Teatr

Głuchy jest Inny w sposób radykalny [rozmowa z Wojtkiem Ziemilskim]

Język migowy jest „nie nasz”, niezrozumiały, obcy.

Jolanta Nabiałek: Skąd pomysł na zrobienie spektaklu z osobami głuchymi?

Wojtek Ziemilski: Kiedy pracowałem nad Małą narracją, doszedłem do wniosku, że język odgrywał dużą rolę w moim wychowaniu. Byłem tego wcześniej świadomy, choć nie w takim stopniu. Pojęcie języka mnie drażniło. Na filozofii, którą studiowałem, cały czas się o nim mówiło. Odmieniany był przez wszystkie przypadki, co było nieznośne. Wydawało mi się, że jednej rzeczy mogę być pewien – nigdy tym się nie zajmę, nudził mnie ten temat…

… i właśnie językiem zająłeś się w Małej narracji, spektaklu, w którym konfrontujesz się z historią twojego dziadka, hrabiego Dzieduszyckiego, posądzonego o współpracę z SB.

Podczas pracy nad tym spektaklem okazało się, że nie mogę udawać, że język nie odgrywa ważnej roli. Postanowiłem zgłębić ten temat, ujmując go na swój sposób – nie teoretycznie, ale bardziej zmysłowo, cieleśnie. Kolejnym doświadczeniem był spektakl Pigmalion, który bardzo mocno skupiał się na nauce języka. Wynikło to zupełnie przypadkowo. Okazało się, że aktorka, którą zaprosiłem do współpracy, ma dziecko, które w wieku trzech lat nie nauczyło się jeszcze mówić. Ten motyw zdominował cały spektakl i wtedy właśnie pojawiła się kwestia języka migowego jako zupełnie innej formy komunikacji niż język, który znam. Na samym początku dokonałem odkrycia, że istnieje wiele różnych języków migowych. Obecnie wydaje mi się, że wstyd o tym nie wiedzieć, że ta niewiedza wynika z egocentryzmu świata słyszących. Chciałem dowiedzieć się więcej, a w tym celu potrzebowałem towarzystwa osób migających. Zacząłem prowadzić warsztaty teatralne dla osób głuchych i wtedy pojawił się pomysł na spektakl, w którym aktorzy będą migać w różnych językach. Z dzisiejszej perspektywy idea ta jawi mi się jako niezwykle naiwna.

Aktorzy, którzy wystąpili w Jednym geście, byli rekrutowani podczas tych warsztatów?

Nie. Warsztaty były dla mnie trudnym doświadczeniem. Okazało się, że nie wystarczy zamieścić ogłoszenie, żeby mieć komplet chętnych na takie zajęcia. Oferta darmowych wydarzeń dla głuchych jest bardzo bogata. Walczyłem o to, żeby warsztaty w ogóle doszły do skutku. Pierwszym poważnym krokiem w kierunku Jednego gestu była propozycja Nowego Teatru, żeby zrobić warsztaty z licealistami. Zaproponowałem, żeby to byli licealiści głusi i tak trafiłem do szkoły dla niedosłyszących. Z tamtą młodzieżą i z Wojtkiem Pustołą poprowadziliśmy zajęcia zakończone minispektaklem. Wtedy pojawił się pomysł na Jeden gest, zacząłem więc szukać dorosłych głuchych. Nie było łatwo, na dwa tygodnie przed rozpoczęciem prób nie miałem jeszcze ani jednego aktora. Musieliśmy się zmobilizować, producentka spektaklu – Marysia Wilska – znalazła amatorski teatr osób głuchych. To był strzał w dziesiątkę. Trójka z czwórki aktorów przyszła właśnie stamtąd.

Czy od czasów Małej narracji, dzięki Jednemu gestowi, zmieniło się twoje myślenie o języku?

W Małej narracji język był cały czas konfrontowany z ciałem. W Jednym geście tej konfrontacji nie ma, tutaj język jest ciałem. Ta zmiana mocno zredefiniowała moje poglądy na temat tego, jak się można czuć w świecie. Chyba, paradoksalnie, język zszedł tutaj na dalszy plan. Odkrycia, których dokonałem, mają charakter epistemologiczny, dotyczą tego, jak odczuwamy świat. Tutaj język rzeczywiście się w to wplątuje.

Według niektórych nie tylko wplątuje – wystarczy wspomnieć Wittgensteina.

