UE

Majmurek: Koniec z paradą Schumana

Deficyt demokracji nie jest „wypadkiem przy pracy” w konstrukcji Unii, ale od początku stanowi część jej projektu.

Do tej pory w kwestiach europejskich mieliśmy w Polsce jasność. Europa, głębsza integracja ze strukturami Unii – to była część każdego postępowego pakietu w polityce. Prawica traktuje Unię jako arenę realizowania egoistycznego interesu narodowego; lewica – czy raczej nie-prawica – jako wielki cywilizacyjny projekt, który ma przekroczyć narodowe egoizmy. Dzięki niemu nasz region, tradycyjnie peryferyjny i zacofany, dostanie w końcu szansę na rozwój, jakiej nie mógłby nigdy sam sobie stworzyć.

Jednak w ostatnich dniach ten podział ostatecznie przestał opisywać rzeczywistość. Coś pękło, coś się skończyło. Narzucone Atenom, katastrofalne pod każdym względem porozumienie, każe głęboko zrewidować nasz stosunek do obecnej Europy. Bezrefleksyjna „proeuropejskość” nie może już dłużej automatycznie wchodzić w skład każdego nie-prawicowego programu. Jeśli nawet, jak pisał Rafał Woś , ostatnie wydarzenia nie zrobiły z nas jeszcze eurosceptyków, to z pewnością wymuszają odejście od bezrefleksyjnego wymachiwania błękitną flagą ze złotymi gwiazdami.

Nie taka Europa

Nie do takiej Unii, jaką zobaczyliśmy w trakcie negocjacji z Grecją, wstępowaliśmy; nie takiej Europy chcieliśmy. Unia Europejska miała być pewną obietnicą – pokoju i dobrobytu, miejscem wyznaczającym standardy podstawowych praw człowieka, w tym praw socjalnych. Wspólnotą, która daje szanse na rozwój upośledzonym, słabszym gospodarczo i cywilizacyjnie regionom – Attyce, Bukowinie, Podkarpaciu, Koszycom. Dziś widać, że ta obietnica wobec Grecji została brutalnie złamana.

Grecja została najgłębiej dotknięta kryzysem z 2008 roku, ale Unia nigdy nie potrafiła i nie chciała jej pomóc.

Spłaciła prywatne banki, którym Grecja była winna pieniądze, i aby odzyskać ten dług, narzuciła oszczędności, które doprowadziły ten kraj do katastrofy humanitarnej niespotykanej w krajach rozwiniętych w XXI wieku. Wielokrotnie, także na tych łamach, padały te liczby, ale nigdy dość: na początku tego roku 32% Greków żyło poniżej granicy ubóstwa, a 18% miało problemy z zaspokojeniem podstawowych potrzeb żywnościowych. Bieda wśród dzieci sięga 40%; 3,1 mln Greków znalazło się poza systemem ubezpieczenia zdrowotnego. Czy była to po prostu wysoka cena za „konieczne reformy”, rozwiązujące w końcu problem greckiego długu? Nic na to nie wskazuje. Polityka austerity doprowadziła do spadku PKB Grecji o jedną czwartą w stosunku do roku 2009 i pogorszenia relacji długu do PKB, czyniąc go faktycznie niespłacalnym.

W styczniu Grecy masowo zagłosowali przeciw tej polityce. Zwłaszcza najmłodsze pokolenie, przyszłość tego kraju i Europy, w którym poparcie dla Syrizy było największe już w poprzednich wyborach. Jak na ten demokratyczny sprzeciw Greków wobec swojej dotychczasowej polityki zareagowała Europa? Odmówiła jej zmiany. Choćby o milimetr.

Pouczające i przerażające są wspomnienia byłego greckiego ministra finansów Janisa Warufakisa. Opisuje on mur obojętności, z jakim zderzył się w trakcie negocjacji z przedstawicielami Unii. Nieważne, jakie miał argumenty, efekt był zawsze ten sam – brak odpowiedzi z drugiej strony. „Równie dobrze mógłbym im zaśpiewać hymn Szwecji” – gorzko żartuje Warufakis.

Stanowisko Europy było jasne: Grecja ma realizować wynegocjowane z poprzednim rządem porozumienie. Ministrów finansów sfery euro nic nie obchodzi, że Syriza została wybrana właśnie dlatego, że Grecy nie godzą się już dłużej na to porozumienie. Gdy w pewnym momencie Warufakis rzucił, że w takim razie w krajach zadłużonych należałoby w ogóle zakazać wolnych wyborów, zapadła cisza – tak jakby eurokraci pomyśleli przez chwilę, że wcale nie byłby to taki zły pomysł.

