Felieton

Jak przekonać Szczurka i Schetynę do Unii?

Gdyby Unia realizowała nacjonalistyczne hasło „moje pieniądze muszą wrócić do mnie”, Polska nie miałaby swego planu Marshalla po 2004.

Pod wpływem wyrównanej od lat walki wyborczej pomiędzy PO i PiS Polska wycofuje się coraz bardziej z realnej polityki europejskiej, z realnej polityki w Unii. W kwestii funduszu inwestycyjnego Junckera i Komisji Europejskiej zajęliśmy właśnie pozycję krajów najbardziej antywspólnotowych. Nie zadeklarowaliśmy jeszcze najbardziej choćby symbolicznej sumy do tego funduszu, podczas gdy decyzję o wpłacie podjęły już nie tylko Niemcy (8 miliardów euro), które istotnie mogą sobie na tak „symboliczną” sumę bez trudu pozwolić, ale nawet Hiszpania (1,5 miliarda euro), a jest to przecież kraj mający wyższe od nas bezrobocie i nieporównanie trudniejszą sytuację budżetową.

Eurosceptycyzm został tym razem wyrażony ustami ministra finansów Mateusza Szczurka.

Jednak Szczurek był na tego ministra wybrany spośród czterdziestoletniej „młodzieży” naszego sektora bankowego przez Vincenta Rostowskiego nie po to, aby prowadził politykę inną niż eurosceptyczna polityka jego patrona. I nie po to, aby kiedykolwiek wyrósł na podmiotowego polityka PO. Zatem to jest wybór całego obozu władzy.

Po kolejnym spotkaniu ministrów finansów krajów UE Szczurek powtórzył, że decyzja o finansowym udziale Polski w tym programie „jeszcze nie zapadła”. I „nie ma pośpiechu”, gdyż „znacznie pilniejsza jest lista polskich projektów inwestycyjnych”. Oczywiście są inne kraje, które jeszcze nie zasiliły funduszu inwestycyjnego Junckera. Tylko czemu Polska rządzona przez „proeuropejską” (tylko na tle PiS-u) Platformę do nich się zalicza? Przecież ta partia zawsze afiszowała się swoim euroentuzjazmem, kiedy chodziło o przedstawienie w kampanii wyborczej wielkości transferów finansowych z UE pozwalających przeprowadzić inwestycje infrastrukturalne na poziomie centrum czy samorządu, albo kiedy w kampanii wyborczej przedstawiała awans Tuska jako wynik konsekwentnej proeuropejskiej polityki Warszawy.

Może za Sikorskiego ta polityka była jeszcze jakkolwiek proeuropejska, za Schetyny i Szczurka w stosunku do instytucji wspólnotowych Warszawa stoi zdecydowanie bliżej Budapesztu niż krajów strefy euro (a więc także Słowacji, Litwy, Estonii i Łotwy, a nie tylko krajów „zachodniego rdzenia UE”). Stoi bliżej Budapesztu albo milczy w ogóle.

„Moje źródła w Brukseli” (wcale niebędące sympatykami Waszczykowskiego, można nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie) opowiadają ze smutkiem, jak w czasie międzyrządowych spotkań – na przykład z udziałem osieroconego po zniknięciu Sikorskiego Carla Bildta (tworzyli razem projekt „partnerstwa wschodniego” UE) – delegacja polskiego MSZ milczy albo przemawia pustym drewnianym językiem bez pomysłów i bez decyzyjności. Nie jest to tylko wina Schetyny, na którego korzyść przemawia to, że on naprawdę NIE CHCIAŁ zostać szefem MSZ, ale MUSIAŁ, bo gdyby tej propozycji nie przyjął, pozostałoby mu już tylko czekanie na dorżnięcie jego i jego ludzi w strukturach PO. Albo wyjście z partii, na co jest jednak politykiem zbyt odpowiedzialnym. Jakie to przy okazji wystawia świadectwo ludziom, którzy zdecydowali się „zamrozić” polski MSZ, żeby „zamrozić” przy tej okazji Schetynę i mieć w miarę uporządkowaną sytuację w partii? Jednak uwięziony już w MSZ-cie Schetyna wybrał strategię najbardziej pasywną, najmniej ryzykowną, czyli odwołał się do dominującego języka i światopoglądu polskiej prawicy, które są coraz bardziej eurosceptyczne.

