Felieton

Wschodnie partnerstwo krwi

Gdyby Europie naprawdę zależało na Ukrainie, kontynuowałaby proces stowarzyszenia niezależnie od obecnych działań władzy ukraińskiej.

Kiedy piszę ten tekst, jeszcze nie ma pewności, jak skończą się demonstracje i zamieszki w Kijowie, które po krwawym rozpędzeniu Majdanu stają się coraz mniej przewidywalne. Nie ma pewności, czy władza będzie siłową metodą wdrażać miesięczny zakaz gromadzenia się w centrum Kijowa, który w nocy z soboty na niedzielę wydał niezawisły ukraiński sąd. Nie ma pewności, czy ogólnokrajowy strajk zapowiadany przez przywódców opozycji stanie się rzeczywistością. Nie ma zresztą pewności, czy przywódcy partyjnej opozycji są w stanie zawłaszczyć oddolny protest, czy zostaną zasłużonie obaleni razem z reżimem Janukowycza w trakcie obywatelskiej rewolucji.

Nie ma pewności właściwie co do niczego – oprócz jednej rzeczy. Brutalne, pozornie bezsensowne rozpędzenie Majdanu to punkt zwrotny nie tylko dla społeczeństwa Ukrainy, ale też dla całego regionu. Od niemal dziesięciu lat kluczowym wydarzeniem dla wschodu Europy, które definiowało toczące się tutaj procesy polityczne, był brak przemocy policyjnej w Kijowie podczas pomarańczowej rewolucji. Ów brak policyjnej masakry w momencie, kiedy wszystko ku niej zmierzało, ukształtował nową polityczną rzeczywistość. Ta rzeczywistość nie tylko umożliwiła pokojową zmianę autorytarnej władzy za pomocą masowych wystąpień. Ta rzeczywistość spowodowała też, że autorytarna władza zaczęła stosować nowe metody – jak na przykład tworzenie przez władze Rosji faszyzujących ruchów młodzieżowych, powołanych do neutralizacji protestów. Ta rzeczywistość umożliwiła pojawienie się – po raz pierwszy w nowoczesnej historii Ukrainy – całej generacji, dla której bezwzględne prawo do wyrażania własnej opinii, wolność zgromadzeń oraz brak akceptacji dla przemocy państwowej to nie są abstrakcyjne „wartości europejskie”, tylko wspólnotowe przekonania, zdobyte w osobistych doświadczeniach walki, opresji oraz zwycięstwa.

Ale ta rzeczywistość wywołała też polityczną apatię na niewyobrażalną dotąd skalę. Spowodowała także odpolitycznienie społecznego protestu, jego zawłaszczenie przez ideologie nienawiści.

Krwawy atak policji na pokojowo demonstrujących obywateli (głównie studentów) zgromadzonych na Majdanie nie tyle przekreśla tę polityczną rzeczywistość, ile wprowadza ją na nowy poziom. Zdaje się, że każdemu, kto w ciągu ostatnich kilku lat poddawał krytycznej refleksji wydarzenia pomarańczowej rewolucji (a chętnych do tego było coraz mniej), coraz trudniej było pozbyć się wrażenia, że Majdan z 2004 roku to tylko pierwszy odcinek czy zapowiedź większego zdarzenia, które doprowadzić może do rzeczywistej zmiany systemu, a nie tylko jego wierchuszki. Tym wydarzeniem nie stało się rozpędzenie „podatkowego” majdanu (protestu przedsiębiorców przeciwko kodeksowi podatkowemu) w 2010 roku, nie stał się nim również – sam z siebie – Euromajdan. Stała się nim przemoc przeciwko kilkudziesięciu pokojowo protestującym osobom – dokładnie dziewięć lat po tym, jak w tym samym miejscu ustalono nowe reguły gry dla przestrzeni postradzieckiej.

Co ta przemoc oznacza dla generacji stworzonej przez Majdan z 2004 roku?

