Świat

Pieniążek: Protesty z domieszką internetu

Mówi się, że media społecznościowe pełnią podstawową rolę w dzisiejszych ruchach protestu. Na Majdanie nie jest to takie oczywiste.

Typowa narracja o roli mediów społecznościowych w nowych ruchach protestu jest mniej więcej taka: narzędzia internetowe pozwalają się skuteczniej mobilizować, ich rozpowszechnienie jest warunkiem zaistnienia nowych form oporu, a korzystanie z horyzontalnych kanałów komunikacji utrudnia reżimom kontrolę informacji i gaszenie ognisk protestu. Przykład Euromajdanu pokazuje, że może być dokładnie odwrotnie. Lub, jak to zwykle bywa, sytuacja jest bardziej skomplikowana niż opisujący ją model.

21 listopada, gdy prezydent Wiktor Janukowycz ogłosił, że Ukraina nie podpisze umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, rozpoczęły się wystąpienia na kijowskim placu Niepodległości. Demonstranci domagali się, aby prezydent zmienił swoją decyzję w sprawie integracji europejskiej. Trwające do dzisiaj protesty wywołał wpis na Facebooku znanego dziennikarza Mustafy Najema z „Ukraińskiej Prawdy”. Każdy oburzony decyzją prezydenta miał wpisać w komentarzu, że jest gotowy wyjść na Majdan. Po ponad godzinie Najem opublikował kolejny wpis: „Spotykamy się o 22.30 pod pomnikiem Niepodległości. Ubierzcie się ciepło, weźcie parasolki, herbatę, kawę, dobry nastrój i przyjaciół. Każde udostępnienie jest mile widziane”. Na Majdanie stawiło się około dwóch tysięcy osób.

Ten impuls i mobilizacja ludzi, która po nim nastąpiła, nazywana jest dziś pierwszą fazą Majdanu. Zakończyło ją pobicie i rozgonienie demonstrantów przez milicję. Jeszcze tego samego dnia rozpoczął się, trwający do dziś, drugi etap. Pierwszy z nich posługiwał się retoryką proeuropejską, drugi skupił się na hasłach antyrządowych. Ale widać także różnicę w sposobach organizacji i komunikacji. Pozostaje pytanie, czy za tę różnice faktycznie mogą odpowiadać media społecznościowe?

Pierwsza ważna zmiana dotyczy wieku protestujących. Przywykło się twierdzić, że w pierwszej fazie Majdanu mieliśmy do czynienia z protestami studenckimi, jednak badania przeprowadzone 27 listopada przez Akademię Brytyjską pokazują coś zupełnie innego. Wynika z nich, że w pierwszej fazie wśród uczestników i uczestniczek aż 69 procent osób ukończyło 30 rok życia, a średnia wieku protestujących wyniosła 36 lat. I choć późniejsze badania Fundacji Demokratycznych Inicjatyw pokazują, że średnia wieku nie różniła się znacząco, to właśnie w drugiej fazie Majdanu brało udział więcej osób w przedziale 15-29 lat. Co mówi to o związku Majdanu i nowych mediów?

Jeszcze w maju 2013 roku tylko 5,7 procent respondentów zapytanych przez FDI wybierało media społecznościowe jako jedno z trzech najważniejszych źródeł pozyskiwania informacji o wydarzeniach dotyczących polityki. Oczywiście, największy odsetek był właśnie wśród osób poniżej trzydziestego roku życia (14,1 procent). Natomiast w innych grupach był on nawet jedenastokrotnie niższy – 7,6 procent dla przedziału 30-39 lat, 4,5 dla 40-49 lat, 1,4 dla 50-50 lat, 0,8 dla osób powyżej sześćdziesiątego roku życia. Co też sugerowałoby, że media społecznościowe nie mogły odgrywać tu dominującej roli. Niemniej, co pokazało wezwanie Najema, nie były też zupełnie bez znaczenia. Tylko czy faktycznie, jak można by myśleć, pomogły zainicjować wydarzenia na Majdanie?

W badaniach Akademii Brytyjskiej na pytanie, skąd dowiedziałeś się jak dołączyć do protestu, odpowiedź: „Dostałem wiadomość na Facebooku od przyjaciela/ członka rodziny” znalazła się na czwartym miejscu (40 procent; można było zaznaczyć dowolną liczbę odpowiedzi). Częściej wybieranymi źródłami były telewizja (48 procent), SMS (46 procent) i z internetowych wideotransmisji (41 procent). Oprócz tego pojawiały się jeszcze mniej popularne odpowiedzi: 14 procent dostało zaproszenie na rosyjskim odpowiedniku Facebooka, Vkontakte, a ponad 10 procent dostało zaproszenie od różnych organizacji czy partii politycznych na Facebooku.

