Miasto

Erbel: Chcemy odzyskać miasto dla życia codziennego

Chcę żyć w mieście, w którym wszyscy, niezależnie od sytuacji finansowej, będą się czuć bezpiecznie.

Agata Szczerbiak: Jesteś kandydatką Zielonych na stanowisko prezydentki Warszawy. Dlaczego zdecydowałaś się wystartować w wyborach?

Joanna Erbel: Od ponad 7 lat angażuję się w politykę samorządową. Ostatnie wybory w 2010 roku pokazały, że rzeczywiście mogą sformować się komitety społeczne, jak inicjatywa My Poznaniacy, która ze względu na ordynację wyborczą niestety nie wprowadziła do rady miasta ani jednego przedstawiciela, mimo około 10 proc. poparcia. Od tamtej pory ruchy społeczne coraz częściej myślą o tym, że na stanowiskach prezydentów i burmistrzów jest miejsce dla aktywistów. Nie jest to oczywisty wybór z punktu widzenia osób związanych np. z NGO-sami, według których trzeba działać oddolnie i tworzyć apolityczne struktury. Ja myślę inaczej: że powinniśmy być jednocześnie i w państwowych instytucjach kultury, i w samorządzie, i w organizacjach pozarządowych. Start w wyborach prezydenckich jest dla mnie szansą połączenia tego, co najlepsze w energii ruchów społecznych, z instytucjonalną polityką, która sprawia, że można prowadzić spójne, konkretne, ale też otwarte na zmiany działania.

Miasto musi mieć konkretną wizję rozwoju, a obecny ratusz jej nie ma.

Jakie są twoje relacje z Zielonymi? Należysz do partii i jako prezydentka Warszawy będziesz realizować jej program?

Nie należę do Zielonych, ale nasza współpraca trwa bardzo długo, właściwie od momentu, kiedy zaczęłam określać się jako aktywistka społeczna. W 2006 roku Zieloni wystawili mnie w wyborach do rady miasta. Byłam wtedy młodą osobą, która dopiero zaczynała się interesować polityką miejską. I to był z jednej strony gest zaufania, a z drugiej zaproszenie do polityki, które zawsze miałam z tyłu głowy. Mimo że wtedy startowałam z dalekiego miejsca na liście i nie byłam specjalnie aktywna podczas kampanii wyborczej, to był moment, kiedy musiałam podjąć decyzję, czy polityka samorządowa w ogóle mnie interesuje, czy naprawdę chciałabym być radną i czy podołałabym temu zadaniu. Stwierdziłam, że tak. To był dla mnie moment przełomowy.

Poza tym osoby ze środowiska Zielonych czy z nim związane, jak np. Adam Ostolski, Przemek Sadura, Maciek Gdula, uformowały mnie intelektualnie. To jest środowisko intelektualne i polityczne, które zawsze było mi bliskie, ale nigdy nie czułam potrzeby zapisania się do partii, bo zawsze razem działaliśmy. W zeszłym roku byłam pełnomocniczką komitetu Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM, którego filarem byli Zieloni i Pracownicza Demokracja, i nasza współpraca jeszcze się zacieśniła. Potwierdziło się wtedy, że dobrze nam się razem pracuje i że mamy wspólne cele. Czuję się wśród Zielonych bardzo komfortowo, zwłaszcza odkąd stali się bardziej lewicowi, socjalni, coraz więcej mówią o solidarności społecznej, i na poziomie lokalnym, i na poziomie państwowym.

Na poparcie jakich innych środowisk liczysz?

Jestem w stałym kontakcie z lokalnymi inicjatywami, jak Wola Zmian, Jeden Muranów, Praskie Stowarzyszenie Mieszkańców „Michałów”. Współpracujemy też ze związkami zawodowymi. W pracach programowych bierze udział Małgorzata Aulejtner z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Pracujemy też z osobami ze środowiska naukowego. Zapraszając do współpracy osoby z różnych środowisk, spotykam się z bardzo pozytywnym odzewem. Wszyscy chcą zmiany, wszyscy mają poczucie, że wreszcie powinniśmy pokazać, jakiej Warszawy chcemy, i sięgnąć po władzę.

