Kraj

Pacewicz: Koniec karnawału kobiet

Czy wojnę o wolną Polskę będziemy toczyć kosztem Polek?

Czarodziejska różdżka, a właściwie rózga, którą wyborcy podarowali PiS-owi, siecze na prawo i lewo, aż się kurz podnosi, bo siekani jakoś nie chcą się poddać bez walki. Tak jak w czasach Solidarności tę wojenkę toczą głównie chłopcy malowani, dla dziewczynek jest co najwyżej miejsce w drugim szeregu.

Kobiety zeszły z głównej sceny. Czy ktoś zauważył, że nie ma już ministry ds. równości? Zamiast niej jest pan od rozwijania społeczeństwa obywatelskiego i partycypacji, pozbawionej genderowego balastu i niepotrzebnej feministycznej nawijki o dyskryminacji kobiet.

Jest premier Szydło, ale kto uważa, że ma samodzielną pozycję? Tuż po wyborach zresztą doszło do operetkowej (jak to w PiS) genderowej korekty. Kaczyński z najważniejszymi kolegami ustalali skład JEJ rządu, a ONA robiła w tym czasie zakupy w mięsnym. W kuriozalnym sprostowaniu tłumaczyła, że kupowała pasztet (wyrób gotowy), ale i tak oznacza to symboliczny powrót kobiety do kuchni.

Co było tej jesieni wydaje się, że było przed wiekami.

Karnawał był niezwykły

Owszem, kobiety rządzą w Ameryce Południowej (Chile, Argentyna, Brazylia, Peru), prezydentkę ma Litwa, Chorwacja, Kosowo, jest kanclerka w Niemczech, premierki w Norwegii i na Łotwie, są kobiety na czele kilku azjatyckich i afrykańskich krajów, Aung Sang Sui Kyi pobiła birmańskich generałów, a Hilary Clinton zbliża się do Białego Domu…

Ale czegoś takiego jak świat światem, a polityka polityką nie było, by maszynistkami dwóch głównych lokomotyw wyborczych były kobiety, trzecią/czwartą siłę też prowadziła kobieta, a Sejmem rządziły marszałkinie.

Pożegnalne przemówienie Ewy Kopacz – nad którym wielu kolegów dziennikarzy marszczyło zatroskane czoła, że „histeryczne”, a teraz widać, że trafiało w punkt! – zakończyło czas kobiet w Platformie. Ewa Kopacz, Małgorzata Kidawa-Błońska, Joanna Mucha, Julia Pitera nie odwróciły biegu zdarzeń, ale wyciągnęły na brzeg tonącą partię. Teraz Platforma tonie w ramionach Neumanna i Schetyny. Pogubiły się chłopaki tak dalece, że umizgują się do Kościoła i nawet w sprawie in vitro zaczynają „mówić językami” („z dalszymi decyzjami trzeba poczekać na informacje, jak działa nowe prawo i jak chroni życie”).

Jak pisała w NaTemat Krystyna Kofta: „panie zrobiły swoje, panie mogą odejść”.

Media przez chwilę mniej antykobiece

Nawet w mediach zmniejszyła się przed wyborami parlamentarnymi dominacja facetów. Nawet, bo polskie media, są uparcie antykobiece. Od trzech lat razem z Anną Dryjańską liczymy na różne sposoby proporcje płci i wciąż nam wychodzi, że kobiet jest w telewizjach, radiach i gazetach mniej więcej cztery razy mniej niż facetów. Ten udział jeszcze spada, gdy temat jest „prestiżowy” (polityka, gospodarka, bezpieczeństwo), czas antenowy lepszy, wydarzenie ważniejsze. A już najmniej równościowe są flagowe programy publicystyczne radia i telewizji, bo do objaśniania świata zapraszani są prawie sami faceci. Konkrety? Proszę bardzo: od marca 2014 do maja 2015 kobiety stanowiły ledwie 13% gości/ń takich audycji. Najwięcej było ich u Tomasza Lisa na żywo i w TOK FM, najmniej w Kawie na ławę Rymanowskiego, Kontrwywiadzie Piaseckiego oraz w Kropce nad i Olejnik.

Przed II turą wyborów prezydenckich udział kobiet w analizowanych przez nas 14 audycjach sięgnął dna – 7%! Jedna pani na 13 panów.

