Miasto

Stokfiszewski: Szansa na inną politykę

Ożywienie Partii Zieloni i wejście ruchów miejskich na scenę polityczną są szansą na jej przekształcenie. Czy zostanie wykorzystana?

Wybory samorządowe, którym z reguły poświęca się najmniej miejsca w ogólnopolskich mediach, są jednocześnie najbliższe ludziom i choćby z tego względu warto o nich mówić. Tegoroczne, listopadowe, będą wyjątkowe z wielu względów – pokażą siłę ugrupowań alternatywnych, krytykujących polityczny mainstream z prawej i lewej strony, a także rozstrzygną o taktyce, którą przyjmą główne partie w przyszłorocznych kampaniach: parlamentarnej i prezydenckiej. Nas najbardziej interesuje jednak nie los poszczególnych partii, ale pytanie, czy te wybory zmienią jedynie polityków, czy sam model uprawiania polityki – wprowadzając nowe postulaty, oddając głos ludziom, uprawniając oddolne i niehierarchiczne metody? Czego brakuje dzisiejszej polityce na poziomie lokalnym i jak można ją zmienić? I kto może to zrobić, tak aby skutki odbiły się na polityce w ogóle? O to, otwierając dyskusję tekstem Igora Stokfiszewskiego, chcemy zapytać aktywistki, ekspertów, polityczki i działaczy. 

***

8 lipca zawiązało się Porozumienie Ruchów Miejskich – koalicja działaczy i działaczek społecznych z sześciu ośrodków, którzy pod hasłami wzmocnienia głosu mieszkańców zapowiedzieli wspólny start w nadchodzących wyborach samorządowych. Porozumienie jest konsekwencją jednego z kierunków rozwojowych szerokiego frontu oddolnych inicjatyw obywatelskich skupionych m.in. w Kongresie Ruchów Miejskich lub też niezrzeszonych. „Przeszliśmy już etap patrzenia władzy na ręce – mówi Jan Śpiewak ze stołecznego Miasto Jest Nasze na łamach „Gazety Wyborczej” – Trzeba wprowadzić do samorządu ludzi, którzy mają jasną wizję rozwoju miasta”. Część oddolnych inicjatyw chce wejść do polityki. Dotychczas decydowali się na to pojedynczy działacze i działaczki, ale niemal 10-procentowy wynik Stowarzyszenia My, Poznaniacy w wyborach samorządowych w 2010 r. pobudził apetyty ruchów na wkroczenie do władz miejskich.

12 lipca miał miejsce kongres Partii Zieloni, pokazujący polityczne „przyspieszenie” formacji: dokonano zmian personalnych w zarządzie partii, do którego weszła posłanka Anna Grodzka (dotychczas reprezentująca Twój Ruch) oraz działaczki i działacze społeczni zaprawieni w lokalnych bojach na rzecz obywatelskiej partycypacji (o których uzupełniona została także rada krajowa partii); podjęto decyzję o samodzielnym starcie w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, co „oznacza (…) pracę nad stworzeniem wspólnych list z niereprezentowanymi w sejmie środowiskami lewicy społecznej. (…) współpracę ze związkami zawodowymi, organizacjami pozarządowymi (w tym ekologicznymi), feministycznymi, działającymi na rzecz praw osób LGBT oraz praw cyfrowych”. Najwięcej miejsca podczas kongresu poświęcono tematowi tegorocznych wyborów samorządowych. Zieloni wystawiają Joannę Erbel jako swoją kandydatkę na prezydentkę Warszawy oraz są częścią społecznego komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom, który wspiera kandydaturę Tomasza Leśniaka – działacza i inicjatora akcji referendalnej, która za sprawą oporu mieszkańców doprowadziła do wycofania się stolicy Małopolski z konkursu na organizatora olimpiady zimowej w 2022 r. – na prezydenta Krakowa.

Ożywienie Partii Zieloni i wejście ruchów miejskich na scenę polityczną są szansą na jej przekształcenie, a może na przemianę rodzimej polityki w ogóle.