Z tym że w przypadku języka migowego ma to charakter dużo bardziej bezpośredni. Są badania, które wskazują, że u osób głuchych od urodzenia inaczej skonstruowana jest sieć neuronowa. Co zaskakujące, głusi, mówiąc w uproszczeniu, mają pod wieloma względami lepiej rozwinięte mózgi niż osoby słyszące. W sumie – należało się tego spodziewać.

Jest to z pewnością zawstydzające dla wszystkich tych, którzy nazywają głuchych niepełnosprawnymi.

Nie należy ich tak nazywać?

W pewnym sensie można ich nazywać superludźmi. Albo nas, słyszących, nazywać niepełnosprawnymi, ponieważ nie mamy tak wyostrzonej percepcji wzrokowej. Warto też wspomnieć o szeregu innych badań – słyszące dzieci w wieku przedszkolnym, które uczą się migać, mają później lepsze wyniki w szkole, sprawniej czytają i piszą.

Czyli w najlepszej dla rozwoju mózgu sytuacji są słyszące dzieci głuchych rodziców?

Niekoniecznie. Są cechy, które mają tylko głusi od urodzenia. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, więc mogę tylko luźno zasygnalizować, że chodzi o kwestie związane z analizą przestrzeni, także dwuwymiarowej. Odczytywanie znaków przez kilkuletnie dzieci niesłyszące jest porównywalne stopniem zaawansowania do odczytywania ich przez dorosłe osoby słyszące. W książce Olivera Sacksa są pokazane znaki rysowane przez dzieci słyszące i niesłyszące. Poziom precyzji u tych drugich jest szokujący. Ja na pewno nie byłbym w stanie tak odtworzyć tych znaków.

Czy język to ciało?

W przypadku osób głuchych – na pewno tak. Jest jeszcze kilka ciekawych rzeczy z tym związanych. Jedna dotyczy zapisu i kultury jako pewnego rodzaju depozytorium. W języku migowym do niedawna nie istniał przekaz graficzny, co tworzy bardzo specyficzną kulturę.

Głusi mieli lub mają swoich Homerów?

No właśnie – raczej nie. Ta kultura nie jest rodowa. Tylko 10% spośród głuchych dzieci rodzi się z głuchych rodziców. Szansa na stworzenie społeczności jest bardzo niewielka. Nie tak łatwo wytworzyć Homera, jeśli następne pokolenie już jest kimś innym lub jeśli jest się pierwszym pokoleniem. Mimo to tworzy się język, który się rozwija, zmienia, składa się na całe uniwersum. Jest pełnowartościowym językiem, zdolnym opisać całą rzeczywistość osób, które się nim posługują.

Jakie widzisz największe różnice w percepcji pomiędzy osobami głuchymi i słyszącymi?

Moja rola jest tutaj specyficzna. Jestem reżyserem, który nadaje konkretny kierunek ich działaniom, a nie badaczem. Sam siebie nazywam dyletantem. Mogę jednak powiedzieć, że sytuacja społeczna podczas obcowania z osobą głuchą jest zupełnie inna niż w przypadku osób słyszących. Tutaj wszystko definiuje wzrok, a wzrok jest zawsze skierowany w jedną stronę. Kiedy z tobą rozmawiam, patrzę w przestrzeń, szukając myśli, i mogę dalej mówić. Czasem nawet nie sprawdzam, czy rozumiesz. Z głuchymi się to nie zdarza, tam to sprawdzanie jest ciągłe.

Można powiedzieć, że ta komunikacja jest bardziej precyzyjna?

To zależy. Tak, jeśli chodzi o wyznaczniki grupy czy sytuacji. Natomiast sam język jest, jak mi się wydaje, mniej precyzyjny. Polski Język Migowy nie jest zestandaryzowany. Głusi bardzo dużo czasu spędzają, precyzując sobie różne rzeczy, szukając wspólnego znaczenia. Jest to po pierwsze czasochłonne, a po drugie – jeśli wiemy, że jesteśmy mniej więcej w tym samym miejscu, to sobie odpuszczamy.

Nie umykają im przez to jakieś subtelności, niuanse?

Zapewne część im umyka, ale za to mają swoje, charakterystyczne tylko dla ich języka. Dotyczy to na przykład opisywania sytuacji przestrzennych – w tej dziedzinie ludzie słyszący są po prostu żałośni. Gubimy się po trzech wskazówkach dotyczących tego, co gdzie jest. Migając, głusi budują wypowiedzi przestrzennie, ustawiają w ten sposób nie tylko obiekty, ale też tematy. Tworzą schematy, tak jakby zawsze mieli pod ręką trójwymiarowy PowerPoint.