Jakie są według ciebie największe błędy Hanny Gronkiewicz-Waltz?

Największym błędem obecnego Ratusza jest to, że przez 7 lat ignorował bardzo silną potrzebę mieszkańców i mieszkanek uczestniczenia w podejmowaniu decyzji. W ostatnich latach podjęto wiele decyzji, na które wszyscy czekali, wprowadzając na przykład rower miejski czy budżet partycypacyjny. Można powiedzieć, że to sukces obecnej władzy. Ale to są rozwiązania wprowadzane bardzo niekonsekwentnie. W momencie, kiedy pojawiło się Veturilo, sieć dróg dla rowerów była daleka od doskonałości. Jestem całoroczną rowerzystką i nie mam problemu z tym, żeby jeździć pomiędzy autobusami czy środkiem jezdni, ale większość osób jednak się tego boi.

Ważna jest też kwestia odzyskiwania przestrzeni publicznej. W obliczu zbliżających się wyborów pojawiły się pomysły, żeby puścić pieszych na pasach na rondzie Dmowskiego, a z drugiej strony w centrum Mokotowa planuje się budowę szerokopasmowej ulicy otoczonej wielkim ekranem akustycznym. Zadowolić ma nas to, że za tym ekranem będzie ścieżka rowerowa.

Warszawa powinna się rozwijać w sposób konsekwentny, a strategię rozwoju wdrażać tak, żeby np. zmienić infrastrukturę transportową. Nie wszystkie osoby, które jeżdżą dziś samochodami, nie są w stanie z nich zrezygnować. Wybierają po prostu najwygodniejszy środek transportu. Dużo osób mówi też, że bilety komunikacji publicznej są za drogie.

Władza z jednej strony zachęca do korzystania z transportu publicznego, a z drugiej – podnosi ceny biletów. To są ruchy niespójne i sprzeczne.

W Warszawie jest mnóstwo energii, którą można wykorzystać, żeby zmieniać to miasto na lepsze, żeby każda dzielnica miała swoje centrum, żeby każda dzielnica odzyskała dawny blask, jak to się dzieje np. z Pragą Północ. Tylko trzeba konsekwentnie przesuwać środki na najważniejsze inwestycje, którymi powinny być remonty kamienic czy odzyskiwanie przestrzeni dla pieszych, a niekoniecznie duże inwestycje drogowe w centrum miasta. Jeśli Warszawa potrzebuje obwodnicy, żeby odciążyć centrum, to pompowanie ruchu do centrum miasta jest kompletnie niepotrzebne. A to są decyzje, których konsekwencje będziemy ponosić przez wiele lat.

To będą główne tematy twojej kampanii?

Tak. Chcemy odzyskać miasto dla życia codziennego. Chodzi o to, żeby rzeczy podstawowe dla warszawiaków i warszawianek były traktowane priorytetowo. Jeżeli mamy do wyboru kolejne centrum przedsiębiorczości, które jest drogie i tylko jedno, albo więcej inwestycji lokalnych, to ja będę dążyć do tego, żeby wspierać działania lokalne. Nie potrzebujemy kolejnego nowoczesnego budynku w centrum miasta, tylko więcej przestrzeni do życia w Warszawie.

Byłaś jedną z osób najmocniej zaangażowanych w kampanię Stop Podwyżkom Cen Biletów ZTM. Czy jako prezydentka miasta zamierzasz obniżyć ceny za komunikację w mieście?

Tak, obniżka cen biletów będzie jedną z pierwszych rzeczy, do których będziemy dążyć. Prosta kalkulacja, w jakim stopniu transport publiczny może zostać sfinansowany z wpływu z biletów, a ile miasto musi dołożyć, to zwykła pułapka. Trzeba sobie zadać pytanie, po co jest transport publiczny. Kiedy zbieraliśmy podpisy pod projektem uchwały cofającej podwyżki, pojawiały się osoby z klasy średniej, które mówiły, że stać je, by płacić więcej. Co z tego, że ich stać. Wszyscy musimy żyć w mieście, które jest coraz bardziej zasmogowane, coraz trudniej się tutaj oddycha, Warszawa powinna bardzo dbać o poziom zanieczyszczeń. To są rzeczy, które dotyczą wszystkich, niezależnie od tego, ile mają pieniędzy i do jakiej klasy społecznej należą. Chodzi o to, żeby Warszawa była miastem przyjaznym, a transport miejski był powszechnie dostępny, bo to transport publiczny.