We wrześniu i październiku coś jednak drgnęło. Monika Olejnik zapraszała kobiety w liczbie 24%, doszło do tego, że ustawę o uzgadnianiu płci komentowały Joanna Senyszyn i Marzena Wróbel, bez żadnego faceta! Oczywiście dwóch albo i trzech mężczyzn zdarza się w Kropce często, ale dwie kobiety dopiero drugi raz. Poprzednio przed Wigilią 2014 Magda Gessler i Maria Czubaszek opowiadały o gotowaniu i pieczeniu.

Podobnie było w innych programach. Jakby przestawała obowiązywać zasada, że sprawy publiczne to męska rzecz (jak pisała 60 lat temu Simone de Beauvoir: „Mężczyzna jest Podmiotem, jest Absolutem; kobieta jest Innym”).

Polityczki zmarnowały szansę

Niestety, polityczki nie wykorzystały tej okazji. Nie potrafiły wprowadzić do debaty wyborczej aspiracji kobiet, postawić na zmniejszenie dyskryminacji w pracy i w życiu rodzinnym. To nie dziwi u Beaty Szydło. Była, jest i zapewne przez jakiś czas będzie jedynie porte parole prezesa, który w programie PiS zapowiada urządzenie życia społecznego według tzw. chrześcijańskich wartości: „Kościół jest dzierżycielem i głosicielem powszechnie znanej w Polsce nauki moralnej. Nie ma ona w szerszym społecznym zakresie żadnej konkurencji, dlatego też w pełni jest uprawnione twierdzenie, że w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm”. Głównym wrogiem tych nauk jest gender, czyli postulat równości, wyzwolenie od tradycyjnych hierarchii i sztywnych ról.

Ewa Kopacz zanotowała falstart, gdy zapytana o polskie wsparcie dla Ukrainy odwołała się do niegdysiejszego stereotypu kobiety: „Wie pan, jestem kobietą. Polska powinna zachowywać się jak polska, rozsądna kobieta. Nasze bezpieczeństwo, nasz kraj, nasz dom, nasze dzieci są najważniejsze”.

Potem jednak Kopacz pokazała odwagę, determinację i ciężko pracowała, choć aż do końca kampanii nie znalazła odpowiedniej szpili, by przekłuć balon z napisem „Dobra zmiana”. Może trzeba było odwołać się właśnie do interesów, aspiracji i potrzeb kobiet? Gdyby tak – wolno feminiście marzyć – w telewizyjnej debacie pokazała zdjęcie niemowlaka urodzonego z in vitro i zapytała Szydło, dlaczego głosowała przeciw temu ludzkiemu życiu i szczęściu tej rodziny. Gdyby wyjęła fotografię pobitych kobiet i spytała, co Szydło ma przeciw konwencji o przemocy…

Ktoś powie, że to feministyczne mrzonki w oderwaniu od postaw konserwatywnego społeczeństwa. Nieprawda, sondaże pokazują, że myślenie o prawach kobiet przestaje być wyznaniem wiary garstki aktywistek.

Szybko rośnie poparcie dla partnerskiego modelu rodziny (on i ona pracują i dzielą się obowiązkami domowymi), popiera go już 57% Polek (i wyraźniej mniej – 41% Polaków, CBOS, 2012).

Ewa Kopacz nie potrafiła wyjść poza ideowe horyzonty swojej formacji. A może padła ofiarą partyjnej kalkulacji a la późny Tusk, który powtarzał, że partia nie kroczy na czele rewolucji obyczajowej? Tak czy inaczej, nie wykorzystała szansy na wprowadzenie nowego wymiaru do polskiej polityki.

Gender już tu jest

Szkoda zmarnowanej okazji, tym bardziej, że jak pokazały wybory, gender już „miesza” w polityce. Z wyborczych exit polls wynika, że Sejmy „wybrane” przez kobiety i mężczyzn byłyby inne (patrz tabela). Wprawdzie w obu PiS zdobywa większość (prezes, którego kobiety nie znoszą, wiedział, co robi, chowając się za broszkę Beaty Szydło), ale panie głosowały na PO częściej (26%) niż panowie (20 %), za to prawie dwukrotnie rzadziej poparły obu niezrównoważonych „antysystemowców”. Na Kukiza głos oddało 7% Polek i 11% Polaków, na Korwin-Mikkego odpowiednio: 3 i 7%.

