Hanna Gill-Piątek

Dyskretny urok młodej ekonomii

Julia pracowała w call-center. Na nic zdała się nagroda Instytutu Hartmana za projekt demontażu publicznej edukacji i honorowy dyplom Collegium Balceroviczas.

„Kiedy pensja minimalna pracownika jest wyższa niż wartość jego pracy dla firmy, to zapewne zostanie on zwolniony. A może mógłby wciąż pracować, tyle że za mniej – wyjaśniała Julia, wyróżniona w konkursie Młody Ekonomista zorganizowanym przez Towarzystwo Ekonomistów Polskich. – Płaca minimalna to jedna z głównych przyczyn bezrobocia w tym kraju”.

Mijały lata. Julia wychodziła codziennie ze swojej pracy w call-center, gdzie po zniesieniu dolnej granicy zarobków dostawała 645 zł miesięcznie. Brutto. Oczywiście jeśli koniunktura była dobra. Na nic zdała się nagroda Instytutu Hartmana za projekt demontażu publicznej edukacji. Honorowy dyplom Collegium Balceroviczas, który przyznano jej za śmiały postulat delegalizacji związków zawodowych, smętnie wisiał na ścianie nad dziecinnym łóżeczkiem obok portretu Jana Pawła II. Wszystkie jej wspaniałe sny z młodości wdrożono, choć nie dostała za to ani grosza. Taki był regulamin studenckich konkursów. Za to Polska była wreszcie krajem prawdziwie wolnego rynku, z czego najbardziej cieszył się jej najstarszy syn. „Kiedy skończę 12 lat, mamo, założę własny start-up, a potem sprzedamy go i będziemy milionerami” – marzył nad owsianką, wybierając się do pracy przy sprzątaniu supermarketu. W te dni, kiedy agencja zatrudniała go na jednodniowe zlecenie, był zawsze w dobrym humorze.

Utalentowani koledzy Julii, którzy zbierali laury w tych samych konkursach, dawno porobili już życiowe kariery. Jeden z nich, Przemek, był nawet kasjerem w bankowym okienku. Wszyscy mu zazdrościli, że wewnętrzny regulamin banku zabrania pracy ponad 12 godzin. Oczywiście pracy z klientami, bo zaraz po niej musiał wypełnić jeszcze stosowne formularze, ale to już robił z wdzięczności, bezpłatnie. Inny kolega, Adam, po studiach za granicą spróbował sił we własnej firmie. Dawno temu, siedząc po nocach na Wykopie, razem z Julią lobbowali za likwidacją Sanepidu i Państwowej Inspekcji Pracy. To były piękne czasy. Plan się powiódł i dzięki temu Adam podbijał teraz branżę spożywczą produktem „Kiełbaski Dibblera”. Dzięki ścisłej współpracy z prywatnymi schroniskami dla zwierząt zawartość mięsa w jego hicie rynkowym mogła utrzymywać się na stałym poziomie dziewięciu procent.

Tylko Kuba wymiękł. Ale on był zawsze jakiś dziwny. Miał wielkie plany i właściwie pewną posadę w firmie odzieżowej rodziców. Zawsze umiał najwierniej powtórzyć wszystkie prawdy, które światli profesorowie przekazywali mu na studiach. Trzeba przyznać, że w konkursie recytatorskim „Gazety Wyborczej” pod tytułem „Młodzi ekonomiści wyjaśniają”, był bezkonkurencyjny. Prawie nie patrząc na prompter, doskonale zaprezentował krzywą Laffera. Ta nowinka ekonomiczna z czasów Reagana była po czterdziestu latach wspaniałym odkryciem dla polskiej gospodarki. Oto dzięki niej znaleziono deregulacyjny klucz do potęgi Stanów Zjednoczonych, rosnącej nieprzerwanie bez żadnego kryzysu aż do dzisiaj. Bo na pewno nie można nazwać kryzysami tych kilku drobnych potknięć na Wall Street w 2007 roku.