Twitter nie pojawił się wcale, co pokazuje dużą sprzeczność między ukraińskim przykładem, a obowiązującą narracją – w końcu słyszymy przecież od mediów nieustannie o „Twitterowych rewolucjach”, których początek zwiastowały powyborcze prostesty w Iranie, a w pełni oglądamy je w krajach arabskich.

Może dlatego, że na Ukrainie, poza relatywnie popularnym Facebookiem, jedynym zachodnim medium społecznościowym nawiązującym walkę z krajową konkurencją jest YouTube – drugi pod względem zasięgu (miesięczny w listopadzie wynosił 66 procent). Pierwsze i trzecie miejsce zajmują portale rosyjskie – wspomniane już – Vkontakte (73 procent) i odpowiednik Naszej klasy Odnoklassniki (53 procent). A ich rola w organizacji protestów i mobilizacji społecznej jest minimalna. Dopiero na czwartym miejscu znajduje się Facebook (31 procent). Twitter ze swoimi 18 procentami natomiast jest znacznie oddalony od czołówki, z popoularnością prawie dwa razy mniejszą niż Facebook i czterokrotnie mniejszym zasięgiem niż Vkontakte.

Jak twierdzi założyciel portalu Watcher, Maksym Sawenski, w wypowiedzi dla BBC, sytuacja uległa dramatycznej zmienianie wraz z pojawieniem się Euromajdanu. Ukraińcy zaczęli szukać informacji w zachodnich mediach społecznościowych, nawet jeśli nie mają tam założonych kont. Pokazują to dane, z których wynika, że 21 listopada liczba odwiedzin „Ukraińskiej Prawdy” poprzez media społecznościowe wzrosła kilkukrotnie. Szczególnie dotyczy to Facebooka i Twittera. Hashtaga #Euromaidan (w wersji angielskiej, rosyjskiej i ukraińskiej) już do 22 listopada użyto 21 tysięcy razy, a na początku grudnia już 730 tysięcy razy.

Sawenski stwierdza, że to właśnie wraz ze startem Majdanu media społecznościowe zaczęły odgrywać znaczącą rolę w ukraińskim życiu politycznym i bez nich Euromajdan nie byłby możliwy. W świetle nagłego wzorstu popularności „społecznościówek” po rozpoczęciu Majdanu bardziej pewna wydaje się jednak odwrotna zależność.

To nie media społecznościowe o znikomym wcześniej zasięgu, przegrywające na lokalnym rynku z rosyjskojęzycznymi odpowiednikami, uruchomiły Majdan. Przeciwnie, to Euromajdan je wypromował.

Czytaj także:

Andrij Portnow, Ten kryzys nie będzie miał happy endu
Serhij Leszczenko, Janukowycz stracił legitymację do rządzenia
Paweł Pieniążek, Ustępstwa Janukowycza? To za mało – mówi Majdan
Ostap Sływyński, Służby świadomie łamią prawa człowieka
Nie wolno nam odwrócić się od Ukrainy. List otwarty
Oleksij Radynski, Nasza niemoc wspiera przemoc
Ziemowit Szczerek, Władza może zdusić ten bunt. Ale co dalej? Przecież nie wydusi całej opozycji!
Aleksander Smolar, Cena pozostawienia Ukrainy samej byłaby wysoka
Jurij Andruchowycz, Nie możemy zatrzymać protestów
Justyna Krawczuk, Milicja przejmuje kontrolę nad szpitalami
Czas gra na korzyść opozycji – międzynarodowa prasa o Ukrainie
Paweł Zalewski, Fasada i rzeczywistość polityki UE wobec Ukrainy
Paweł Pieniążek, Śmierć na Majdanie
Paweł Pieniążek, Euromajdan przerósł ukraińską opozycję
Oleksij Radynski, Wszyscy jesteśmy poza prawem
Paweł Pieniążek, Ukraina coraz dalej od demokracji
Apel o plan Marshalla dla Ukrainy
Serwis specjalny Dziennika Opinii: Ukraina – Z Unią Europejską czy z Rosją?

 

Zobacz także:

Ukraińska zima. Fotorelacja Tomáša Rafy z Kijowa
Dymy i barykady. Fotorelacja z Kijowa
Telewizja Krytyczna: Przeciwko terrorowi politycznemu
Telewizja Krytyczna: Życie na barykadach
Kijów, 23 stycznia: Krajobraz po bitwie. Fotorelacja

Bio

Paweł Pieniążek

| Dziennikarz, reporter
Relacjonował ukraińską rewolucję, wojnę na Donbasie, kryzys uchodźczy i walkę irackich Kurdów z tzw. Państwem Islamskim. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek „Pozdrowienia z Noworosji” (2015), „Wojna, która nas zmieniła” (2017) i „Po kalifacie. Nowa wojna w Syrii” (2019). Dwukrotnie nominowany do nagrody MediaTory, a także do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody „Ambasador Nowej Europy”. Stypendysta Poynter Fellowship in Journalism na Yale University.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.