Miasto

Niewrzęda: Rany, które wynikają z empatii

Moja wrażliwość społeczna i wynikająca z niej lewicowość bierze się z wrodzonej empatii.

Kamila Kasprzak, Krytyka Polityczna: W swojej twórczości niemal cały czas zastanawiasz się nad kondycją rzeczywistości. Poddajesz ją krytyce, ale nie moralizujesz. Nie chcesz tym samym dawać gotowych recept na jej uzdrowienie, bo ich nie ma? A może są, może powinniśmy ich razem szukać?

Krzysztof Niewrzęda: Nikt nie ma prawa sam decydować, w jaki sposób należałoby uzdrowić rzeczywistość. Poza tym byłoby to jedynie leczeniem skutków a nie przyczyn. Ta rzeczywistość nie wzięła się przecież znikąd. „Ludzie ludziom zgotowali ten los” – można powtórzyć za Nałkowską. Należałoby zatem uzdrowić przede wszystkim ludzką naturę. A to już zadanie przekraczające możliwości jednostki. Dlatego ja nie tylko nie chcę dawać gotowych recept, ale właściwie staram się również nawet rzeczywistości nie poddawać krytyce. Chcę jedynie opisać ją w takim wymiarze, który jest konieczny do stworzenia kontekstu dla wypowiedzi podmiotu lirycznego, bądź bohaterów moich powieści. Oczywiście w pewnych momentach mnie ponosi. Tak jak w Czasie przeprowadzki. Ale to jest książka eseistyczna, a więc z założenia prezentująca subiektywne opinie autora. Miałem więc do tego prawo (śmiech). Generalnie jednak unikam wartościowania i nie pozwalam na to nawet narratorowi. Ceduję to przede wszystkim na czytelnika. No i częściowo również na bohaterów moich powieści. Sam zestawiam tylko okoliczności, wydarzenia, przekazy i informacje z ich refleksjami. Z ich przemyśleniami, wyobrażeniami oraz lękami. W ten sposób umiejscawiam ich w tak zwanej rzeczywistości. I staram się to robić rzetelnie. Bez toczenia wałków. Bez retuszowania jej opisów w jakimś literackim photoshopie. Albo kolorowania jej według mainstreamowych wzorców. Można więc powiedzieć, że rzeczywistość sama się przedstawia czytelnikowi moich książek. Sama wywołuje jego krytyczną reakcję, jeśli ma ona miejsce. I sama zmusza czytelnika, do tego, by również zastanowił się nad tym, nad czym ja się zastanawiam.

W dodatku w najnowszej powieści Zamęt do obrazu dość konsumpcyjnego, powierzchownego i przepełnionego bodźcami świata ludzi goniących za tym, co aktualne i „trendy”, dorzucasz Facebooka, gdzie bohaterowie utknęli w kolejnej pozie. Zmiana społeczna nie jest możliwa przez internet, czy może właśnie w nim szukać szansy na przeorganizowanie międzyludzkich relacji?

Portale społecznościowe są tylko narzędziem. To, jak z nich skorzystamy, zależy wyłącznie od nas. W Zamęcie oprócz opisów ukazujących korzystanie z Facebooka w celu lansowania się, uprawiania hedonizmu, czy wręcz ogłupiania się bezsensownymi treściami, są też fragmenty mówiące o tym, że tam właśnie tworzy się nowe społeczeństwo, które podąża ku kolejnej rewolucji. Mówiące o tym, że „userzy” przyczyniają się podświadomie do tworzenia społeczeństwa kolektywnego, w którym obowiązujący obecnie prymat ego zejdzie na plan dalszy, co w końcowym efekcie doprowadzi do większej świadomości społecznej. Do społecznej solidarności. Wszystko to, co prawda, opatrzone jest znakami zapytania. No, bo trudno przewidzieć, jakie będą końcowe rezultaty. Z pewnością jednak internet jest takim medium, które daje ogromne możliwości komunikacyjne i edukacyjne podwyższające świadomość jego użytkowników. Przynajmniej na razie, póki nie jest jeszcze kontrolowany przez establishment w takim stopniu, jak inne środki masowego przekazu. Konsekwencje tego widać było podczas Arabskiej Wiosny. Jej uczestnicy zwoływali się na manifestacje właśnie na Facebooku. Tam też przekonywali do swoich racji i pozyskiwali zwolenników. Może więc inni w innych rejonach świata też zrobią z Facebooka taki użytek, zanim opanują go ci, którzy ich wyzyskują i odmawiają im praw do godnego życia.

A czy twoja literatura lub poezja też pisana jest „po coś”? Czy oprócz przemyśleń i interpretacji odbiorcy, ma choć odrobinę zmienić jego spojrzenie na własne życie?

To zależy właśnie od niego. Od tego, czy on ma ochotę cokolwiek w swoim życiu zmienić, skonfrontować się z treściami, jakie zawierają się w tym, co ja mu oferuję. Choćby tylko z tymi, które można odbierać już na pierwszym poziomie interpretacji. Czy chce na przykład, żeby każdy przez każdego był traktowany podmiotowo, by nikt nie czuł się wykluczony. Czy chce, żeby ci, którzy mają największy wpływ na rzeczywistość, każdego traktowali jak równego sobie. Bo to są pewne warunki konieczne, do tego, żeby czytelnik w ogóle mógł być odbiorcą mojego pisarstwa.

