Świat

Popęda: Więcej niż Ferguson. O demokracji w Ameryce

Czy tragedii w Ferguson mogła zapobiec większa mobilizacja obywatelska? Wątpliwe. 

67,4% czarnych na 29,3% białych. 3 czarnych policjantów na 50 białych. Biały burmistrz, biała rada szkolna i rada miejska z jednym Afroamerykaninem. Zupełny brak reprezentacji politycznej czarnej społeczności to tło wypadków w Ferguson, Missouri. Ale Ferguson to coś więcej niż opowieść o rasizmie w Ameryce. To więcej niż biadanie nad łamaniem konstytucji – tych niekończących się amerykańskich rozważań, co poturbowano mocniej, poprawkę pierwszą czy czternastą – i jak to możliwe, że Amnesty International musi przysyłać swoją ekipę do Missouri. To nawet więcej niż problem roli policji w społeczeństwie obywatelskim. Przecież miesiąc wcześniej w Nowym Jorku policja w biały dzień udusiła 43-letniego Erica Gartnera, podejrzanego o niepłacenie podatku za sprzedaż papierosów (całe zajście można sobie obejrzeć tutaj, jak ktoś ma mocne nerwy).

W komentarzach o Ferguson powtarza się lament nad tym, że lokalna społeczność nie głosuje. Być może gdyby głosowała, do wydarzeń w Missouri nigdy by nie doszło. „Żeby nie dopuszczać do tak potężnego rozdźwięku między lokalną władzą a lokalną społeczności, czarni z Ferguson muszą obudzić się z letargu i ruszyć do urn!” – zwracają uwagę komentatorzy i komentatorki. Ponad 90 milionów (na 310) Amerykanów nie głosowało w poprzednich wyborach prezydenckich. Karygodne? A może głosowanie w najpotężniejszej demokracji świata naprawdę nie ma sensu?

Najnowsze badanie uniwersytetu Princeton i Northwestern pokazuje to, o czym wiedzieliśmy od dawna — Ameryka nie jest demokracją, jest oligarchią. Profesorowie Martin Gilens i Benjamin I. Page dokonali analizy 1,800 regulacji prawnych, wprowadzonych w Stanach Zjednoczonych między 1981 a 2002. Otrzymane wyniki wykazują, że wpływ przeciętnego obywatela na kształt amerykańskiej polityki jest równy zeru.

W badaniu wyróżniono cztery tradycyjne modele polityczne: demokrację większościową, dominację elit gospodarczych, oraz dwa modele pluralistyczne: pluralizm większościowy i pluralizm stronniczy. Odpowiednio dla nich mamy cztery grupy podmiotów: „zwykłego obywatela”, elity gospodarcze, grupy interesu masowego i grupy interesu zorientowane na biznes. Każdy z tych modeli ma swoją tradycję, zwolenników i bogatą literaturę.

Teoria i model demokracji większościowa sięga czasów Tocqueville’a i Lincolna, a jej esencją jest teoria przeciętnego wyborcy (median voter theorem), która zakłada, że pragnące przyciągnąć wyborców obie partie (bo mówimy tu o amerykańskim systemie dwupartyjnym) nie mają innego wyjścia, jak przyjąć tę samą pozycję, czyli dokładnie w centrum wypośrodkowanych preferencji wszystkich wyborców. Badanie empiryczne nigdy nie potwierdziły zasadności tej teorii, zgłoszono też wiele zastrzeżeń, np. że teoria ma zastosowanie tylko w przypadku problemów jednowymiarowych, i że nie bierze pod uwagę wpływu i działań bogatych jednostek i zorganizowanych grup interesu (albo bezpośredniego albo pod postacią kształtowania opinii publicznej). Teoria ta zakłada też, że brak opozycji ze strony obywateli jest równoznaczny z tym, że sprawy idą po ich myśli. Tutaj mamy do czynienia dodatkowo z problemem „uśpionych” (latent) preferencji, które obywatele wykazują tylko w czasach wojny lub poważnej recesji.

Badania nad dominacją elit gospodarczych (kombinacja majątku, statusu społecznego i pozycji instytucjonalnej) również mają w Ameryce bogatą tradycję. Charles Beard (1874-1948) pisał o ojcach założycielach, że tworząc konstytucję mieli na uwadze prywatne interesy bogatych kupców i plantatorów. Elity gospodarcze wpływają na politykę poprzez zakładane przez siebie fundacje, think tanki i pieniądze płacone lobbystom i politykom.