Wszystko zależy od tego, czy omawianym formacjom uda się połączyć żywioł polityczny z żywiołem oddolnego zaangażowania, znaleźć formułę organizacyjną, odpowiadającą różnorodności jednostek i grup o profilu emancypacyjnym, które ciążą w stronę polityki, wreszcie – dać odpowiedni wyraz wyzwaniu stojącemu przed demokracją: oddania głosu ludziom.

Zieloni idą do ludzi

Partia Zieloni pod przewodnictwem Agnieszki Grzybek i Adama Ostolskiego nabiera rozmachu. Jest coraz częściej widoczna podczas wystąpień społecznych, w debatach politycznych i życiu codziennym środowisk zaangażowanych. Dotychczas jednak odnieść można było wrażenie, że jej liderzy i liderki skupieni są bardziej na testowaniu swoich umiejętności prowadzenia „zakulisowych gier”, niż na pracy wśród potencjalnego elektoratu. Satysfakcja, towarzysząca „zwerbowaniu” Anny Grodzkiej to niejedyny przykład tej postawy. Być może w sposób najbardziej jaskrawy uwidoczniła się ona podczas tegorocznych wyborów europarlamentarnych. Zieloni zaaranżowali na ich potrzeby koalicję z Partią Kobiet, Młodymi Socjalistami i Polską Partią Socjalistyczną. To środowiska zasłużone, organizacje, które pojawiają się podczas protestów społecznych, inicjują akcje i biorą udział w środowiskowych kampaniach, ale – poza nielicznymi wyjątkami – praktycznie nie pracują z ludźmi, są niemal nieobecne w kluczowych dla życia demokratycznego działaniach „w terenie” (konsultacje społeczne, budżety obywatelskie, fora mieszkańców, itp.). Dla większości obywateli zainteresowanych życiem zbiorowym i jego politycznym odzwierciedleniem ich członkowie pozostają anonimowi. W efekcie Zieloni zmuszeni byli „dopraszać” na listy wyborcze osoby spoza koalicji – lokalnych działaczy i działaczki, cechujących się pasją zaangażowania w problemy mieszkańców, a przez to rozpoznawalnych. Jak pokazuje ostatni kongres partii z sytuacji tej wyciągnięto wnioski.

Zmiany w zarządzie i radzie krajowej pokazują, że Grzybek i Ostolski starają się nasycić partię realną energią ludzi nakierowanych na oddolną inicjatywność, którzy najlepiej czują się na placach miast, wśród współobywateli i współobywatelek. 

Osiągnięciem obojga przewodniczących Partii Zieloni jest umiejętne i trafnie wymierzone w czasie odetkanie kanału artykulacji politycznej tychże ludzi. Podwojenie się liczby członków partii w ciągu minionego roku jest dowodem nie tylko rekrutacyjnej sprawności działaczy, ale również wyczucia momentu, w którym zaangażowani w życie społeczne aktywiści oraz aktywistki gotowi byli nadać swojemu oddaniu postać działalności partyjnej. Od dłuższego czasu w środowisku działaczy i działaczek społecznych zdawały się narastać pragnienia przekroczenia politycznego Rubikonu. Grzybek i Ostolski stworzyli odpowiednie warunki dla ich materializacji.

Ruchy miejskie szukają struktury

Wyzwanie, jakie stoi przed ruchami miejskimi jest odwrotne. O ile ich działacze i działaczki są weteranami obywatelskiej inicjatywności i rozpoznawalnymi osobowościami w swoich ośrodkach, o tyle znalezienie politycznej formuły, będącej trafną emanacją „wielości” charakteryzującej ruchy jest niezwykle trudne. Część z przedstawicieli Porozumienia odżegnuje się od organizmów typu partyjnego (stąd m.in. na dziś brak jest poparcia Porozumienia Ruchów Miejskich dla Joanny Erbel – jako kandydatki „partyjnej” – na stanowisko prezydentki Warszawy), ale na wynalezienie przez ruchy miejskie odpowiadającej dynamice działań lokalnych formuły organizacyjnej przyjdzie nam jeszcze poczekać. Prawdopodobnie poszukiwanie to odbywać się będzie „w boju”, co w przypadku wyborów samorządowych nie stanowi problemu, na dłuższą metę jednak może okazać się hamulcem dla rozwoju ruchów jako farmacji budzącej nadzieję na przemianę rodzimej polityki.