Również jeśli chodzi o sposób zarządzania funduszem Junckera, mamy już prawie Budapeszt w Warszawie.

Szczurek popiera bowiem skrajnie antywspólnotową koncepcję, aby każde państwo było w radzie funduszu reprezentowane przez „swego” przedstawiciela. Podczas gdy Komisja chce zbudować tę radę jako suwerenny podmiot wspólnotowy, który nie będzie rozszarpywany przez narodowe egoizmy spod znaku „moje pieniądze muszą wrócić do mnie”, ale będzie szukał okazji do inwestowania w całej Unii. Inwestowania tam, gdzie szanse powodzenia inwestycji są największe, a także tam, gdzie trzeba ratować ludzi przed najwyższym bezrobociem i polityczną destabilizacją. Inwestować nie na zasadzie „socjalu”, ale żeby zrestartować gospodarkę danego regionu czy kraju, a w ten sposób ratować całą Unię i firmy z całej Unii, które przecież także na rynku całej Unii już od dawna działają.

Chcąc przekonać Szczurka do Unii, wystarczy pierwszy z brzegu przykład polskich firm PESA i Solaris produkujących dla Sofii tramwaje i autobusy. Albo polskiej firmy NEWAG, która startuje w przetargu na tabor dla sofijskiego metra.

Czy naprawdę Bułgaria i Sofia zamawiają w „naszych” firmach te tramwaje, autobusy i wagony metra za „swoje” pieniądze? Czy naprawdę używają do tego zakumulowanego kapitału „własnego”? Przecież go nie mają, tak samo jak nie miała go Polska, zanim nie zaczęła korzystać z funduszy unijnych.

Na razie Bułgaria jest beneficjentem netto unijnych transferów, podobnie zresztą jak Polska, która jest beneficjentem netto największym. To zatem pieniądze „innych” trafią do „naszych” firm, także za „nasze” tramwaje, autobusy i wagony metra, które będą jeździć w Sofii.

Gdyby nacjonalistyczne hasło „moje pieniądze muszą wrócić do mnie” było realizowane przez Unię po roku 2004, Polska w ogóle nie miałaby swego planu Marshalla, który – z oczywistych względów – nie mógł do nas dotrzeć z Waszyngtonu po roku 1945, ale trafił do nas po roku 2004 z Brukseli. Oczywiście część tych niemieckich, francuskich, holenderskich… pieniędzy wróciła do Niemiec, Francji czy Holandii, choćby w postaci wynagrodzeń dla tamtejszych firm startujących i wygrywających w „naszych” przetargach. Jednak nawet te pieniądze, które „wróciły do obcych”, pozostawiły w Polsce parę dróg, stadionów, mostów i wyremontowanych dworców. Pozostawiły nawet „u nas” dość znaczący wzrost PKB i poziomu życia.

Także pieniądze z rozpoczętego w poniedziałek przez Europejski Bank Inwestycyjny „luzowania ilościowego” poprzez wykup obligacji państw strefy euro (spóźniony, ale jednak „keynesowski” projekt, który powinien się spodobać lewicy, gdyby jeszcze była jakaś lewica i gdyby myślała) posłużą obniżeniu kosztu obsługi długu w całej strefie euro (to już nastąpiło). Przełożą się też na inwestycje i rozwój, z których będzie korzystać także Polska, bo „nasza” gospodarka w największej części związana jest z rynkiem niemieckim i strefy euro.

