Hanna Gill-Piątek

Rząd mnie bije

Boję się wrócić z urlopu. Zajrzę do gazet z minionego tygodnia i dowiem się, w kogo tym razem uderzył nasz rząd.

Boję się wrócić z urlopu. Zajrzę do gazet z minionego tygodnia i dowiem się, w kogo tym razem uderzył nasz rząd. Rada Ministrów oszalała na punkcie nowej zabawy w zbijanego i bije w coraz szybszym tempie. W różne grupy. Ostatnio w związki zawodowe, przeciwników uboju rytualnego, „ekoterrorystów”, czyli społeczności sceptyczne wobec skażenia ich studni poszukiwaniem łupkowego złota. To mniejsze przykłady, ale są i większe. Demontaż ośmiogodzinnego dnia pracy przywalił wszystkim zatrudnionym na etatach, a oberwie się jeszcze rykoszetem tak zwanym dżentelmenom, czyli pracującym na śmieciówkach z opcją nieformalnie uznawanych praw do urlopu czy płatnych nadgodzin.

Mam lęki. Obawiam się, czy i mnie rząd nie napadnie. Pośrednio dostaje mi się już od strony zdemontowanej edukacji czy coraz bardziej kulejącej służby zdrowia. Uderzenie w regulację dostępu do pewnych profesji może sprawić, że każdy będzie mógł grzebać w moim życiu, mieniąc się detektywem, a do domów zaczną pukać komornicy-psychopaci. Cios w nierentowne połączenia kolejowe każe mi na długo odsunąć decyzję o sprzedaży samochodu. Śmiała szarża ministra środowiska na finanse państwa, które chyba zyskiwały zbyt wiele dzięki karom za wycięcie drzew, oczyści mi wreszcie widok przed oknem z ostatniej zieleni. Wolę nie myśleć, co rządowi jeszcze przyjdzie do głowy, a właściwie do pięści.

PO obserwuje słupki i wyciąga wnioski: skończył się kredyt społecznego zaufania, nażarty piłkarską kiełbasą naród ma zgagę po Euro 2012 w postaci nierentownych stadionów i autostrad tylko dla bogatych. Lud jest znudzony Polską w wiecznej budowie i pragnie zmiany dekoracji, bo nigdy nie pokładał innych nadziei w swoich politykach niż ich estetyczny wygląd na zagranicznych rautach. A nawet w tej dziedzinie ostatnio nie był zadowolony z cen garniturów premiera, na które w końcu wyłożył z własnej kieszeni. Nie działa już straszenie PiS-em, bo i po prawdzie nie ma się już czego bać. Tyle naród, zaś resztki społeczeństwa, którego za rządów PO nie udało się do końca rozgromić i skłócić, są wkurzone już od dawna i mają ku temu gruntowne powody.

Wydawało się, że pełną listę niezadowolonych z rządów PO zebrał Jacek Żakowski. Ale nie, ciągle przybywają nowi. PO zachowuje się, jakby kompletnie oszalała i bez żadnego składu wali na oślep we własnych wyborców. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem wydaje się rozpacz wynikająca z przeświadczenia, że lud opuścił Platformę. Nie będzie następnej kadencji, a przynajmniej nie będzie się rządziło w tak komfortowych warunkach. Po długiej nocy polityki miłości mamy więc krwawy poranek zemsty za zawiedzione nadzieje: za wyborczą zdradę spada na nas grad razów i nikomu się nie upiecze.

Oczywiście tam, gdzie większości obrywa się od rządowych kuksańców, nieliczni zyskują. Istnieją łatwe do zidentyfikowania grupy beneficjentów demontażu związków zawodowych czy pozwolenia na ubój rytualny. Wiadomo, kto zarobi na niedemokratycznych ułatwieniach w wydobyciu gazu łupkowego. Podobnie jest na większości innych pól, nad którymi rząd obecnie tak pilnie się znęca. W przyszłości to one zamortyzują upadek setek partyjnych działaczy zlatujących z wyższych czy niższych stołków w rządzie, samorządach i administracji. Wdzięczność to przecież taka ludzka cecha. Jedyna ostoja miłości w świecie pełnym zdradliwych wyborców.

Nie dysponuję analizami, które dostaje na biurko premier, ale musi być w nich coś przerażającego, skoro Platformie tak się spieszy. Nie ma nawet na tyle elegancji, żeby przeprowadzać niepopularne zmiany w białych rękawiczkach. Usprawiedliwienia dopisują do nich wierne media, ale i ich jest coraz mniej, nawet w zabetonowanych dotąd periodykach gospodarczych coraz częściej pojawiają się głosy krytyczne wobec dorobku ostatnich dwóch kadencji. Obserwując obecne tempo rządowej gry w zbijanego można się obawiać, że wyrażenie „po nas choćby potop” może wkrótce nabrać dla nas wszystkich nowego, bardzo pogłębionego znaczenia, bo na arkę załapią się tylko nieliczni. Ktokolwiek nowy pojawi się u władzy, będzie miał naprawdę dużo do posprzątania, zanim będzie mógł zrealizować pierwszy punkt własnego programu wyborczego .

Barometrem samopoczucia boksującego rządu będzie dla mnie w najbliższej przyszłości stosunek do jednomandatowych okręgów wyborczych. Wbrew pięknym bajkom, które nam się o JOW-ach opowiada, twarde fakty są takie, że mechanizm ten betonuje na scenie politycznej hegemonię silniejszego. Jeśli ten temat powróci do debaty – będę pewna, że analizy na biurku premiera są nieco lepsze. Jeśli nie, będzie to oznaczało słabnące dalej moce Platformy. Nikt zdrowy na umyśle nie będzie przecież wprowadzał rozwiązania, które w następnych wyborach utrwali przewagę innych partii. A jak na razie taki scenariusz wydaje się coraz bardziej prawdopodobny. Bo rząd bijąc w nas, bije w końcu sam w siebie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.