UE

Rodzić po węgiersku

W jej obronie odbywają się demonstracje matek z niemowlętami na rękach i w wózkach. Kim jest Ágnes Geréb?

Gdy pojawiła się po raz pierwszy przed sądem, na rękach i nogach miała zaciśnięte kajdany. Ta drobna, ciemnowłosa kobieta traktowana jest jak zbrodniarka. W więzieniu poddawana była rewizjom osobistym. W zamknięciu była ponad trzech lata; początkowo w areszcie śledczym, potem domowym. W jej obronie odbywają się demonstracje matek z niemowlętami na rękach i w wózkach. W jej urodziny, mimo mrozu, kilkudziesięciosobowa grupa jej zwolenników śpiewała pod więzieniem Sto lat. Takie wystąpienia mają miejsce nie tylko w jej rodzinnym Budapeszcie, ale i w Nowym Jorku czy Pradze. Nawet w Warszawie pojawiło się poświęcone jej graffiti. Kim jest Ágnes Geréb? Aktywistką walczącą o legalne porody domowe na Węgrzech.

W 1977 roku ukończyła akademię medyczną w Segedynie. Poza dodatkowym dyplomem z psychologii od innych młodych ginekologów różniło ją jeszcze parę rzeczy. Na sali porodowej była ciekawa wszystkiego. Chodziła też na kursy dla położnych. „Udało się nie zostać taką jak faceci”, mówi z dumą – czyli nie włączyć się w szpitalną hierarchię, nie słuchać się tych, co są wyżej, nie trzymać w ryzach tych, co są niżej.

To ona, zanim jeszcze zajęła się porodami domowymi, pomogła wprowadzić ojców na porodówki.  Wyszło przypadkiem. Mieszkała o dwie ulice od kliniki i bywało, że przebywała u niej w domu rodząca z mężem. Gdy poród wchodził w fazę wymagającą szpitala, głupio było zostawić mężczyznę na miejscu, więc w ubraniu lekarskim wprowadzała go jako studenta. Gdy się wydało, dostała półroczny zakaz wstępu do izby porodowej. Pytana o opór przeciw porodom z ojcem, odpowiada: „To niewygodne dla lekarzy, bo jest świadek”.

Ze Stanów na Węgry

Nic dziwnego, że Geréb zainteresowała się, gdy amerykańska znajoma jej siostry zaproponowała jej, że zapozna ją z akuszerką, u której urodziła – w domu – dziecko. W 1989 roku Geréb wzięła bezpłatny urlop i wyjechała do Stanów, gdzie zapoznała się z porodami domowymi. Gdy wróciła, czekały na nią jej pacjentki. Ponieważ była na urlopie, nie mogła ich zabrać do kliniki. I tak zaczęła przyjmować porody w domach.

Geréb była przekonana, że idzie właściwą drogą. Jej zainteresowanie porodami domowymi zaczęło się równolegle z początkiem transformacji na Węgrzech. Geréb pisze memoranda, układa plany, ale wszędzie odrzucają jej pomysły, ponieważ na Węgrzech „nie ma odpowiedniej infrastruktury do porodów domowych”. W 1992 roku organizuje dużą konferencję w Segedynie. „Ściągnęłam wielkie autorytety z całego świata, ale moi koledzy pracujący kilkaset metrów dalej, nie pofatygowali się, żeby przyjść”, narzekała później. Nie pierwszy to i nie ostatni znak napięcia pomiędzy nią a medycznym mainstreamem.

Z pomocą fundacji Sorosa powstaje Napvilág Születésház (Dom Urodzin Światło Słoneczne). Rusza kampania „Rodzić w wolności, wolno urodzić się wolnym”. Odbywają się uliczne demonstracje poparcia dla porodów domowych, między innymi tzw. marsze pieluszkowe. Geréb jest już autorytetem w tej kwestii na Węgrzech. Choć z tą nową rolą nie do końca chce się pogodzić: „Nie walczę o porody domowe, ale raczej reprezentuję tę sprawę”, powie w jednym z wywiadów. W 2000 roku została stypendystką, Ashoka fellow, staje się rozpoznawana poza Węgrami.

Za porody do więzienia

I wtedy zaczynają się poważniejsze, trwające do dziś problemy. Geréb zostaje zamknięta w areszcie domowym. Zwolniono ją dopiero niedawno – 20 lutego, po ostatniej, trzyletniej karze (choć dalej nie może opuszczać stołecznego komitatu Pest). Formalnie chodziło o błędy w sztuce, których Geréb miała się dopuścić podczas prowadzonych przez nią porodów domowych. W trzech sprawach karnych, które jej wytoczono, oskarżona była o trwałe uszkodzenia lub śmierć dzieci. Akty oskarżenia obejmują również inne zarzuty, między innymi znachorstwa, ponieważ według aktu oskarżenia Geréb nie posiadała uprawnień lekarskich podczas porodów. Dotąd skazano ją w sumie na dwa lata więzienia bez zawieszenia oraz dziesięcioletni zakaz wykonywania zawodu.