Poszukiwanie to czerpać może inspiracje z rozwiązań stosowanych przez europejskie (zwłaszcza południowoeuropejskie) ruchy społeczne. W ciągu ostatnich lat wypracowały one szereg mechanizmów strukturyzowania wspólnej mobilizacji politycznej z jednoczesnym zachowaniem autonomii podmiotów w nie zaangażowanych i dystansu wobec partii politycznych. Ale translacja tych strategii na rodzime warunki nie musi zakończyć się sukcesem. Ruchy miejskie powinny same znaleźć tego typu formułę, choć zachęcam ich reprezentantów do zaglądania w miejsca, gdzie się to udało.

O ile więc Zieloni są partią szukającą sposobu na absorpcję zaplecza społecznego, ruchy miejskie są zapleczem społecznym szukającym sposobu na ustrukturyzowanie swojego politycznego potencjału. Oba zjawiska warto wspierać, ponieważ elementarnym problemem współczesnej polityki nie tylko w Polsce jest brak łączności pomiędzy organizmami partyjnymi, a żywiołem społecznym, mającym stanowić rację ich bytu. Jeśli Zieloni i ruchy miejskie pozostaną konsekwentni w próbie zanegowania tego trendu i sformułowania nowego paktu demokratycznego, który przestrzegałby zasady przyległości polityki i realnych potrzeb ludzi, staniemy przed szansą na przemianę rodzimej sfery politycznej.

Nowy pakt demokratyczny

Ów pakt, będący warunkiem sine qua non demokratycznego odrodzenia posiada swoje konsekwencje, z którymi zmierzyć się będą musieli zarówno Zieloni jak i ruchy miejskie. W centrum sporu o nowy ład demokratyczny sytuuje się pytanie: kto decyduje? Zieloni są partią „tradycyjną”. Jakkolwiek poszukuje ona miejsc styku z oddolnymi inicjatywami społecznymi, jest to organizm, który posiada agendę polityczną zorientowaną na sprawy socjalne, zieloną gospodarkę i wolności indywidualne, który – na bazie tejże agendy – buduje sojusze i poszukuje elektoratu. Kierunek przemian społecznych zachodzących w Polsce sugeruje, że w perspektywie czasu ukształtować się może kilku-, kilkunastoprocentowy elektorat tego typu.

Ale zachęcenie ludzi do oddania głosu na zbiór rozwiązań politycznych nie jest tym samym, co zaproponowanie nowej formuły polityki.

Ruchy miejskie są temu bliższe. Ukształtowane przez spory społeczne, zogniskowane wokół kwestii prawa mieszkańców do współdecydowania o mieście, w którym żyją, zdają się formułować program polityczny na nadchodzące wybory wyłącznie ze względu na tego typu konieczność. Ostrożność w jego definiowaniu (czy też – ogólność jego zarysu), która bywa postrzegana jako asekuranctwo lub brak „wyrazistej propozycji politycznej” zdaje się wynikać z przekonania, że to ludzie powinni sami decydować, co jest dla nich dobre, naprawdę istotne, co ich realnie obchodzi. Działacze i działaczki, którzy zasmakowali demokracji uczestniczącej, doświadczyli prowadzenia społecznych konsultacji, moderowania zgromadzeń mieszkańców i translacji wielogłosu odmiennych potrzeb na rozwiązania konkretnych problemów, z którymi utożsamiają się ludzie nie potrafią zawrócić z drogi prowadzącej w stronę realizacji woli obywatelek i obywateli do samostanowienia, decydowania o swoim życiu i świecie, w którym spełniają jego scenariusze. Jeżeli ruchom miejskim udałoby się znaleźć formułę polityki dla emanacji oddolnej polityczności bylibyśmy świadkami dużego kroku w stronę nowego demokratycznego paktu.