Jednak Kuba zmienił się nie do poznania, kiedy tata wysłał go na negocjacje handlowe do Bangladeszu. Po powrocie posmutniał i zaczął przebąkiwać coś o prawach pracowniczych. Dwa lata później był już cieniem ambitnego człowieka, którego znali koledzy. Zaczął obracać się w środowisku zwykłych ludzi, którzy nie kończyli elitarnych szkół i nie mieszkali w grodzonych osiedlach. Julia myślała, że zwariował. Ale prawda okazała się o wiele gorsza. Po pomyślnej deregulacji rynku śmieciowego Kubę nakryto na próbie zatrzymania wywozu odpadków do niczyjego lasu i aresztowano na wiele miesięcy. Tylko dyskretna interwencja rodziców uratowała go przed więzieniem. To nie pomogło i Kuba znów popadł w kłopoty. Teraz Julia wiedziała o nim tyle, że siedzi gdzieś w Norwegii i przez internet zatruwa umysły niebezpiecznym lewactwem rujnującym wolną konkurencję. Naprawdę go szkoda.

Nie miała jednak pretensji do nikogo. W końcu na najlepszych wydziałach ekonomicznych nauczono ją, że wszystko zależy tylko od niej. Że ma takie same szanse jak koledzy. Nawet jeśli nagle rodzina odwróciła się od niej, bo pierwsze dziecko urodziło się osiem, a nie dziewięć miesięcy po hucznym kościelnym ślubie. Oczywiście niemożliwe było sklejenie końca z końcem, ale to przecież były przejściowe kłopoty. Na szczęście żaden dochód nie był już obciążony składką emerytalną i Julia dostawała na rękę wszystko, czego nie zabierał niski podatek liniowy. A pensja synka prawie starczała na jego wyżywienie.

Oglądam na stronie „Gazety” filmy, w których dwudziestokilkuletni ekonomiści radzą Polsce, jak bardzo jeszcze należy obniżyć podatki i jakie ograniczenia znieść, aby nasza gospodarka rozwijała się jeszcze lepiej. I niby słucham młodych, a słyszę starych. Oczywiście każda prawda i każdy fałsz brzmią o wiele lepiej w ładnych ustach życiowych debiutantów. Obojętnie, czy włoży się w nie cytaty ze Stalina, czy z Chicago Boys. Wie o tym każdy propagandzista.

Patrzę na nich, wykształconych, nagrodzonych i uśmiechniętych. Wiem, że mam przed sobą pierwsze pokolenie wychowane w szkole, w której z różnych powodów przyszłe elity nigdy nie spotkały się z rówieśnikami, o których losach w przyszłości będą decydować. I to przez cały okres edukacji. Prawdopodobnie ludzie ci w ogóle nie mają pojęcia o życiu tak zwanych zwykłych ludzi w Łodzi, Wałbrzychu czy Sejnach, ponieważ nie zetknęli się z żadną kompetentną informacją na ich temat. Za to tresowano ich do powtarzania na egzaminach frazesów sprzed czterdziestu lat, dzięki którym obecnie świat wygląda tak, jak wygląda.

Ale większym zmartwieniem jest dla mnie to, że to oni będą w przyszłości podejmować za nas decyzje. Adaś, Przemek czy Julka staną się prezesami, ministrami, wysokimi komisarzami. I wtedy dadzą nam porządnie popalić, bo szklana ściana oddzielająca ich od nas będzie jeszcze grubsza. Ekonomię, której naucza się młodych ludzi, uważamy za dziedzinę naukową opartą na zbadanych mechanizmach. Problem w tym, że szkół ekonomii jest tak naprawdę kilka, a u nas naucza się wyłącznie tej jednej, neoliberalnej. To tak, jakby na politechnikach lekceważono część praw fizyki. Lub jakby lekarzy uczyć wyłącznie leczenia chorób żołądka. Nie wiem, czy ktoś ośmielił się podważyć metodykę nauczania ekonomii w Polsce. Wydaje się, że powinien.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.