Felieton

Joinerstwo bezsilnych

Jak wyrwać lud z rąk cyników?

Cytatu stulecia dostarczyła mi tym razem Katarzyna Kolenda-Zaleska. Odnosząc się w „Gazecie Wyborczej” do kolejnych prób likwidacji Klaty (i całego „nowego teatru”) w krakowskim Teatrze Starym, prób orkiestrowanych przez cyniczną lokalną gazetę i równie cynicznych prawicowych polityków, którzy zwęszyli łatwą krew, Katarzyna Kolenda-Zaleska pisze: „sztuka wciąż wywołuje emocje. I dobrze […] Jestem zachwycona tym, że teatr, sztuka, kultura wciąż kogoś jeszcze obchodzą”.
 Na szczęście, na tych samych łamach, tekst zblazowanej nieco nudą naszego życia intelektualnego publicystki równoważy tekst kompetentnego w kwestiach teatralnych Romana Pawłowskiego, który sam może wolałby na stanowisku dyrektora Teatru Starego Lupę niż Klatę, ale widząc zwyczajny faszyzm, na zwyczajny faszyzm zwyczajnie zareagował. I napisał tekst bezwarunkowo broniący prawa Klaty do interpretowania polskiej teatralnej i kulturowej tradycji. Proponujący jako oczywiste minimum to, aby prawicowi przeciwnicy Klaty choćby jego sztuki wcześniej obejrzeli, choćby jego tez na temat polskiego teatru i kultury polskiej wcześniej wysłuchali. Tym bardziej, że nie są to tezy wcale oczywiste, nawet jeśli przyłożyć do nich dzisiejsze bardzo ostro zdefiniowane przez prawicę hipsterską, smoleńską, narodową, parareligijną („zemsta Boga” nie jest religią) kryterium „naszości” i „nienaszości”. 

Uważam, że w tym dwugłosie rację ma Roman Pawłowski, a Katarzyna Kolenda-Zaleska po prostu się myli. Czy bowiem pisanie recenzji na kilka miesięcy przed wystawieniem sztuki jest rzeczywiście świadectwem zainteresowania sztuką? Czy przychodzenie z gwizdkami na spektakl, którego się jeszcze nigdy nie widziało, jest rzeczywiście dowodem na to, że ten spektakl jakkolwiek mnie „obchodzi”? I teraz z grubej rury, za to w końcu tak lubią mnie Bronisław Wildstein oraz jego syn, czy palenie książek było świadectwem emocji wywołanych przez sztukę? „I dobrze”? Czy fatwa była powodowana emocjami wywołanymi przez sztukę? „I dobrze”? 

Ani hipsterskiej prawicy, ani prawicy smoleńskiej, ani prawicy narodowej, ani parareligijnej sztuka nie interesuje. A już szczególnie, nie interesuje ich sztuka, kiedy wzywają do tej sztuki bojkotów, do oczyszczenia z niej „narodowych instytucji kultury”. Tak samo jak palących nie interesowały książki, które palili. Oni ich nawet nie przeczytali. Przeczytał je Goebbels (doktorat filozofii z Heidelbergu), choć i on w nastroju już niefilozoficznym. Zwracając uwagę na „skandalizujące fragmenty”, które można by podsunąć ludowi. Gdyż sztuka palona była mu potrzebna wyłącznie do cynicznego zarządzania ludem.

A przecież nie tylko o Katarzynę Kolendę-Zaleską tu chodzi. Ona przynajmniej zawsze była poczciwą krakowską konserwatystką kulturową. Mnie bardziej ciekawi subtelna przemiana, jaka zachodzi  w naszych lewicowych smoleńszczykach. W naszych lewicowych piewcach dumy peryferiów. W tej części naszej nowej sztuki krytycznej, która zachwyciła się „emocjami pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu” (i to emocjami „oryginalnych obrońców krzyża”, a nie kontestujących ten partyjny, blasfemiczny krzyż „banalnych młodych mieszczan” z Godżillami na głowach).

Oni własną bezsilność próbują ukryć w joinerstwie (mówiąc bardziej z tutejsza, przyłączactwie). Nie potrafiąc przyznać, że to ich własna bezsilność, ich własna przeżywana przez lata izolacja awangardystów dziś do tego joinerstwa ich skłania.

Te próby lewicowego joinerstwa do prawicy hipsterskiej, smoleńskiej, narodowej, parareligijnej… i tak kiedyś się skończą, bo mam nadzieję, że nawet lewica najbardziej dumna ze swej peryferyjności, nawet lewica najbardziej smoleńska, zatrzyma się przed wywlekaniem wspólnie z prawicą hipsterską, smoleńską, narodową i parareligijną Klaty z Teatru Starego. Zatrzyma się przed czyszczeniem CSW z „bluźnierczych dzieł”. A może się nie zatrzyma? 

Mnie – jak państwo czytający już się zapewne domyślili – interesuje w tych wszystkich przypadkach zupełnie inne pytanie. Jak wyrwać lud z rąk cyników? Jak wyrwać lud z rąk absolutnych elitarystów gardzących tym ludem, więc nie widzących żadnych ograniczeń, by nim manipulować? Jak wyrwać lud z rąk Ryszarda Legutki? Jak powiedział klasyk: „to dobre pytanie”. Też nie mam na nie prostej odpowiedzi. Ale nie zamierzam zastępować braku odpowiedzi próbami joinerstwa. Do silnych i prostych emocji łatwiej się przyłączać, niż do emocji słabszych, bardziej skomplikowanych, osłabionych przez argumenty, a szczególnie już przez wygaszającą wszelkie emocje dialektykę. Mówiącą nam, że nawet wówczas, gdy rewolucja ma swoje powody, jest uzasadniona, jest legitymizowana przez głupotę, pogardę, egoizm, brak wrażliwości i krótkowzroczność elit – nawet wówczas warto się do samego końca przyglądać jej kierunkowi. I do samego końca próbować ten kierunek zmieniać. A jeśli się nie uda, być na tyle odważnym (i nudnym, i banalnym, i przewidywalnym), żeby umieć powiedzieć, że to już nie rewolucja, ale kontrrewolucja (obie organizują tak samo silne emocje, obie potrafią osłaniać się i manipulować tłumem). Umieć powiedzieć, że to już nie emancypacja ludu, ale najzwyczajniejszy faszyzm. Czyli prowadzenie ludu przez bandę cyników ku samozagładzie.

A wracając jeszcze do naszego liberalnego (liberalno-konserwatywnego) centrum. Wroński i Varga nie są w końcu lewicą, a bycie umiarkowanymi konserwatystami kulturowymi (u Vargi na stare lata, u Wrońskiego chyba od zawsze) też im się spodobało. Szczególnie przy okazji sprawy CSW. Ale też mam nadzieję, że powstrzymają się przed joinerstwem do tłumu próbujących „oczyścić” CSW poczciwych dewotów, zarządzanych przez cyników jeżdżących porsche cayenne albo pobierających w Brukseli pensję europarlamentarzysty, choć obowiązków europarlamentarzysty nie wypełniają w jakimkolwiek sensie.

Jaki z tego morał, ściśle polityczny, adresowany do wszystkich (łącznie z autorem adresu)? Nie ma wrogów na lewicy (dopóki jest liberalna), nie ma wrogów w liberalnym centrum (dopóki jest liberalne), ale przede wszystkim nie ma sojuszników w hipsterskiej, smoleńskiej, narodowej, parareligijnej prawicy. Oni nie reprezentują ludu. Oni go nawet nie szanują. Na co najlepszym dowodem jest skrajnie już cyniczne nim zarządzanie.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.