Przecież nie zgadzamy się na to, żeby prywatyzować edukację. W ten sam sposób powinniśmy myśleć o komunikacji miejskiej.

W jaki sposób zmieniłabyś politykę mieszkaniową w Warszawie?

Na pewno trzeba budować więcej mieszkań, choć obecny poziom 300 mieszkań rocznie to i tak dobry wynik na tle innych miast. Równie ważna jest kwestia reprywatyzacji, bo lokatorzy kamienic, które są przekazywane w prywatne ręce, zostają zupełnie bez ochrony. Na pewno chciałabym, że władze były w stałym kontakcie ze środowiskami lokatorskimi i wspólnie tworzyły ramy dla polityki mieszkaniowej. Dialog, który odbywa się dotychczas, nie jest wystarczający.

Ważnym elementem polityki mieszkaniowej jest też anulowanie długów osobom, które są w stanie zapłacić część czynszu. Zaległości czynszowe to skutek wieloletnich zaniedbań miasta, które w pewnym momencie nie zatroszczyło się o lokatorów, nie zauważyło, w jaki sposób zmieniła się sytuacja życiowa tych rodzin, a zamiast tego zaczęło naliczać podwójny czynsz osobom, które i tak nie były w stanie go płacić i straciły prawo do mieszkania. Miasto i tak tych pieniędzy nie odzyska. Polityka – w każdej dziedzinie – powinna polegać na indywidualnym traktowaniu każdego przypadku i sprawdzaniu różnych możliwości wyjścia z sytuacji.

Uważasz, że da się to wszystko załatwić w ratuszu? Niektórzy, jak Grzegorz Piątek, próbowali i nie udało im się.

Jeżeli kandydujesz na stanowisko prezydentki, to masz swoich współpracowników. Grzegorz Piątek był w innej sytuacji – wygrał konkurs na naczelnika Wydziału Estetyki i w pewnym momencie z częścią ratusza dogadywał się dobrze, a z częścią nie. Zabrakło woli politycznej, żeby pozwolić mu na swobodne działanie. Dlatego też chcę kandydować – bo wiem, że nie da się wszystkiego wywalczyć, chodząc za urzędnikami czy indywidualnie lobbując za określonymi sprawami. Są decyzje, np. te dotyczące planowania przestrzennego, do których w ogóle nie ma dostępu. Przypadek Grzegorza Piątka całkowicie rozbił fantazję o tym, że kiedy przy obecnym układzie władzy aktywiści wejdą do ratusza, to wszystko się zmieni.

Nie obawiasz się, że w trakcie kampanii wyborczej zostanie ci przylepiona etykieta poliamorystki?

Nie, nie boję się tego. To moje życie prywatne, choć oczywiście w pewnym sensie jest to też sprawa publiczna. Jako poliamorystka mam świadomość, że polityka prorodzinna musi oznaczać wspieranie różnego rodzaju rodzin. Na pewno ominęłabym pułapkę w którą wpadło miasto w związku z tańszymi biletami dla rodziny 3+, kiedy okazywało się, że dzieci dostaną zniżkę, o ile ich ojcem jest jeden mężczyzna, ale jeśli kobieta ma trójkę dzieci z dwoma partnerami, to już nie. To są kwestie na które jestem bardzo wrażliwa. Polityka rodzinna powinna być bardziej dostosowana do tego, żeby wspierać dzieci i rodziców, którzy żyją w różnych układach.

Co cię najbardziej wkurza w polskiej polityce?