Przyszłość to koalicja

Jaka będzie nadchodząca przyszłość obu formacji? Z pewnością ruchy miejskie zyskają poparcie społeczne w wyborach samorządowych w niektórych ośrodkach, gdzie są obecne. Miejmy nadzieję, że ich przedstawiciele znajdą się we władzach lokalnych i uda im się rozhermetyzować zabetonowany układ polityczny. W przyszłym roku czekają nas wybory parlamentarne i prezydenckie, lecz nie sądzę, by ruchy miejskie zdecydowały się w nich jakkolwiek zaistnieć. Rozwijanie nowej formy koalicji politycznej zajmie z pewnością kilka lat. Przy czym – jeśli działacze i działaczki miejskie nie wypraktykują w przewidywalnym czasie struktury pozwalającej na wzmacnianie i rozwijanie ich działalności politycznej, która jednocześnie nie kłóciłaby się z ich różnorodnością i demokratycznym habitatem, przypuszczalnie ruchy Miejskie się skłócą lub rozproszą. Tak więc przyszłoroczne wybory ogólne powinny być ostatnimi, w których – jeśli tak się stanie – nie wezmą udziału. Bardziej skłonni ku politycznemu ryzyku przedstawiciele ruchów w roku 2015 wystartują z pewnością z list którejś z istniejących formacji – prawicowych lub lewicowych, jako że zróżnicowanie światopoglądowe wśród ich działaczy i działaczek jest naprawdę duże. Sympatyzujący z emancypacyjną agendą znajdą się z pewnością m.in. na listach Zielonych.

Dla Partii Zieloni nadchodzące wybory lokalne są tylko przystankiem na drodze do zaistnienia w krajowej (a może i europejskiej) polityce w ciągu następnej dekady czy półtorej. Mogą starać się podążać drogą „zakulisowych” rozstrzygnięć lub zmierzać w stronę formacji politycznej, będącej emanacją demokratycznego zaangażowania działaczy i działaczek społecznych o profilu emancypacyjnym. Pierwsze rozwiązanie może skutkować przeniknięciem do parlamentu bez rzeczywistego poparcia społecznego, drugie – wejściem na drogę parlamentarną w terminie odroczonym, ale z zapleczem sympatyków. Deklaracje samodzielnych startów w wyborach powszechnych sugerują, że partia nastawia się na długi marsz drugą z wymienionych ścieżek. Ponieważ jednak Zieloni wydają się na dziś mieć sporą mobilność koalicyjną, możliwe, że Sojusz Lewicy Demokratycznej lub/i Twój Ruch uznają, że partia stanowić może ich ramię społeczne i skuszą działaczy oraz działaczki do zmiany strategii.

W perspektywie dłuższego czasu, podejrzewam ziszczenie się innego jeszcze scenariusza. Podczas kongresu Zielonych podjęto uchwałę w sprawie wyborów samorządowych następującej treści: „Naturalnym sprzymierzeńcem Zielonych są ruchy miejskie, z którymi współpracujemy od lat. Priorytetem w wyborach samorządowych powinna być kontynuacja tej współpracy poprzez budowanie wspólnych komitetów wyborczych lub zaproszenie przedstawicielek i przedstawicieli ruchów miejskich na listy tworzone przez Partię Zieloni”. Nawet bez tych deklaracji zmierzanie Zielonych w kierunku współpracy z działaczami i działaczkami miejskimi jest widoczne: Kraków Przeciw Igrzyskom to jeden z ruchów, w których uczestniczą m.in. członkowie Zielonych, będący jednocześnie częścią zawiązanego 8 lipca Porozumienia. Jeśli więc dziś obie formacje budują swoje tożsamości i poszukują adekwatnej formuły dla obecności zarówno wśród społeczności, jak i na scenie politycznej, to – z pewnością – w przyszłości ukształtuje się jakiś rodzaj koalicji w oparciu o przedstawicieli obu formacji, na którą składać się będą także inne organizmy społecznopolityczne o profilu socjalnym i emancypacyjnym. Gdyby w przyszłorocznym maratonie wyborczym zwycięstwo przypadło „okołoPiSowskiej” prawicy, ta zaś zaciśnie obyczajowo-wolnościowy pas, forsując jednocześnie liberalne rozwiązania ekonomiczne (jak miało to miejsce w latach 2005-2007), dojść może do wystąpień społecznych, które omawiany scenariusz mogą przyspieszyć. Jeśli nie – realizował się on będzie prawdopodobnie w powolnym, ale konsekwentnym rytmie w ciągu kolejnych dziesięciu, piętnastu lat.

