestie: wysmakowany montaż,
gra z konwencjami, motyw "kina w kinie" itp. Także w komentarzach pod
recenzją Jarosława Pietrzaka czytam o: specyficznym humorze, genialnych
dialogach, obalaniu standardów filmowych itp. U nikogo nie pojawia się nawet
cień takiego namysłu jak u Pana… No i co zrobić?
crystiano  - Odczepcie się od tego filmu   |23.09.2009 04:39:28
zastanawia mnie, skąd takie rozmyślanie, studiowanie, szukanie podtekstów
politycznych/ideologicznych w filmie Tarantino. On nie tworzy obrazów
filozoficznych czy moralnych tylko filmy oparte na dobrej zabawie. Następnym
razem proponuję zając się "Allo Allo" albo "Czterema
pancernymi", tam też pewnie znajdzie się multum różnych metafor, idei,
podtekstów i bóg wie czego jeszcze.
rekonstrukcja   |23.09.2009 06:54:19
ad rewolucyjna poetka
tak się po prostu (chyba) nauczyliśmy odczytywać całą
twórczość Tarantino. zatrzymaliśmy się na etapie "Wściekłych psów" i
"Pulp fiction" kiedy spostrzeżenia typu "wysmakowany montaż",
"gra konwencjami", "specyficzny humor", "genialne
dialogi" były świeże i odkrywcze. teraz tylko dodajemy kolejne jak na
przykład "motyw kina w kinie". mało komu przychodzi do głowy inna
interpretacja najnowszych dzieł tego reżysera.

ad crystiano
jak to skąd
rozmyślanie? Nie jesteśmy w szkole gdzie nasza rola ogranicza się do odpowiedzi
na pytanie "co autor miał na myśli?". reżyser może komentować swoje
dzieło i tłumaczyć się ze swoich przesłanek i pobudek ale to widz ma
nieograniczone pole do popisu jeśli chodzi o interpretację i analizę. przypomina
mi się sytuacja kiedy "Dzień Świra" Marka Koterskiego stał się bardzo
popularnym filmem wśród szkolnej młodzieży. Wątpię czy reżyser chciał zrobić
film oparty na "dobrej zabawie" ale tak właśnie zinterpretowała i
odebrała go młoda publiczność.
Sopor   |23.09.2009 07:36:15
Pod względem poszukiwania ukrytych znaczeń i głębszych przesłań ideologicznych
można pana porównać tylko z tymi, którzy na antenie Radia Maryja doszukują sie
satanizmu w Harrym Potterze.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.09.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »