Felieton

W Polsce bez zmian: Ekipa z Warszawy część 2

Kiedy oglądam Ekipę z Warszawy, widzę kolejną odmianę nierówności, która może przybrać dowolną formę: od bogobojnej rodziny na swoim po discopolową orgietkę

W natłoku wrażeń po 11 listopada – zupełnie niepotrzebnie nadmuchiwanych przez media, bo to w końcu powtórka z  wątpliwej rozrywki, jaką mamy tu od trzech lat: narodowa prawica w biały dzień demoluje miasto, a winę za to ponosi ktoś inny – zniknęło prawdziwe novum: premiera Ekipy z Warszawy, która odbyła się w ostatnią niedzielę. A jako że już raz zajęłam się tym tematem niejako in potentia, zanim jeszcze program się pojawił, ciąży na mnie obowiązek – jakby powiedział Samuel Beckett – „ciągnięcia tego dalej“.

Mówię, że ciąży mi, bo po obejrzeniu pierwszego programu nie mam najmniejszej ochoty dowiedzieć się, co wydarzy się później. Najwyraźniej w świecie istnieje hierarchia zła, a Warsaw Shore umieszcza się w niej w dolnej strefie stanów dolnych. O ile bowiem Ekipa z Newcastle albo z Cardiff emanuje pewnym rodzajem mrocznej energii, która jednocześnie fascynuje i przeraża (tremendum et fascinans w stanie czystym), o tyle warszawska wersja wionie pustką i nudą. Niby wszystko wygląda tak samo, no bo tak też program ten jest sformatowany: do luksusowej podmiejskiej willi, pozbawionej jakichkolwiek cech lokalnych (oprócz sylwetki Pałacu Kultury przewijającej się jako stały motyw dekoracyjny, zgodnie z  najbardziej stereotypowym skojarzeniem, jaki przeciętny nierozgarnięty turysta z  Zachodu ma na temat Warszawy), zjeżdża ośmioro uczestników płci obojga, którzy wśród jęków zachwytu – „k…a, ale zajebiście!“ – odkrywają po kolei: wielkie miękkie łoża kingsajz, gdzie zaraz sobie pofiglują; basen, gdzię zaraz zademonstrują swoje wyćwiczone ciała, oraz – last, but not least – barek, wypełniony po brzegi wszelkim alkoholem. I po kilku godzinach takkiego zwiedzania, obwąchiwania się nawzajem, pierwszego niezbornego zagadywania okazuje się, że na plan pierwszy wysuwa się właśnie tenże alkohol. Pod wieczór cała ekipa jest kompletnie zalana, a najbardziej dziewczyny, które bezładnie bełkocą, mniej lub bardziej biernie padając łupem polujących na nie męskich drapieżników. A to jeden mięśniak dorwie laskę w łazience, a zaraz potem na basenie; a to znów drugi właduje się nieprzytomnej pannie do łóżka, korzystając z  jej niezdolności do oporu.

Słaniające się na nogach, pasywne i ogłuszone orzez alkohol, dziewczyny te robią wrażenie, jakby dosypano im do drinków pigułkę gwałtu, z  czego faceci, najwyraźniej przywykli do takich polowań, korzystają zarazem oportunistycznie i bezwzględnie. Oto wesołe party polisz-stajl: wilki cierpliwie czekają, aż łanie padną od alko pokotem, po czym zaczyna się używanie.  

Ta łatwizna, z  jaką się to dopadanie ofiar odbywa, z  góry likwiduje wszelki scenariusz: naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia, czy Paweł vel Trybson sparuje się na chwilę z  koleżanką Eweliną, czy Małą Anią, bo w tych wyborach nie ma nic podmiotowego ani osobowego – w ogóle nie są wyborami. To prosty oportunizm drapieżników, o którym przeczytać można w dowolnym podręczniku o behawiorze zwierząt – a ja, tak jak nie lubię oglądać raportów ze stanu natury (choć kocham zwierzęta miłością czystą, film przyrodniczy, zwłaszcza taki w stylu BBC Nature, wywołuje we mnie mdłości), nie widzę powodu, by obserwować go w warunkach quasi-ludzkich.

Ale luknięcie na Warsaw Shore miało też jedną zaletę: w końcu zrozumiałam, co mnie tak magnetycznie przyciągało do innych, zwłaszcza tych brytyjskich edycji. Otóż, tym elementem było (i jest) zupełnie odmienne, nieznane mi rozdanie płciowych ról. To, co robi Ekipa z Warszawy, jest rzeczywiście swojskie i dlatego tak nudne; po raz kolejny okazuje się, że – pomimo pozorów modernizacji i porzucenia katolickiej pruderii – na jaw wychodzi odwieczny model nieporozumienia między polskim mężczyzną a polską kobietą, oparty na wzajemnym lęku i nieufności. Jest coś niemal nekrofilicznego w tym ogłuszaniu partnerki do tego stopnia, że przestaje być partnerką, a zaczyna być bezbronną ofiarą; w istocie kilka scen z  programu nadawało się, by zajęła się nimi prokuratura (choć podejrzewam, że w tym koroporacyjnym imperium zła, jakim jest dzisiejsza MTV, uczestnicy podpisują tony prawnych dokumentów wyrażający ich absolutny i wiernopoddańczy consent na wszystko, co się im programie przydarzy). Tymczasem w ekipach z Newcastle czy Cardiff rzecz ma się inaczej: nawet jeżeli ich reality shows faktycznie przypominają ludzkie safari, to przynajmniej polowanie jest obopólne, a czasem nawet role się odwracają i kobiety okazują się bardziej dynamiczne od mężczyzn, jak choćby słynna buraczkowowłosa Holy, która z  takim uporem stalkuje swoich wybranków, że zawsze dopnie swego. Choć więc może sprawa nie jest do końca godna feministycznej pochwały, to jednak w anglosaskich ekipach panuje równouprawnienie – i to nie jakieś tam tylko prawnie zagwarantowane, ale głęboko uwewnętrznione i na każdym kroku bez skrępowania okazywane. „Chcę, to biorę“ jest tam zasadą genderowo równo rozdzieloną, a nie tradycyjnym przywilejem samca – co niestety wychodzi na jaw aż za dobrze w edycji warszawskiej. 

Nie jestem pewna, czy dzielni chłopcy i dziewczęta z Nowych peryferiów podjęliby się patriotycznego zadania obrony polskiej lokalności także i w tym wypadku (choć sądząc po ich determinacji, by bronić z  góry przegranych spraw, jak choćby Smoleńska „na lewicowo“, to wszystko jest możliwe), ale już wiem, co by mi w tej chwili zarzucili: że znów ulegam wzorcom kolonialnym i to, co peryferyjne, postrzegam jako gorsze i niższe. OK. Przyjmuję tę hipotetyczną obiekcję – ale się nie kajam. Warsaw Shore dobitnie pokazuje, że pomimo bardzo powierzchownych pozorów imitacyjnych, Nowy Lud jeszcze do Polski nie dotarł. Bez wględu bowiem na to, czy Nowy Lud podoba się nam czy nie, to oświecenie jednak trafiło pod jego strzechy, uwewnętrzniając się w formie emancypacji seksualnej.

Ale kiedy oglądam Ekipę z Warszawy, to widzę tylko kolejną odmianę tej samej nierówności, która, jak widać, może przybrać dowolną formę: od bogobojnej rodziny na swoim po discopolową orgietkę w wiejskiej remizie. Jeśli to miał być dowód na triumf „modernizacyjnych przemian“ w Polsce – to kompletne pudło.  

Bio

Agata Bielik-Robson

| Filozofka
Profesorka katedry Studiów Żydowskich na Uniwersytecie w Nottingham, a także Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Autorka wielu książek, m.in. Na drugim brzegu nihilizmu: filozofia współczesna w poszukiwaniu podmiotu (1997), Inna nowoczesność. Pytania o współczesną formułę duchowości (2000), Duch powierzchni: rewizja romantyczna i filozofia (2004), Na pustyni. Kryptoteologie późnej nowoczesności (2008), The Saving Lie: Harold Bloom and Deconstruction (2011), Żyj i pozwól żyć (2012).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.