Dla jednych – jak pokazują bójki pod siedzibą prezydenta Janukowycza, które oglądam na żywo, pisząc ten tekst – oznacza ona przekroczenie granicy, za którą zalegitymizowana jest przemoc w odwecie. Dla innych – mobilizację polityczną, skierowaną na obalenie nie tylko obecnej władzy, ale też wszystkich innych struktur opartych na dyskursywnej czy fizycznej przemocy. Przede wszystkim faszyzującej partii Swoboda, która ma szansę zyskać najwięcej na obecnych zamieszkach, niezależnie od ich wyniku.

Mamy też wreszcie szansę wyleczyć się z chorób społecznych, które wywołała poprzednia rewolucyjna fala: niewiary w możliwość polityki pozapartyjnej, cynizmu i apatii oraz – z drugiej strony – degradacji działania społecznego w wydaniu skrajnej prawicy i sekciarskiej lewicy.

Teraz z pewnością możemy powiedzieć, że pomiędzy grudniem 2004 a 30 listopada 2013 Ukraina była częścią szeroko pojętej wspólnoty europejskiej – niezależnie od poniżającego reżimu wizowego czy braku wolnego przepływu kapitału. Czy pozostanie nią nadal, zależy nie tylko od tego, co dzieje się w tej chwili na ulicach Kijowa. Zależy to też od tego, jak ten pozornie irracjonalny akt przemocy na Majdanie zostanie odebrany i wytłumaczony – przede wszystkim przez wspólnotę europejską.

Jak słusznie zauważa Paweł Pieniążek (pobity w Kijowie przez ukraińską milicję), pogrom Majdanu uratował uliczny protest: gdyby demonstrantów nie rozpędzono siłą, rozeszliby się dobrowolnie najpóźniej w poniedziałek. Natomiast przyczyny tej akcji wcale nie są takie tajemnicze, jak wygląda na pierwszy rzut oka.

Przemoc na Majdanie to nic innego, jak jedna z gwarancji, że Ukraina już nie wróci do stowarzyszenia z Europą, czyli dotrzyma układu zawartego przez Putina z Janukowyczem.

Prezydent Ukrainy został zmuszony do swoistego wschodniego partnerstwa krwi. Ukraina zbyt wiele razy robiła z Putina durnia w grze z Europą. Możliwe, że to właśnie Putin postawił przed Janukowyczem warunek rozlewu krwi przy rozpędzeniu protestów – jako prawdziwego podpisu pod umową. Bo teraz Europa już nigdy więcej nie będzie chciała rozmawiać z Janukowyczem – czym dodatkowo ukarze Ukraińców, już ukaranych przez własną władzę i milicję. Gdyby Europie naprawdę zależało na Ukrainie, musiałaby w tej sytuacji pójść krok dalej i podważyć tę brutalną umowę, kontynuując proces stowarzyszenia z Ukrainą niezależnie od obecnych działań władzy ukraińskiej.

Wiadomo, że to wymagałoby pewnego zawieszenia podstawowych „wartości europejskich” – ale wiadomo też, że gdy w grę wchodziły prawdziwe interesy, te wartości łatwo były zawieszane. Nie muszę chyba przypominać przywódcom europejskim wspólnego fotografowania się z Muammarem Kaddafim u schyłku jego błyskotliwej kariery, ciągłego flirtowania z tym samym Putinem czy własnej niedawnej historii rozpędzania pokojowych protestów.

W żaden sposób nie nawołuję do odpuszczenia Janukowyczowi i jego ekipie masakry na Majdanie.

Zostaną za to rozliczeni przez samych Ukraińców – gdy tylko uda się wyprowadzić Ukrainę poza sferę wpływów państwa, które wymusza przemoc na obywatelach innego kraju. Jeśli, oczywiście, nie zostaną za to rozliczeni już dzisiaj.

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.