Dużo rzeczy. Najbardziej – brak solidarności i brak myślenia o tym, że w momencie przechodzenia przez kryzysy ekonomiczny trzeba dołożyć wszelkich starań, żeby zlikwidować nierówności i wspierać osoby, które są najsłabsze, i wiadomo, że sobie nie poradzą, bo wolny rynek tego nie wyreguluje. Jest jeszcze kwestia odpowiedzialności, wyraźnie widoczna na poziomie polityki warszawskiej. Bardzo dużo osób, które kandydują na stanowiska w Warszawie, to osoby, które interesują się nią co najmniej umiarkowanie.

Kogo konkretnie masz na myśli?

Tak było na przykład z Markiem Borowskim. Tak samo jest teraz z Ryszardem Kaliszem – to nie jest osoba, którą łączą z miastem ścisłe związki. Jest pomysł, że PiS wystawi Jacka Sasina, który nie wsławił się tym, że cokolwiek zrobił dla tego miasta. Warszawa stała się trampoliną dla polityki partyjnej, na przykład wiceprezydent Dąbrowski to osoba która znalazła się w ratuszu ze ściśle partyjnego klucza Platformy Obywatelskiej. To jest niepokojące. Jednocześnie to, że Warszawa jako stolica jest silnie związana z partią rządzącą, co mogłoby pozwolić przeprowadzić kilka ustaw, nie ma w ogóle żadnego znaczenia. To, że pani prezydent jest wiceprzewodniczącą PO, nie przekłada się na żadne korzystne dla miasta rozstrzygnięcia, na przykład wciąż nie mamy ustawy reprywatyzacyjnej.

A czy coś cię cieszy?

Cieszy mnie to, że środowisko aktywistów chce wejść do polityki, żeby ją zmieniać od środka, na własnych zasadach, zwłaszcza politykę miejską. To daje ogromną nadzieję na zmianę polityki samorządowej jako takiej.

Szykuje się kilka społecznych komitetów, jak Warszawa Społeczna, Miasto jest Nasze, Inicjatywa Mieszkańców Warszawy. Ludzie chcą wchodzić do struktur. Nawet ruch Grzegorza Piątka, który zdecydował się wejść do ratusza i sprawdzić, co może zrobić, jeszcze kilka lat temu pewnie nie byłby możliwy.

Spotkałyśmy się w barze Prasowym, tutaj została ogłoszona twoja nominacja, odbyło się tu wcześniej wiele ważnych dyskusji o mieście – czy kiedy już zostaniesz prezydentką, przeniesiesz tutaj swoje biuro?

(śmiech). Raczej nie. Choć ja tu rzeczywiście pracuję, jestem tu cały czas, pomagałam zorganizować wiele spotkań, które się tutaj odbyły. To, na czym by mi zależało, to żeby takich miejsc było więcej w każdej dzielnicy. To jednocześnie trochę centrum kultury, trochę klubokawiarnia i jeszcze można tu tanio zjeść obiad, co sprawia że spotykają się tutaj różne osoby, nie ma finansowej bariery wstępu. Brałam udział w tworzeniu konkursu profilowanego na Prasowy. Zastanawialiśmy się wtedy, czy wpisać w warunki konkursu funkcję kulturalną, czyli konieczność organizacji spotkań w tym miejscu. Było to naszym marzeniem, ale po wielu dyskusjach jednak z tego zrezygnowaliśmy Potem okazało się, że właściciel tego miejsca, Kamil Hagemajer, chce mieć tu coś w rodzaju domu kultury, do którego dokłada z utargu. To znaczy, że taki model można by powielić w innych dzielnicach.

Okazuje się, że może być tanio, nowocześnie i w dodatku prospołecznie. Mimo że sugerowano nam, że nie ma miejsca na jadłodajnię na luksusowej ulicy, w centrum miasta, w reprezentacyjnym miejscu.

Ja nie chcę żyć w mieście w którym główne ulice należą tylko do bogatych. Chcę żyć w mieście, w którym będę czuła się bezpiecznie niezależnie od tego, w jakiej będę sytuacji finansowej.

Rys. Lucek

Czytaj takżę:

Maciej Gdula, Erbel do ratusza!

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.