Sama Geréb zarzuty odrzuca. Utrzymuje, że jej postępowanie zawsze było zgodne z zasadami sztuki. Popiera ją szereg specjalistów z zagranicy. Murem stanęli za nią rodzice dzieci urodzonych pod jej ręką w tym i niektórzy rodzice dzieci, które umarły przy porodzie.

Geréb nie przyjmuje opinii lekarskich rzeczoznawców, bo nie mają oni doświadczenia w zakresie porodów domowych, ich, jak twierdzi – szpitalna wiedza – nie ma odniesienia do jej przypadku.

Wielu uważa, że sprawy przeciw Geréb są w istocie atakiem na sam pomysł porodów domowych. Pogląd ten podziela m.in László Ábráham, adwokat specjalizujący się w lekarskich błędach w sztuce, który broni Geréb. „Ginekolodzy urządzili kampanię przeciwko niej”, tłumaczy mi. „Nie tylko sądy, ale i rzeczoznawcy stosują podwójne standardy. Wiele było przypadków, kiedy w wyniku niedotlenienia podczas porodu dziecko doznało trwałego uszkodzenia mózgu, ale jeśli to miało miejsce w szpitalu, to nie było sprawy”. Wylicza inne przypadki śmierci matki lub dziecka przy porodzie, za które najsurowszą karą były grzywna.

W jednym przypadku do przyjmującego poród lekarza ktoś zadzwonił na komórkę. Lekarz poprosił obecnego przy porodzie ojca, by trzymał mu telefon przy uchu, a w międzyczasie dokonał nacięcia krocza rodzącej – tak nieszczęśliwie, że poważnie uszkodził jej jelito grube. Dziecko zmarło, kobieta przeszła długą rekonwalescencję. Sąd, przed który trafiła sprawa, oddalił pozew rodziców, stwierdzając, że nie ma związku przyczynowo-skutkowego między telefonem a wypadkiem. Nakazał też rodzicom, by pokryli koszty procesu.

Lekarze, gdy mówią o porodach domowych, najczęściej powołują się na związane z nimi ryzyko. Kolegium Położniczo-Ginekologiczne twierdzi, że poza szpitalem nie można zagwarantować warunków koniecznych dla bezpiecznego porodu. Prawo kobiet do decydowania o sobie powinno być realizowane poprzez stworzenie odpowiednich warunków w ramach istniejących oddziałów położniczych, a nie poprzez umożliwienie rodzenia w domu, uważa Kolegium. Zdecydowane sformułowania Kolegium przebił profesor kliniki ginekologicznej, któremu wręczono list w obronie Geréb. Miał stwierdzić, że „matka nie ma prawa do rozrywki kosztem płodu”.

Zwolennicy porodów domowych widzą to inaczej. Geréb mówi: „Jeśli chodzi o porody domowe, to dla niektórych są one ważne, a dla innych nie. Tu nie chodzi o jakąś technikę czy nawet lokalizację, ale o to, by kobieta czuła się bezpieczna. Wtedy jest najmniej komplikacji przy porodzie. Dla wielu kobiet poczucie bezpieczeństwa zapewnia szpital i bliskość sali operacyjnej, porody domowe wybiera zaledwie 1–2% kobiet”. I dodaje: „Nie można powiedzieć, że porody domowe są dla egoistek, dla których najważniejsze jest dobre samopoczucie. Wygoda kobiety służy bezpieczeństwu dziecka. Kobieta czuje się bezpieczniej i bardziej może się skupić na dziecku. Mówmy raczej o niezakłócanych porodach, które mogą mieć miejsce i w domu, i w szpitalu. Takie porody to nie kadzidełka i medytacyjna muzyka. Kobieta pragnie dobra swojego dziecka co najmniej tak bardzo jak lekarz”.

Geréb opowiada się za porodami, przy których zamiast lekarza obecna jest akuszerka. Akuszerka to nie położna, która jest częścią struktury medycznej i podlega lekarzowi. Akuszerka pracuje samodzielnie i jest dla lekarza uznanym partnerem. Geréb mówi, że w zasadzie zawsze chciała być właśnie akuszerką. Tyle że „w 1977 roku nie było takiego zawodu, dlatego zostałem położną i musiałam dostosowywać się do protokołów medycznych tworzonych przez mężczyzn”.