Oczywiście trochę rozumiem ten eurosceptycyzm Schetyny i Szczurka, szczególnie w sezonie wyborczym, skoro na przykład profesor Antoni Dudek przedstawia właśnie publicznie (a jest to głos bardzo reprezentatywny dla całej dzisiejszej prawicowej inteligencji) „darmową radę” do wykorzystania przez Andrzeja Dudę przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. Otóż Duda powinien kategorycznie odrzucić wejście Polski do strefy euro. I zażądać tej samej „deklaracji niepodległości” od Bronisława Komorowskiego, który „będzie się wikłał”. Dzisiejsza geopolityczna doktryna polskiej prawicy (PiS-owskiej i nie tylko) widzi oczywiście alternatywę dla Unii i strefy euro w polskiej polityce zagranicznej. Jest to postawienie na USA, i to nie na Obamę oczywiście, czy demokratów, czy nawet republikańskich centrystów, ale na prawe skrzydło Partii Republikańskiej. Ono otwarcie obiecuje (inna rzecz, czy obietnicę spełni, bowiem w swoim „realizmie” kończyło zwykle na współpracy z Rosją z powodu chociażby Iranu), że Unię Europejską rozwali, a z Polski uczyni swój „lotniskowiec” w Europie Wschodniej. To oczywiście skokowo przyczyni się do zwiększenia naszej suwerenności, „wyzwalając Polskę spod jarzma gejowskiej Brukseli”.

Skoro tak się bawią panowie nacjonaliści, i to ci najbardziej cywilizowani, bo przecież nie mówimy tu o koncepcjach Korwina czy narodowców, trudno się dziwić, że minister Szczurek nie ośmieliłby się wpłacić na fundusz inwestycyjny Komisji Europejskiej nawet 100 milionów euro w tej, następnej czy każdej innej kampanii wyborczej. Każde, najbardziej nawet merytoryczne uzasadnienie takiej decyzji zostałoby przecież zagłuszone chóralnymi okrzykami „hańba!” i „zdrada!”, które w Polsce robią za argumenty polityczne, i robią skutecznie.

Ale przecież nie tylko znaczna część polskiej prawicy kopie Unię w brzuch, lecz także pewna część polskiej lewicy (akurat nie Magdalena Ogórek, chociaż wolałbym te same ogólnie słuszne poglądy dotyczące konieczności głębszej integracji z Unią usłyszeć wypowiadane przez realnego lewicowego kandydata lub kandydatkę, a nie przez kogoś tak konsekwentnie nieistniejącego), bo Komisja Europejska i EBC są przecież „mniej lewicowe” od Chaveza, Castro, już nie mówiąc o PRL-u powracającym wyłącznie jako obiekt nostalgii (praktycy PRL-u, Rakowski, Reykowski, Miller czy Kwaśniewski, mówili wam i mówią ciągle, jak ta nostalgia ma się do historycznej rzeczywistości, ale wy nie słuchacie). Otóż nawet Komisja i EBC, nawet dzisiaj, są bardziej lewicowe, tyle że w realu, a nie w całkowicie jałowej, oczyszczonej z wszelkiego brudu istnienia radykalnej fantazji. Osłaniają liberalną demokrację i faktyczne elementy państwa opiekuńczego. W porównaniu z Unią – nawet tą dzisiejszą, pozbawioną wielkości „Delorsowskiej wizji” – zaimplantowane na śmietniku globalizacji tępe zamordyzmy nie są żadną wartością, żadną alternatywą, a już szczególnie dla Polski podnoszącej się z gospodarczych i społecznych ruin.

Zatem najważniejszy dziś polityczny podział nie przebiega pomiędzy lewicą i prawicą, ale pomiędzy lewicą i prawicą unijną i lewicą oraz prawicą antyunijną (tak, sam wiem, jak to utrudnia lojalną krytykę wewnętrzną UE i próby korekty chadecko-socjaldemokratycznej polityki). I niech się czomskiści i czaweżyści jednoczą z faradżystami i lepenistami do woli. Ja wybieram konsekwentnie stronę przeciwną. Ale właśnie dlatego krytykuję też postępujący zwrot w polityce PO, która zmuszona do licytowania się na „suwerenność narodowych finansów” z PiS-em, coraz bardziej w buty PiS-u wchodzi. A minister Szczurek i Vincent Rostowski w tych akurat butach czują się wyśmienicie.

 

**Dziennik Opinii nr 71/2015 (855)

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.