Grekom już w lutym zaproponowano „przyjacielskie rozstanie” i czek na 50 miliardów. Postawiono ich przed wyborem: albo wynosicie się ze strefy euro, albo dalej czeka was katastrofalna polityka, której nie będziecie mogli zmienić. Po ponad pół roku negocjacji, mimo głosów najwybitniejszych ekonomistów, sprzeciwu światowej opinii publicznej, Grecji nie zaoferowano nic poza upokorzeniami. Przegłosowane niedawno przez grecki parlament porozumienie to nie tylko kontynuacja austerity; to nałożenie na rząd Tsiprasa obowiązku rewizji jego dotychczasowych decyzji, poza tymi, które „służą rozwiązaniu najbardziej palących problemów humanitarnych”. Tak więc w przyszłości funkcjonariusze strefy euro będą mogli blokować postanowienia greckiego parlamentu. Nie ma wiele przesady w stwierdzeniu publicysty „The Daily Telegraph” – Grecja traktowana jest jak terytorium okupowane. Na pewno nie jak równy członek demokratycznej wspólnoty.

Trzy problemy Unii

Sytuacja w Grecji ujawniła trzy najważniejsze problemy ze zjednoczoną Europą, na które lewica – nie tylko w Polsce – niesiona entuzjazmem dla europejskiego projektu, do tej pory przymykała oczy. Są to: zinstytucjonalizowany w europejskim projekcie neoliberalizm, deficyt demokracji i zbyt silna pozycja Niemiec.

Zwieńczone traktatem z Maastricht reformy Jacques’a Delorsa, szefa Komisji Europejskiej w latach 1985–1994, stworzyły w Europie wspólny rynek ze wspólną walutą. Nie stworzyły jednak instytucji politycznych zdolnych efektywnie zarządzać tym rynkiem. Jedyną taką instytucją jest Europejski Bank Centralny, ale dba on przede wszystkim o realizację celów inflacyjnych i podaż pieniądza – a nie o cele rozwojowe czy społeczne. Jak już w 1992 roku na łamach „London Review of Books” pisał postkeynesowski ekonomista Wynne Godley, traktat z Maastricht zakładał, że poza bankiem centralnym gospodarka nie potrzebuje żadnych regulujących ją instytucji, jest bowiem doskonale samoregulującym się mechanizmem. Traktat, konkluduje Godley, można postrzegać jako ostateczną instytucjonalizację trendu, który rozpoczął się na przełomie lat 70. i 80. – abdykacji rządów z realizowania takich tradycyjnie przypisywanych im działań, jak pobudzanie wzrostu czy polityka pełnego zatrudnienia.

Kryzys 2008 roku brutalnie zweryfikował takie myślenie o gospodarce rynkowej. Wybitni ekonomiści, jak Joseph Stiglitz, pisali o „końcu neoliberalizmu” i konieczności budowy nowych instytucji, zdolnych efektywnie zarządzać gospodarką tam, gdzie nie potrafią tego robić samoregulujące się rynki.

Elity Europy pozostały jednak głuche na te wezwania. Na kryzys, który spowodowało wycofanie się państwa z zarządzania gospodarką, odpowiedziały jeszcze większą neoliberalną ortodoksją. Zapisały ją w pakcie fiskalnym sfery euro z 2011 roku.

Pakt, jak zauważył Paul Mason, „wpisując do krajowego i międzynarodowego prawa nakaz równoważenia budżetów i redukcji strukturalnych deficytów, faktycznie uczynił niemożliwą ekspansywną politykę fiskalną”. Co to znaczy? To, że w zamian za uspokojenie sektora finansowego strefa euro związała sobie ręce w kwestii finansowania z deficytu polityki na rzecz wzrostu. Takiej, jaką prowadziła Ameryka w czasach Roosevelta i jaką w ramach pakietów stymulacyjnych dla gospodarki uruchomił po 2008 roku Obama. Stefa euro wybrała zduszenie wzrostu. I kolejne sygnały alarmowe – powolny wzrost, katastrofa grecka – w niczym nie wpływają na zmianę nastawienia europejskich elit w tym zakresie. Pora to zauważyć.