Korwin zapracował sobie na takie poparcie, czy to demaskując właściwe kobietom pragnienie, by zostać zgwałconą, czy to odmawiając im praw wyborczych. Kukiz z kolei pokrzykuje na dziennikarki (zwracając się do nich per „dziecko”), a w komentarzu do niewinnego pytania Krystyny Opozdy z Interii „pomylił” w jej nazwisku „o” z „i”

Gdyby tak – jak marzyć, to marzyć – na jeden jedyny rok 2015 odebrać prawa wyborcze facetom… Sejm kobiet i cały układ polityczny byłby mniej wybuchowy i zmiana nie byłaby aż tak „dobra”. Zwłaszcza, że – jak wynika z sondaży w wyborach prezydenckich – Polki minimalną większością „wybrały” Bronisława Komorowskiego. Nawiasem mówiąc Amerykanie w 2012 r. „wybrali” Mitta Romneya (54%). Obama wygrał dzięki głosom 55% Amerykanek!

Rozkład głosów w wyborach parlamentarnych w roku 2015 *Liczba posłów i posłanek – szacunki własne na podstawie wyników exit polls
Rozkład głosów w wyborach parlamentarnych w roku 2015 *Liczba posłów i posłanek – szacunki własne na podstawie wyników exit polls

 Po kobiecej kampanii do Sejmu weszło najwięcej po 1989 r. – 27% kobiet. Na listach było ich – zgodnie z ustawą – 35%, ale partie dawały im lepsze i gorsze miejsca. W klubie PiS posłanek jest 23%, w PSL – 19%, a u „kozaka” Kukiza – 15%. PO konsekwentnie wprowadza wewnętrzne regulacje, które przypominają wciąż nieuchwalony „suwak” i kobiety stanowią 37% klubu. Nowoczesna jest nowocześniejsza – 40%.

Będzie „wygaszanie” kobiet?

Tak może być, bo państwo PiS jest przeznaczone dla prawdziwych mężczyzn, nawet jeśli przypominają mniejsze (Kaczyński) czy trochę większe (Ziobro, Duda) bobaski. Tak też rozumieją to media, co widać to w Kropce nad i, która jest jak sejsmograf genderowych notowań. W listopadzie i grudniu w Kropce pojawiło się 44 osoby, w tym… jedna kobieta – Beata Kempa (2%). To 10 razy mniej niż w poprzednich dwóch miesiącach! Najczęściej gościli Gliński i oczywiście Giertych (po 3 razy).

Ale nie jest powiedziane, że kobiety dadzą zagonić się do kąta. Wręcz przeciwnie, na demonstracjach jest – według prowizorycznych obserwacji – lekka przewaga kobiet. Doskonałe są zadziorne babki z Nowoczesnej, ideowe dziewczyny z Razem. Tylko Barbara Nowacka gdzieś się zawieruszyła, no i Ewa Kopacz została przez partię wygaszona.

W cyklu „Wyborczej” „Rzeczpospolita demokratów” było równo 40% wypowiedzi demokratek z Agnieszką Holland na czele. Precyzyjne jak brzytwa opinie Ewy Siedleckiej stają się obywatelską wyrocznią.

Wiele kobiet – jak w czasach podziemnej „S” – bierze się do roboty. Na liderkę organizacji pozarządowych wyrasta Ewa Kulik, szefowa Fundacji im. Stefana Batorego, która w stanie wojennym działała (i żyła) w podziemiu; czy Danuta Przywara, prezeska Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Kongres Kobiet protestuje przeciw naruszeniom demokracji i zapowiada pilnowanie praw człowieka, a zwłaszcza równości płci. „Rządząca partia, przywołując stereotyp tradycyjnej roli kobiet, dąży do ograniczenia autonomii, pozycji i wolności kobiet, na co nie ma naszej zgody”.

Fejsbukowa interwencja grupy kobiet doprowadziła do tego, że „Gazeta Wyborcza” zreflektowała się i uzupełniła czysto męski skład panelu o sytuacji mediów o dwie dziennikarki.

W księdze polskiej demokracji swoją stroniczkę zapisała ekspertka prawna Senatu Katarzyna Konieczko, która w kulturalny, wręcz delikatny sposób zmiażdżyła PiS-owska ustawę o Trybunale.

Na FB Komitetu Obrony Demokracji utrzymuje się niemal idealna równowaga genderowa osób zabierających głos i zdecydowana przewaga kobiet wśród osób które polubiły poszczególne wpisy.

Kobiety tak, gender nie?