Jeśli chodzi o pluralizm większościowy, już James Madison posługiwał się logiką kolektywnych działań, które zapewnią jednostkom dostęp do władzy. Logice tej przeczy argument Mancura Olsona, że jednostki nie mają wystarczająco motywacji, żeby uczestniczyć, lub tym bardziej inicjować, kolektywne działania, które mogłyby przenieść im korzyść. W końcu ostatni, czwarty model: pluralizm stronniczy, czyli zorganizowane i zorientowane na biznes grupy interesu, których wpływ na amerykańską politykę jest opisywany dopiero od kilku dziesięcioleci. Głównie dlatego, że ataki na amerykański kapitalizm wolnorynkowy były i są postrzegane jako niepatriotyczne i „marksistowskie”.

Jak twierdzą Gilens i Page, żaden z tych modeli nie był weryfikowany równocześnie z pozostałymi i „przeciwko nim” w ramach jednego badania i danych. Stało się to możliwe ze względu na istnienie unikatowej bazy informacji, którą Gilens kompletował od lat. Dane mają formę ogólnonarodowej ankiety, badającej preferencje opinii publicznej na temat szeregu konkretnych regulacji prawnych. Zbadano też preferencje i wachlarz działań grup interesu, sprawdzając wydatki na lobbying i zachowania potężnych firm (ale też organizacji taki jak związki zawodowe lub AARP (American Association of Retired Persons). Mimo że korporacje są w dużej mierze kontrolowane przez elity gospodarcze, badania wykazują pewną rozbieżność między zorientowanymi na biznes grupami interesu a poszczególnymi członkami elity gospodarczej. Główną różnica polega na tym, że elity chcą zmniejszenia rządowych wydatków w każdym sektorze, podczas gdy np. firmy farmaceutyczne i ubezpieczalnie lobbują za zwiększeniem wydatków na służbę zdrowia, a wojenni kontrahenci chcą wydatków na zbrojenia.

Zestawiając zwykłych obywateli i elity gospodarcze, przeciętny Amerykanin ma zero wpływu na kształtowanie polityki w USA – mówią badacze.

„Nasze dane wskazują że reagowanie amerykańskiego systemu politycznego, gdy ogól obywateli domaga się reakcji, jest mocno ograniczone”. Bogate jednostki mają wpływ nieproporcjonalnie większy (i prawdopodobnie większy niż da się to wykazać w badaniach).

Oczywiście, zdarza się, że zwykli obywatele i elity gospodarcze zgadzają się w swoich preferencjach co do tej czy innej kwestii. Jednak nawet jeśli przeciętny obywatel dostaje, czego chce, pozostaje bez wpływu na przebieg akcji i „wygrywa” niejako przypadkiem. A istnieje szereg zagadnień, co do których elity gospodarcze i zwykli obywatele nie będą się zgadza niemalże nigdy: restrykcje handlowe, podatki czy ulgi korporacyjne.

„Wzięte całościowo, nasze wyniki pokazują, że teoria stronniczego pluralizmu znacznie lepiej opisuje polityczną rzeczywistość niż teoria pluralizmu większościowego”. Cele grup interesu generalnie nie pokrywają się z preferencjami poszczególnych obywateli. Przykładem grup faktycznie reprezentujących przeciętnego obywatela są związki zawodowe, ale te są w Ameryce w odwrocie i od długiego czasu piętnuje się je jako niepatriotyczne. Przeważająca większość grup interesu to natomiast grupy zorientowane jedynie na biznes, których cele i działania są skierowane przeciw i wbrew interesom zwykłych obywateli.

Badania Gilensa i Page’a pokazują bierność i niewiedzę amerykańskich obywateli, którzy albo darzą swoje elity ekonomiczne i biznes zbyt wielkim zaufaniem, albo czują się zbyt bezsilni, żeby podjąć walkę. Jednak waga tej publikacji, która oficjalnie ukaże się na jesieni 2014, polega przede wszystkim na obalaniu mitów dwóch wielkich teorii – mitu demokracji większościowej i mitu przeciętnego wyborcy. Jak piszą Gilens i Page: „jeśli polityka jest zdominowana przez potężne organizacje i garstkę majętnych Amerykanów, to pretensje Ameryki do bycia demokratycznym społeczeństwem są mocno zagrożone’.

BadaniaTesting Theories of American Politics: Elites, Interest Groups, and Average Citizens ukażą się jesienią 2014 roku, nakładem Perspectives on Politics. 

Czytaj także:

Jakub Dymek, Jak guma zmienia się w ołów

Bio

Agata Popęda

| Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.