Świat głuchych nie jest jednolity – występują w nim osoby głuche od urodzenia, ogłuchłe na skutek różnych urazów, niedosłyszące, pochodzące z rodzin głuchych i z rodzin słyszących. Masz jakieś refleksje dotyczące tych różnic?

Sądzę, że nie występują tutaj jednolite, wyraziste hierarchie. Widać natomiast bardzo mocne napięcia pomiędzy pewnymi grupami poglądów. Jedno z tych zagadnień zostało zresztą poruszone w spektaklu. Chodzi o stosowność korzystania z implantów czy aparatów słuchowych. Jedni twierdzą, że głusi powinni je mieć, inni – że powinni móc wybierać, jeszcze inni – że nie powinni ich używać. Konflikty na tym tle są bardzo mocne.

Tego rodzaju sporów jest więcej. W Polsce kilka lat temu doszło nawet do dużego konfliktu na arenie politycznej. Wyłonili się głusi zbuntowani przeciwko wszystkiemu, co do tej pory wokół nich się działo. Byli niezadowoleni z tego, że osoby niesłyszące postrzegane są jako gorsze, ale także nie podobało im się wsparcie, które otrzymują, zresztą, moim zdaniem, słusznie. Głównym celem ich ataków był jednak Polski Związek Głuchych, który w ich opinii zagarniał całą przestrzeń i był odpowiedzialny za to, że nie nastąpiła żadna radykalna zmiana w postrzeganiu osób niesłyszących. Otwarte pozostaje pytanie, jaki PZG może mieć na to wpływ. Z tego, co wiem, podejmuje duże starania, nie mnie oceniać, czy można by lepiej i skuteczniej. Te wydarzenia dość dobrze odpowiadają historiom wszystkich grup uciskanych i marginalizowanych. Przeważnie pojawia się taki moment, idący w parze z początkiem emancypacji, kiedy grupy czy jednostki, które otrzymały na jej skutek dobrą edukację, odkrywają, że można inaczej. Zaczynają się buntować przeciwko tym, którzy dotychczas próbowali coś zrobić. Takie wydarzenia poprzedzają zmiany systemowe na większą skalę.

W spektaklu pojawia się kwestia wykluczenia osób niesłyszących. Urzędy, sklepy czy pracodawcy nie są przystosowani do ich potrzeb. Czy można mówić o mniejszości głuchych?

Jestem głęboko przekonany, że osoby niesłyszące stanowią mniejszość kulturową. Można to zobaczyć w Jednym geście, ale wystarczy spędzić trochę czasu z głuchymi, żeby to dostrzec. Jest to odrębny modus vivendi, osobny język, inne zainteresowania, cała dynamika społeczna. Przede wszystkim jednak są bardzo precyzyjnie zdefiniowani jako Inni.

Porzucenie określenia „niepełnosprawni” i nazwanie ich mniejszością jest bardzo potrzebne, ułatwia emancypację i systemowe zmiany.

Porzucenie określenia „niepełnosprawni” i nazwanie ich mniejszością jest bardzo potrzebne, ułatwia emancypację i systemowe zmiany. Zresztą pojęcie niepełnosprawności w zubożony sposób definiuje charakter tej grupy. Choć próbę opuszczenia kategorii „niepełnosprawni” inne grupy określane tym mianem mogą odbierać jako dodatkową stygmatyzację.

Czy jako Inni głusi spotykają się z wrogością?

Z pewnością możemy mówić o ostracyzmie społecznym. Głuchy jest Inny w sposób radykalny. Po pierwsze dlatego, że ta różnica nie znika. Jeśli trafiasz do obcej ci kultury, możesz się jej nauczyć i zacząć funkcjonować jak jej członkowie. Uczenie głuchych mówienia i czytania nie prowadzi do tego efektu. Do momentu, w którym język migowy nie stanie się jednym z elementów wspólnej kultury, ta radykalna Inność nie zniknie. Miganie jest „nie nasze”, niezrozumiałe, obce. Dodatkowo osoby niesłyszące często komunikują się w sposób dla słyszących niepokojący – wydają nieartykułowane dźwięki, a kiedy próbują mówić po polsku, zdarza się, że robią to nieskładnie, ponieważ używają struktur Polskiego Języka Migowego itd.