Kobiety mogą zniknąć z mainstreamowych mediów, zwłaszcza po pacyfikacji telewizji i radia publicznego, ale będą nadal współtworzyć obywatelski ruch sprzeciwu, tak samo było w ruchach opozycyjnych czy w stanie wojennym. Gorzej może być z tematyką gender, grozi nam wypchnięcie praw i aspiracji kobiet z debaty, w imię nadrzędnego dobra, jakim jest obrona przed państwem autorytarnym. Walcząc o Polskę, odłożymy na przyszłość walkę o prawa Polek, debatę o nierównościach zagłuszy mazurek Dąbrowskiego z jego „będziem Polakami”.

Epizodycznym tego przejawem były reakcje na informacje, że lider Komitetu Obrony Demokracji Mateusz Kijowski ma ponad 100 tys. zaległych alimentów. Znaleźliśmy się oto w sytuacji konfliktu dwóch wartości – obrony demokracji (której Kijowski jest liderem) i krzywdy kobiet i dzieci (nie ma usprawiedliwienia dla niepłacenia alimentów). Taki dysonans wiele osób (w tym kobiety) rozwiązuje przez odrzucenie wartości feministycznej na rzecz narodowej. „Szlag mnie trafia na taką małostkowość. Czy Pan Kijowski jest twarzą jakiejś kampanii na rzecz płacenia alimentów? Czy naprawdę kobiety nie potrafią ogarnąć rozumem niczego więcej niż słynne ongiś 3K – Kinder, Kueche Kirche? Przecież to, co robi teraz Mateusz Kijowski jest również dla Waszych dzieci” – pisze internautka. W podobnym tonie wypowiada się Jacek Żakowski (w wywiadzie dla „SE”). Przedstawia Kijowskiego (słusznie) jako bohatera obywatelskiego zrywu i patetycznie go rozgrzesza: „Jak moje pokolenie za Solidarności siedziało w więzieniach albo pokolenie powstańców tracących życie, to dzieci też płaciły cenę”. Rzecz jednak w tym, że Mateusz Kijowski zalega z alimentami od dawna, a działa od niedawna, czyli „taryfa ulgowa” – sama w sobie wątpliwa – miałaby działać wstecz. Kijowski jako skarb narodowy (serio!) zasługuje na nasze wsparcie – także w spłaceniu alimentów, ale nie kosztem innych wartości i zdrowego rozsądku.

Jeden sztandar czy więcej?

Problem nie jest specyficzny dla feministek. Gimnastyka protestu pod hasłem „kto nie skacze, ten jest z PiS-em” czyni z nas jedną skaczącą zbiorowość kosztem aspiracji i tożsamości bardziej szczegółowych, często pozostających w konflikcie. Partia Razem, która stawia na kwestie socjalne, woli demonstrować tylko „prywatnie” i zasługuje na przezwisko Partia Osobno. Znajoma lesbijka zastanawiała się, czy na demonstrację 19 grudnia obok flagi narodowej wziąć tęczową, ale sama uznała, że jakoś nie wypada. Moje wątpliwości, czy Roman Giertych może wystąpić w roli „twarzy” antypisowskich protestów, zostały przez wiele osób potraktowane jako niepotrzebne swary.

To nieoczywisty, ale fatalny skutek wszechwładzy PiS. Z jednej strony, jedyną odpowiedzią na państwo Kaczyńskiego musi być masowy ruch protestu ponad podziałami, z drugiej, zamrożenie podziałów blokuje rozwój myślenia politycznego i społeczeństwa obywatelskiego, czyli podstawy demokratycznego ładu, którego istotą jest różnicowanie interesów i wartości. Trzeba by znaleźć jakiś złoty środek, bo inaczej gdy uporamy się z PiS-em, będziemy, jak tamta Solidarność, równie wielcy, co bezradni wobec zadania, które nas czeka – zbudowania demokracji lepszej niż do tej pory.

Dlatego lepiej bronić się przed autorytaryzmem razem, ale pod wieloma sztandarami. Jak powtarza Judith Butler, „negocjacje między różnymi interpretacjami i interesami, pewien poziom demokratycznej kakofonii, nie tylko nie osłabia, ale ożywia ruch feministyczny, nadaje mu impet, sprawia, że jest bardziej polityczny”. To samo dotyczy ruchu w obronie polskiej demokracji.

***

Piotr Pacewicz dziennikarz, publicysta „Gazety Wyborczej”.

**Dziennik Opinii nr 27/2016 (1177)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.