Za tego typu scenariuszem przemawia m.in. kontekst międzynarodowy. Tendencje rozhermetyzowania sceny politycznej i nabierania politycznego wymiaru oddolnej inicjatywności mieszkańców są charakterystyczne także dla szeregu innych krajów europejskich. Fenomeny takie jak SYRIZA (koalicja lewicowa, która zwyciężyła tegoroczne wybory lokalne i europarlamentarne w Grecji), Podemos (wyrosła z Ruchu 15 Maja formacja, która okazała się czarnym koniem eurowyborów w Hiszpanii) czy Zjednoczona Lewica (która właśnie wprowadziła sześcioro deputowanych do słoweńskiego Zgromadzenia Narodowego) skłoniły ruchy społeczne wyrosłe z wydarzeń 2011 r. lub przez nie wzmocnione do poważnego namysłu nad stworzeniem transnarodowej formacji politycznej, która byłaby alternatywą dla technokratycznych z jednej strony i nacjonalistycznych z drugiej tendencji w Europie. Proces jej kształtowania trwa. Zasilenie nowych koalicji demokratyczno-lewicowych przez finanse publiczne, polityczne mobilności i dostęp do instrumentów społecznego oddziaływania, wynikające z obecności nowych formacji w krajowych i europejskich politykach, sprawia, że sojusznicze im ruchy społeczne otrzymają dodatkowe siły dla zrealizowania omawianego celu. Jako że najpewniej to Zjednoczona Lewica (nie zaś Europejscy Zieloni) będzie tą frakcją w europarlamencie, która w przyszłości weźmie pod swoje skrzydła nowe demokratyczne koalicje, ciążenie w stronę zawiązania tego typu sojuszu w Polsce i ożywienie partnerstwa z formacjami orbitującymi wokół Zjednoczonej Lewicy mogłoby przynieść dalekosiężne korzyści polityczne.

***

Jakkolwiek ułoży się przyszłość – na dziś – mam dobrą wiadomość dla wszystkich, którzy poszukują politycznej realizacji swoich nadziei na inną, bardziej otwartą, ludzką, tolerancyjną, opiekuńczą i przyjazną Polskę – w najbliższych wyborach samorządowych jest na kogo głosować bez zaciskania zębów, przymykania oczu i konieczności dokonywania wyboru między lepszym, gorszym i najgorszym złem.

Czytaj także:

Witold Mrozek, Róbmy politykę!

Joanna Erbel: Chcemy odzyskać miasto dla życia codziennego

Maciej Gdula, Erbel do ratusza!

Hanna Gill-Piątek, Zdecydujesz o budżecie, ale prezydenta nie odwołasz [Podsumowanie 2013 w polityce miejskiej]

Bio

Igor Stokfiszewski

| Krytyk literacki
Badacz, uczestnik i inicjator działań z zakresu teatru społecznego, teatru wspólnoty i sztuki zaangażowanej, aktywista. Współpracował m.in. z Teatrem Łaźnia Nowa (Kraków), Workcenter of Jerzy Grotowski and Thomas Richards (Pontedera, Włochy), niemieckim kolektywem Rimini Protokoll oraz z artystami – Arturem Żmijewskim, Pawłem Althamerem i Jaśminą Wójcik. Jako dramaturg realizował spektakle teatralne w reżyserii Wojtka Klemma, Agnieszki Olsten i Bartosza Szydłowskiego m.in. w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie, Teatrze Studio w Warszawie oraz Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Współkurator działań artystyczno-społecznych w przestrzeniach poprzemysłowych „Zakłady. Ursus 2014” i „Ursus – spacer w czasie” (2015). Był członkiem zespołu 7. Biennale Sztuki Współczesnej w Berlinie (2012). Autor książki „Zwrot polityczny” (2009), redaktor e-booka „Culture and Development: Beyond Neoliberal Reason” (2017) i współredaktor m.in. tomów „Kultura i rozwój. Analizy, rekomendacje, studia przypadków” (2016), „Built the City: Perspectives on Commons and Culture” (2015) oraz „Jerzy Grotowski. Teksty zebrane” (2012). Członek zespołu Krytyki Politycznej, rady organizacji European Alternatives i założonego przez Janisa Warufakisa ruchu społecznego Diem25, działacz związku zawodowego Inicjatywa Pracownicza.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.