Aktywistki, feministki, akuszerki

Kobiety w szpitalach doświadczają strukturalnej przemocy, twierdzą aktywistki propagujące niezakłócane porody. Dlaczego? Jest tak, kiedy rodzącą się popędza, bo ktoś się spieszy, bo ktoś wie lepiej, tłumaczy mi Geréb. Kiedy mówi się do niej „mamuśka” czy „złotko”. Kiedy poród się prowadzi, zamiast przy nim pomagać. Przytacza też przykład wziętej kliniki położniczej w Budapeszcie, gdzie na ścianach wiszą grafiki Schielego przedstawiające prostytutki z rozłożonymi nogami. Jak musiały czuć się kobiety chwilę później rozkładające nogi na fotelu ginekologicznym? Te reprodukcje musiał powiesić mężczyzna. Kobiecie nie przyszłoby to do głowy. A ginekologia i położnictwo to do dzisiaj zdecydowanie męski fach. W 2008 roku 92% lekarzy z tą specjalnością było mężczyznami.

Na Węgrzech ginekologia i położnictwo przyciąga tylu mężczyzn głównie ze względów finansowych. System kopert jest tu rozpowszechniony i bardzo dochodowy. Geréb mówi mi, że środowisko patrzyło na nią podejrzliwie, bo nigdy w to nie weszła. Tymczasem porody w Domu Urodzin są bezpłatne. Płaci się tylko za tygodniowy kurs przygotowawczy przed porodem, w miarę możliwości finansowych uczestniczki. Opłata daje prawo do nieograniczonego uczestnictwa w kursach – można to robić wiele razy – dla całej rodziny.

Węgierski rząd został zmuszony do legalizacji Domów Urodzin po przegranej sprawie w Strasburgu. Młoda matka oskarżyła Węgry o naruszanie jej prawa do wyboru, w jaki sposób urodzi swoje dziecko. Ale nowe regulacje, które rząd wprowadził wkrótce po wyroku nie wywołały entuzjazmu wśród zwolenników porodów domowych. Są uważane za zbyt restrykcyjne.

O porody i wolność

Niewiele jest spraw zdolnych połączyć węgierskich polityków na co dzień okopanych na odległych pozycjach. Apel o jej ułaskawienie poparło szereg posłanek do parlamentu z niemal całego spektrum politycznego. Sprawa Geréb stała się też ważna dla środowiska feministycznego na Węgrzech, choć ona sama nie uważa się za feministkę, a między nią a ruchem są polityczne różnice. „Ágnes nie jest feministką”, wyjaśnia mi węgierska działaczka feministyczna, „choć to, co mówi, przetłumaczone na język feminizmu – że kobieta nie potrzebuje mężczyzny, by urodzić – to czysty feminizm”. Od feminizmu oddala ją jej stosunek do aborcji. „Moje podejście nie ma podstaw religijnych, ale dotąd widziałem jedynie negatywne krótko- i długoterminowe skutki przerwania ciąży” – mówi Geréb. I dodaje: „Nikogo jednak nie potępiam i jeśli trzeba pomóc kobiecie po aborcji, to zawsze to robię”.

Może więc łatwiej wytłumaczyć olbrzymie poparcie dla Geréb tym, że walczy nie o konkretne rozwiązanie prawne czy kwestię medyczną, ale o godność rodzenia w ogóle? Jedna z matek, której w porodzie pomogła Geréb, mówi mi: byłam przez nią traktowana jak dorosła osoba, w szpitalach natomiast patrzono na mnie z góry i chciano chronić dziecko przede mną.

Autor bloga Felicitas, zajmującego się sprawami porodów i wychowania dzieci, pisze: „Dziś fizyczne przeżycie [porodu] to rzecz oczywista (…) i już nie wystarcza nam stwierdzenie «daj spokój, urodziło się zdrowe dziecko, reszta się nie liczy». Otóż liczy się. Tu chodzi o to, by w końcu zająć się nie tylko tym, że udało się przeżyć poród, ale i tym, za jaką to się stało cenę i z jakimi konsekwencjami; czy można by osiągnąć te same rezultaty przy mniejszej liczbie interwencji, z mniejszymi ranami fizycznymi i duchowymi, z mniejszym cierpieniem, większą wolnością wyboru, taniej, szczęśliwiej, bardziej po ludzku?”

To własnie między tymi hasłami – godności, wolności od niepotrzebnej ingerencji medycznej i swobody decydowania o sobie – należałoby szukać odpowiedzi na pytanie o tak wielkie poparcie dla Geréb. To za porody domowe poszła do aresztu, ale jej faktyczną wygraną będzie nie legalizacja porodów domowych, tylko zmiana w podejściu do rodzenia oraz do przemocy wobec kobiet, panującej tak w szpitalach, jak w dyskursie publicznym.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.