Wracając jeszcze do świeżego Zamętu, padają w nim dość znamienne słowa: „A kto tak naprawdę jest pracodawcą. Przecież nie ci, którzy korzystają z pracy ludzi, tylko ci, którzy tę pracę wykonują. To oni dają wykonywaną przez siebie pracę tym, którzy powinni za nią godziwie zapłacić. Wszystko wywrócone jest do góry nogami. Po to, żeby pracownikom wbić do głowy, że są zależni od tych, którzy ich wykorzystują. I po to, żebyśmy godzili się na takie zarobki, jakie nam się wyznaczy.” „Grzebałeś” w Marksie czy ogólnie idee sprawiedliwości i godności ludzkiej są tobie bliskie?

W Marksie kazali mi „grzebać” wykładowcy podczas studiów. Zajmowałem się tym jednak nadzwyczaj niechętnie, ponieważ w czasach PRL-u Marks wcale nie uchodził za uosobienie sprawiedliwości, tylko raczej czegoś przeciwnego. Oczywiście jego idee były wypaczone przez tych wszystkich pseudokomunistów, którzy powołując się na Marksa, propagowali de facto sowiecki narodowy socjalizm, opierający się na eksterminacji i braku wolności. I to było także bardzo wyraźnie widoczne w Polsce. Ci nasi tak zwani marksiści na samym początku swojej działalności też przecież najlepiej wyspecjalizowali się w mordowaniu przeciwników politycznych, a w 1968 roku zasłynęli jeszcze jako czołowi antysemici. Świadczy to więc o tym, że idee komunistyczne mieli głęboko w dupie.

Sam miałem okazję tego doświadczyć w moim rodzinnym Szczecinie, gdzie obywatelska z nazwy milicja, w imię obrony marksistowskich wartości, strzelała do ludzi w 1970 roku i masowo pałowała ich w latach 80. Nabrałem więc nie tylko pewności, że komunizm polskich dygnitarzy oraz ich pomagierów był jedną wielką ściemą, pod którą kryła się wyłącznie chęć zachowania takiej władzy, na jaką pozwalali im Sowieci, ale nabrałem także niechęci do upapranego w sowieckim, narodowosocjalistycznym błocie dzieła Marksa. Moja wrażliwość społeczna i wynikająca z niej lewicowość bierze się więc raczej z wrodzonej empatii. Zamiast na Marksa – w miarę potrzeb – mogę jednak powołać się nie tylko na własne doświadczenia czy przemyślenia, lecz także na refleksje i opinie choćby takich gigantów jak Noam Chomsky czy Stéphane Hessel.

Natomiast poezja, weźmy także niedawno wydany tom Popiół, jest już bardziej niejednoznaczna, urzeka minimalizmem słów, ale zdaje się pełna równie gorzkich diagnoz zarówno dla jednostki jak i społeczeństwa. Naprawdę tak trudno dziś przekazać nadzieję?

Czesław Miłosz napisał swego czasu, że poeta „Jest niby ktoś z raną brzucha, który biegnie trzymając kiszki, żeby mu nie wypadły” i że „wszystko w nim jest wynikiem zranienia”. Czy ktoś taki może przekazać nadzieję? Cytując tę wypowiedź Miłosza liczę oczywiście na to, że nie myślał on w danym momencie o jakiejś ranie osobistej, tylko o tym, co wynika z empatii. Jest takie określenie niemieckie „Weltschmerz”, co znaczy ból świata i mnie odczuwanie tego bólu w jakiś sposób determinuje. Dlatego w Zamęcie napisałem, że „Ból jest objawem buntu wobec tego, czego się doświadcza”. Ale mimo to, mimo tych gorzkich diagnoz, o których wspomniałaś, jestem przekonany, że w mojej poezji można doszukać się nadziei. I potwierdzają to również krytycy literaccy. Nie daję jej jednak za darmo (śmiech). Czytelnik musi trochę popracować, żeby ją uzyskać. Musi zajrzeć pod pierwszą warstwę przekazu, dać sobie więcej czasu na refleksję i zastanowić się chociażby nad tym, czy popiół jest tylko symbolem zniszczenia, czy może także odrodzenia.

Poza tym atutem jest sam styl dzieł i język. W powieściach krytycy literaccy porównują twoje stylistyczne zabiegi m.in. do gombrowiczowskiej ironii, analitycznego obrazowania Zoli czy literackich reportaży Kapuścińskiego, a w poezji wskazują np. na operowanie skrótem myślowym, kontrast emocji i słowny umiar mimo podkreślanej ekspresji. Dlaczego tak ważna jest dla ciebie forma?