Najbardziej zaskakującą informacją, jaką zapamiętałam ze spektaklu, jest fakt, że nie istnieje dzieło kultury w języku migowym. Czy to się zmieni? Może Hymn głuchych stworzony na potrzeby spektaklu spotka się z szerszym uznaniem?

Mam w tym przypadku mieszane uczucia, mniej więcej co drugi dzień myślę sobie, że to jest kolonialny pomysł, próba zdefiniowania zupełnie innej kultury według swoich własnych kryteriów. W spektaklu zostało zaznaczone, że głusi odczuwają ten brak, niemniej sądzę, że gdyby on faktycznie był bardzo dotkliwy, to coś takiego by powstało. Wiem, że były podejmowane różne próby, zazwyczaj był to np. hymn danego kraju wyrażony w języku migowym. Zdarza się też, że inne dzieła kultury są przekładane, ale przeważnie na Systemowy Język Migowy. Nie jest to więc tłumaczenie, ale zamiana każdego słowa na znak. SJM tak naprawdę nie jest językiem, tylko systemem, który wykorzystuje znaki jednego języka z zastosowaniem składni drugiego. Między sobą głusi nie używają SJM.

Według mnie system ten jest symbolem kolonializmu osób słyszących. Głuchy musi dostosować swój język do języka, jakim posługuje się słyszący, bo łatwiej mu było się go nauczyć.

Według mnie system ten jest symbolem kolonializmu osób słyszących. Głuchy musi dostosować swój język do języka, jakim posługuje się słyszący, bo łatwiej mu było się go nauczyć. Choć wiem, że samym pomyśle stworzenia SJM chodziło o to, żeby np. nauczyciele w ogóle chcieli migać.

Przypomina mi się straszna historia, którą podczas spektaklu przekazał nam jeden z aktorów, Adam. Nauczycielka, nie mogąc się z nim porozumieć, uderzyła jego głową o tablicę.

To wyglądało w ten sposób na całym świecie przez około sto lat, w dużej mierze dzięki Aleksandrowi Grahamowi Bellowi. Oprócz tego, że wynalazł telefon, był wielkim propagatorem oralizmu. Pod tym pojęciem kryje się pomysł, aby wszyscy głusi czytali z ust i mówili w językach swoich krajów. Ponadto nie powinno dopuszczać się do tego, aby uczyli się razem, zawierali między sobą małżeństwa, rozmnażali się. Krótko mówiąc – niesłyszenie traktował on jako problem, którego trzeba się pozbyć poprzez stuprocentowe zintegrowanie głuchych ze społecznością słyszącą i uniemożliwienie im migania, dzięki któremu tworzą sobie równoległy świat.

Zdumiewająca i mało znana historia. Systemowa przemoc!

Intencje miał dobre. Jego żona była niesłysząca, jego matka ogłuchła – wydawało mu się, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Dzięki swojej sławie miał ogromne wpływy. Doprowadził m.in. do tego, że na Międzynarodowym Kongresie Osób Głuchych, bodajże w Mediolanie, nie dopuszczono do głosu niesłyszących uczestników. Wypowiadali się tylko słyszący nauczyciele. Ustalono wtedy, że jedyną propagowaną metodą będzie oralizm. Skutki były katastrofalne – przez sto lat na całym świecie panowało przekonanie, że miganie jest prymitywne i szkodzi głuchym. W Polsce pokutuje to do dzisiaj.

W szkołach i na uczelniach nie ma głuchych nauczycieli. Dopiero niedawno głusi nauczyciele zaczęli się pojawiać w szkołach dla niesłyszących.

Studiowanie w przypadku osoby głuchej chyba musi być prawie niewykonalne…

Teraz się to zmienia. Na przykład na Uniwersytecie Warszawskim głuchej osobie przysługuje osobisty tłumacz lub ktoś, kto będzie robił dla niej notatki. Przeważnie głusi dobierają się w pary, żeby mieć dostęp do obu tych udogodnień. Dzięki temu stosunkowo dobrze sobie radzą. Większy problem stanowi edukacja podstawowa. Dopiero od kilku lat głusi mogą uczyć się języka polskiego jako obcego. A przecież to zdecydowanie nie jest dobry pomysł, żeby osoba niesłysząca miała takie same podręczniki do języka polskiego jak uczniowie słyszący, którzy znają go praktycznie od urodzenia. Te zmiany postępują bardzo powoli i koncentrują się w dużych miastach, na prowincji jest zdecydowanie gorzej.

Miałeś jakieś uprzedzenia, których pozbyłeś się, wchodząc w świat głuchych?