Tak samo jak to, że deficyt demokracji, jaki ujawniła sprawa Grecji, ma w UE strukturalny charakter. Jak pokazuje w książce Contesting Democracy politolog z Princeton Jan-Werner Müller (wkrótce wyjdzie nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej), ojcowie-założyciele Unii głęboko nie ufali zasadzie suwerenności ludu; dostrzegali w niej totalitarny potencjał. Wspólnoty europejskie projektowali tak, by służyły one jako liberalne instytucje równoważące zasadę ludowej suwerenności. Tak więc deficyt demokracji nie jest „wypadkiem przy pracy” w konstrukcji Unii, ale od początku stanowi część jej projektu.

Demokratyczna lewica wierzyła, że wraz z integracją unijnych biurokracji powstanie europejskie społeczeństwo obywatelskie i polityczne, zdolne w końcu przejąć demokratyczną kontrolę nad wspólnotowymi instytucjami. Dziś widzimy, jak powoli i z jakimi trudnościami zachodzi ten proces. Mimo że od lat wybieramy członków Parlamentu Europejskiego, choć jego rola trochę się wzmocniła w ostatnich kadencjach, choć w zeszłym roku mieliśmy do czynienia z quasi-demokratycznym wyborem szefa Komisji Europejskiej, to cały czas ciała podejmujące decyzje w imieniu całej wspólnoty – Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny – mają bardzo słabą demokratyczną legitymację, a kontrola nad nimi jest niewielka. Jak słusznie zauważył Tomasz Gabiś, mamy dziś w Europie do czynienia z sytuacją, w której istotna władza zlokalizowana jest ponadnarodowo, ale polityczna odpowiedzialność ciągle kończy się na poziomie narodowym. Jest to głęboko absurdalne i demoralizujące – zarówno dla niekontrolowanych przez nikogo biurokratów, jak i dla Europejczyków, u których musi to wywoływać zrozumiałą frustrację i poczucie braku sprawczości.

Kulawy hegemon

Integracja europejska miała też być sposobem na rozwiązanie problemu zbyt silnych Niemiec w Europie. Tak widział to też Konrad Adenauer – roztopienie Niemiec w instytucjach wspólnotowych miało rozwiązać niemiecki problem Europy.

Po ostatnim kryzysie w Grecji widać, że to się nie udało. Tabloidy i memy, głównie z południa Europy, w mało subtelny sposób porównują kanclerz Niemiec z Hitlerem. Ale także opiniotwórczy „New Statesman” przestrzega na okładce przed „najbardziej niebezpieczną przywódczynią Europy”, która „dokona eksterminacji wzrostu i wepchnie nas wszystkich w recesję”. W prestiżowym „Foreign Policy” Philippe Legrain, ekspert od spraw europejskich doradzający Barroso w latach 2011–2014, przestrzega przed „złowieszczą hegemonią Niemiec” w Europie. Także największy żyjący niemiecki autorytet, na ogół wyważony i powściągliwy filozof Jürgen Habermas, powiedział, że swoim zachowaniem w sprawie Grecji niemieckie elity polityczne „roztrwoniły cały kapitał polityczny, jakie zebrały w okresie powojennym”. Kilka lat temu taki język byłby trudny do pomyślenia.

Problem polega jednak także na tym, że hegemonia Niemiec jest w istocie kulawa. Niemcy są na tyle silne, by zmiażdżyć opór krajów Południa i narzucić Europie swoja wizję polityki ekonomicznej w strefie euro – a przy tym zbyt słabe, by naprawdę przewodzić Unii. Poza skompromitowaną w oczach większości Europejczyków polityką austerity Niemcy nie mają dziś żadnej idei dla Europy, żadnej wizji. Angela Merkel nie dorosła do kierowania kontynentem; zachowała się nie jak jego przywódczyni, ale jak szefowa parabankowej instytucji, bezwzględnie windykującej należności od dłużnika.