Forma jest tym, co nadaje artystycznego charakteru temu, co się pisze. To ona decyduje o niejednoznaczności za sprawą czego literatura różni się od publicystyki i produkowanych przez przemysł wydawniczy czytadeł. Ona też decyduje o dynamice i uniwersalizmie przekazu. A także o pozazmysłowym wymiarze. Ale oprócz tego forma ułatwia komunikowanie się. No bo w zależności od tego, w jaki sposób do kogoś mówimy, jakim tonem – czy szeptem, czy głosem podniesionym – to wypowiedziane przez nas zdanie może być inaczej odebrane. Jeśli chcemy, żeby było odebrane zgodnie z naszymi intencjami, to musimy wybrać odpowiednią do tego formę. Podobnie jest w literaturze. Co prawda wielu pisarzy zachowuje się tak jakby o tym nie wiedzieli i rzucają się w wir eksperymentów uprawiając sztukę dla sztuki, co powoduje, że powstają z tego jakieś dziwolągi pod tytułem proza eksperymentalna. I żeby było śmieszniej, początkowo niektórzy krytycy i mnie chcieli wrzucić do tej szuflady, widząc tak częstą zmienność formy w mojej pierwszej powieści, w której każdy rozdział napisany jest w innym stylu. Dosyć szybko zorientowali się jednak, jak bardzo wybrana przeze mnie forma jest kompatybilna z treścią. Że jest wręcz z nią nierozerwalnie złączona. I z pewnością uwydatnia treść i w jakiś sposób ją wspiera. Łatwo sobie to zresztą uzmysłowić na przykładzie Zamętu. No bo czym byłaby ta powieść, gdyby została napisana innym językiem. Narracja w stylu freestylowej gawędy opartej na młodzieżowym slangu, wprowadza do niej humor i pewną lekkość, bez których nikt by nie „utachał” tych wszystkich ciężkich treści. Ale oczywiście istnieją też i takie momenty, w których forma decyduje o treści. No bo żeby zachodziła między nimi pełna kompatybilność, to musi to być związek partnerski (śmiech).

I na koniec zapytam jeszcze o emigrację, na której jesteś już wiele lat. W pierwszej powieści Poszukiwanie całości udało ci się jej doświadczenie oderwać od narodowego wyobcowania, które zastąpiłeś ogólną alienacją jednostki. A czy emigracja wpłynęła w jakiś sposób na obserwację systemowych mechanizmów w „globalnej wiosce”, które czasem opisujesz? Bo osobiście analiza świata z Zamętu przyniosła mi pewne skojarzenia z No logo Naomi Klein…

Nie pretenduję do takiej roli, jaką odgrywa Naomi Klein. Nie uniósłbym jej. Poza tym piszę po polsku, a nie po angielsku. Żadna z moich książek nie ma więc takiej siły oddziaływania jak jej dzieła. Wątpię też, żeby w kraju, w którym czytelnictwo jest na tak niskim poziomie, można było w ogóle zaistnieć w taki sposób jak zaistniała autorka No logo wśród anglojęzycznych odbiorców. Do tego polskie społeczeństwo, poza nielicznymi wyjątkami, jest nieobecne w dyskusji na temat miejsca jednostki we współczesnym świecie, lęków społecznych, wszechobecnego wyzysku, a przede wszystkim globalizacji oraz jej skutków i w tym obszarze, o wiele bardziej niż w jakimkolwiek innym, spełnia wymogi idealnych lemingów. A to są jedne z ważniejszych tematów stanowiących tło moich powieści. Paradoksalnie więc, z tego między innymi powodu to, co piszę, oderwane jest od kwestii związanych z problematyką narodową.

Poza tym, od czasu jak przeprowadziłem się z Bremy do Berlina, a więc od 2001 roku, nie czuję się emigrantem. Trudno zresztą, żebym się czuł skoro do rodzinnego Szczecina jadę samochodem krócej, niż moja żona do pracy na drugi koniec Berlina. I pewnie również dlatego nie zajmuję się relacjami między narodami, jak na prawdziwego emigranta przystało. Ale nie zajmuję się tym, w głównej mierze dlatego, że w tym czasie, kiedy mieszkałem w Bremie i czułem się emigrantem – a więc przede wszystkim w latach 90. minionego wieku – emigracja objawiła mi się jak soczewka, w której skupia się wyobcowanie jednostki samo w sobie, a nie wyłącznie w obcym kraju.

Wyobcowanie, które generuje system i jego mechanizmy prowadzące do atomizacji społeczeństwa. I to jest temat, który warto eksplorować i który w jakiś sposób łączy mnie z Naomi Klein. Ja jednak pisząc Zamęt nie chciałem stworzyć raportu na temat kondycji współczesnego świata, tylko jakieś dzieło literackie, które na tego typu raportach żeruje (śmiech). Chciałem pokazać przede wszystkim jak ten świat oddziałuje na jednostki. I mam nadzieję, że mi się udało.

Rozmowa z Krzysztofem Niewrzędą, poetą i prozaikiem, została przeprowadzona w Berlinie, gdzie był gościem spotkania „Polski Duch Niepokorny”, które zorganizowała Krytyka Polityczna w Berlinie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.