Do tej pory odkrywam rzeczy, które sprawiają, że muszę zmienić swój sposób myślenia. Lekcją, którą szczególnie sobie cenię, jest przekonanie o nieoczywistości tego, co to znaczy „być inteligentnym” czy „być wybitną jednostką”. Każdy z moich aktorów jest niezaprzeczalnie wybitny, każdy w zupełnie inny sposób. Nasz system, nazwijmy go społecznym, ten, który decyduje o tym, kto jest ważnym członkiem społeczności, zupełnie tego nie obejmuje.

Lekcja pokory?

Zdecydowanie. Począwszy od takich oczywistości, że ktoś, kto jest mistrzem migania, nie tylko dobrze posługuje się znakami, ale myśli lepiej ode mnie. Skończywszy na tym, że istnieją ludzie, którzy przyswajają sobie świat zupełnie innymi narzędziami, znajdują ścieżki dla mnie absolutnie nieosiągalne.

Nie masz na przykład szans w pełni zrozumieć poezji wizualnej. A może masz, może będziemy kiedyś mówić o wybitnym poecie wizualnym?

Nie będziemy go w stanie docenić. Ja widziałem to, co migał Adam, który wygrał ogólnopolski konkurs tej poezji. Jest to dla mnie interesujące, rozumiem, że to trudna sztuka. I na tym koniec, nie mam możliwości tego odczuć i docenić, że ktoś potrafi opowiedzieć całą historię za pomocą rozpostartej dłoni.

Trochę jak w teatrze Dalekiego Wschodu?

Trafne porównanie. To są pewne kody estetyczne, które, aby być zrozumiane, wymagają wielu lat wyrastania w danej kulturze. Ja w tym świecie jestem barbarzyńcą.

Odniosłam wrażenie, że twoi aktorzy to osoby wywodzące się z uprzywilejowanej klasy społecznej. Wiesz coś na temat sytuacji głuchych podwójnie wykluczonych, z małych miast, ubogich rodzin?

Jeśli chodzi o moich aktorów, to nie powiedziałbym, że pochodzą z jakiejś szczególnie uprzywilejowanej klasy, wręcz przeciwnie, ale trzeba by ich samych o to dokładnie zapytać. Miałem natomiast styczność z ludźmi w ciężkich sytuacjach, głównie podczas prowadzonych przeze mnie warsztatów. Przyjechała np. kobieta z małej miejscowości pod Warszawą, jechała 1,5 godziny. Jej tłumaczem w życiu codziennym był 12-letni słyszący syn, którego zabrała ze sobą, bo nie miała co z nim zrobić. Po jakiejś godzinie warsztatów, w czasie przerwy, zacząłem z nim rozmawiać. Powiedział mi, że jest strasznie zmęczony. Najpierw był w szkole, później musiał iść z matką do urzędu, a teraz jest tu. Bardzo chciało mu się spać. Mąż tej kobiety pracuje w Irlandii, ona została z synem w Polsce i nie ma szans na znalezienie pracy. Jej pierwsze pytanie po przybyciu na warsztaty dotyczyło tego, czy dostanie jakieś wynagrodzenie. Kiedy dowiedziała się, że nie, to zapytała o zwrot kosztów podróży. Wcześniej ostrzegano mnie, że głusi są bardzo bezpośredni i często mają trudną sytuację materialną, więc mogę się spotkać z taką sytuacją, niemniej to także była dla mnie lekcja pokory, choć zupełnie innego rodzaju. Ja sam niewiele mogę zrobić w kwestii poprawy sytuacji głuchych, poza tym, że np. teraz o tym mówię.

Wojtek Ziemilski – reżyser teatralny. Zajmuje się obszarem na pograniczu teatru, choreografii i sztuk wizualnych.

Anna-Cieplak-Ma-Byc-Czysto

 

**Dziennik Opinii nr 289/2016 (1489)

 

Bio

Jolanta Nabiałek

| Filolożka i kulturoznawczyni
Absolwentka filologii polskiej i kulturoznawstwa na Uniwersytecie Wrocławskim, słuchaczka podyplomowych gender studies w IBL PAN w roku 2017/2018. Publikowała w Internetowym Magazynie Teatralnym „Teatralia” i w Dzienniku Teatralnym. Obecnie zajmuje się promocją w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. Prowadzi fanpage „Nie więcej niż pięć linijek”, na którym publikuje mikrorecenzje książek.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.