Niemieckie (choć nie tylko) elity pokazały w sprawie Grecji dyskwalifikującą je politycznie małostkowość. Były amerykański sekretarz skarbu, Timothy Geithner, już w 2014 roku ostrzegał przed katastrofalną polityką wobec Grecji. Spotykało się to z obojętnością europejskich ministrów finansów, którzy wprost mówili swojemu amerykańskiemu koledze, że chcą „ukarać” Grecję za to, że oszukała ich, by wstąpić do sfery euro. Tak, to prawda, Grecja nie powinna się w niej znaleźć. By się do niej dostać, grecki rząd, przy pomocy banku Goldman Sachs i kilku sprytnych finansowych trików, ukrył prawdziwy rozmiar greckiego długu. Jaki sens ma jednak dziś karanie za to wszystkich Greków i sprowadzanie ich kraju do poziomu Trzeciego Świata?

Czy inna Europa jest możliwa?

James K. Galbraith porównał wmuszone Grecji porozumienie do inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację w 1968 roku. Tak jak inwazja ta skończyła Praską Wiosnę i pogrzebała nadzieje na budowę demokratycznego socjalizmu w bloku wschodnim, tak porozumienie ma miażdżyć Syrizę i nadzieje na budowę alternatywnej wobec neoliberalizmu polityki w Europie. Ekonomista zaleca lewicy dystans wobec europejskiego projektu i skupienie się na poziomie narodowym.

Także w Wielkiej Brytanii sprawa grecka wzmaga sceptycyzm lewicy. Owen Jones wprost wzywa na łamach „Guardiana” do „lexitu” – lewicowego głosu na rzecz wyjścia Brytyjczyków z UE w obiecanym przez Camerona referendum. Wiele argumentów Jonesa pokrywa się z tym, co tu pisałem, choć z polskiej perspektywy „lexit” jest o wiele trudniejszy. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE nie może nie wywoływać naszego sprzeciwu, choćby ze względu na los milionów Polaków i Polek, którzy na Wyspach znaleźli dla siebie miejsce, gdzie mogą godnie żyć i pracować.

Potencjalne wyjście Polski to już w ogóle inna sprawa. Polska nie ma City, imperialnych tradycji, sprawnej służby cywilnej, świetnej dyplomacji, globalnych marek i zalety globalnego języka – tego wszystkiego, dzięki czemu Wielka Brytania będzie mogła prosperować nawet poza Unią.

My bez Unii nie jesteśmy sobie w stanie poradzić; bez zjednoczonej Europy najbardziej prawdopodobnym scenariuszem dla Polski jest dalszy dryf ku peryferiom.

Zgadzam się z Cezarym Michalskim , że samodzielna droga z peryferii do centrum jest czymś bardzo rzadkim, nawet w wypadku państw istniejących mniej teoretycznie niż Polska. Nie wiem jednak, czy w takiej Unii, jaką mamy, jest ona ciągle możliwa.

Oczywiście wiemy, jakiej Unii byśmy chcieli – bardziej zintegrowanej, demokratycznej, z większymi transferami bogactwa między regionami, z mechanizmami zapewniającymi wspólną politykę rynku pracy oraz z polityką antycykliczną i fiskalną wspólną przynajmniej na poziomie całej strefy euro. Czy jednak taka Europa jest dziś możliwa? Nie ma dziś ważniejszego pytania w polskiej polityce, nie tylko dla lewicy. Musimy je sobie poważnie zadać i przygotować się na scenariusz, gdy odpowiedź będzie brzmiała „nie”.

Polska polityka jak zwykle wydaje się do tego zupełnie nieprzygotowana. Podział w kwestiach europejskich wyznaczają tu z jednej strony „Nicea albo śmierć”, a z drugiej „parada Schumana”. Z jednej strony dziecinne wymachiwanie szabelką, z drugiej równie niepoważne unijną flagą. Ostatnie wybory pokazały, jak bardzo nasza klasa polityczna jest oderwana od problemów Polaków, jednocześnie dziecinna i sklerotyczna; jak bardzo zamknęła się w myślowym skansenie lat 90. Dla przyszłości Europy konsekwencje tej „starczo-dziecinności” mogą być szczególnie bolesne. Po kryzysie 2008 roku mamy kolejny sygnał, że „karnawał udanej transformacji” się skończył. Kolej nie na Ewę, ale na poważną rozmowę, co z tym dalej zrobić. Niestety, nie bardzo widzę na polskiej scenie politycznej partnerów do takiej rozmowy.

**

Za tydzień w Dzienniku Opinii polemika Michała Sutowskiego.

Co dalej z niemiecką Europą? pytaliśmy już dwa lata temu. Zobacz specjalny, 34. numer „Krytyki Politycznej”:

**Dziennik Opinii nr 206/2015 (990)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.