Kraj

Doctorow: Organizujcie się, w dobie internetu nie ma pieprzonych wymówek

Dziwne jest to gadanie, że internet coś „zapośrednicza”.

Jakub Dymek: W swojej książce Kontekst, wbrew popularnemu dziś technosceptycyzmowi, piszesz, że rewolucja technologiczna jest wciąż w naszych rękach i możemy zrobić z niej dobry użytek, przekazać idee otwartości i współpracy dalej. Mówiąc szczerze, oczekiwałem po niej czegoś bardziej krytycznego…

Cory Doctorow: Pisarze science-fiction, którzy próbują przewidywać przyszłość, są jak dilerzy narkotyków, którzy biorą własny towar. To się nie może dobrze skończyć. Optymizm i pesymizm to właśnie takie próby. Formy przewidywania tego, co będzie – mówisz: „to jest bardziej prawdopodobne od tego”, albo odwrotnie. Nie uważam, żeby przyszłość była zaprogramowana – gdybym tak myślał, chyba nie chciałoby mi się wstawać z łóżka co rano.

Ale jednak wstajesz?

Wiesz, można myśleć o dzisiejszym świecie jako dystopii, której ramy nakreślili z jednej strony Edward Snowden, a z drugiej Thomas Piketty. Dynastyczne fortuny rosną z każdym pokoleniem, a do swojej dyspozycji mają wielki aparat państwa i nadzoru, którego symbolem stała się amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego. Przy tym wszystkim francuska arystokracja sprzed rewolucji to prawdziwi zwolennicy równości. Ale nawet jeśli chcesz tak myśleć o dzisiejszym świecie, wciąż stoi przed tobą jedno ważne pytanie: jak sprawić, żeby ta dystopia przestała działać? Czyli jak wyrwać władzę wpływowym i bogatym? Czy można zrobić to bez technologii? Moim zdaniem to niemożliwe, wiemy przecież, że władza ma technologii po uszy. Ona działa na technologicznym turbodoładowaniu, które pozwala im skoordynować działania lepiej niż kiedykolwiek. 

Z informacji o skali globalnego nadzoru, operacji szpiegowskich i podsłuchów prowadzonych przez NSA, które ujawnił Edward Snowden, można wyciągnąć też inną lekcję. Wielkie nierówności majątkowe prowadzą do niestabilności systemu społecznego. Historia pokazuje, że klasy panujące prowadziły pewien rachunek, bilansując koszta redystrybucji i nadzoru – starając się nie dopuścić do rewolty społecznej. Historycznie tańsza okazywała się jednak redystrybucja, przynajmniej w porównaniu do kontroli, instalowania strażników i zabezpieczeń mających trzymać ludzi w ryzach. Efektem tego było chociażby powstanie klasy średniej oraz złudzenie, że zawsze można awansować dzięki własnej pracy, a nie z tytułu szlachetnego urodzenia.

Dziś jednak doszliśmy do momentu, w którym nierówności rosną, a system pozostaje stabilny – właśnie dlatego, że tak niewiele kosztuje szpiegowanie wszystkich naraz oraz praca wszystkich faktycznych i metaforycznych „strażników”.

W bilansie bardziej opłaca się inwestować w mechanizmy kontroli, nie redystrybucji. Czy to oznacza, że mamy porzucić technologię, bo dzięki niej wszystkie te złe rzeczy są możliwe? Przeciwnie. Nawet jeśli chcesz jej unikać, wciąż będziesz szpiegowany i wciąż będziesz podlegał różnorodnym technologicznym metodom kontroli. Nie będziesz za to miał narzędzi oporu.

Nie określam się więc jako „optymista” czy „pesymista”, ale raczej jako ktoś, kto ma nadzieję. Jeśli jesteś w łódce na środku oceanu, to wiosłujesz nie dlatego, że masz obiektywny obraz sytuacji, który daje ci „optymistyczne” lub „pesymistyczne” perspektywy. Wiosłujesz, bo chcesz dopłynąć do czegoś, co umożliwi ci uratowanie się. W życiu udało mi się tylko raz przewidzieć przyszłość, owocem tego jest moja córka. I choćby dlatego nie chcę być obojętny, bo za tą „przepowiednią” idzie olbrzymia odpowiedzialność – chodzi w końcu o to, jaki świat odziedziczą nasze dzieci. Ja chciałbym, żeby to był świat bardziej sprawiedliwy, dlatego nie uważam, żeby pesymizm mógł nas do czegokolwiek doprowadzić.

Ale dziś o tym, że dzięki technologiom zmieniamy świat na lepsze, klik za klikiem, przekonują mnie raczej pracownicy Google’a, którzy całkiem szczerze wierzą, że odnaleźli receptę na zbawienie świata. A za nimi cała rzesza innego sortu utopistów, pewnych, że technologiczna odpowiedź na wszystkie problemy jest tuż za rogiem, musimy tylko nie przeszkadzać we wdrażaniu wszystkich innowacji i mądrych rozwiązań…

Google niewątpliwie zmienia świat. To banał. A korporacje, które wierzą w swój mesjański potencjał, też nie są niczym nowym. To, co jest faktycznie przerażające, to nie ich język, ale sekciarska wręcz wiara w to, że maksymalizacja zysków to jedyny, ostateczny i historycznie nieuchronny cel – co zawdzięczają Reaganowi, neoliberalizmowi i całej ideologii, z którą weszliśmy w XXI wiek. To oznacza odrzucenie najlepszej rzeczy, jaką ma kapitalizm, czyli zdolności wytwarzania dobrobytu dzięki postępowi technologicznemu i automatyzacji. Dziś optymalną funkcją kapitału jest spekulacja finansowa, wymyślanie kolejnych form obligacji, długu i instrumentów finansowych, które pomyślane są nie po to, by zwiększać produktywność, ale zysk. Zdolność kapitalizmu i rynku do optymalizacji produkcji, radzenia sobie z nadwyżką i niewytracania przy tym produktywności była jasna tak dla krytyków kapitalizmu, od Marksa począwszy, jak i jego zwolenników i reformatorów. Problem w tym, że dzisiejszy kapitalizm tej zdolności już nie ma.

Ale jeśli to korporacje mają mieć receptę na uzdrowienie systemu, na wyciągnięcie „tego, co najlepsze w kapitalizmie”, to mnie to raczej martwi, niż napawa nadzieją.

Najlepszą rzeczą, jaką robi Google, jest obniżanie kosztów komunikacji między ludźmi. To zaś pozostaje w ścisłym związku z tym, co w ogóle powoduje, że ludzie są różni od zwierząt – z podziałem pracy. Od czasów, gdy po raz pierwszy ktoś zdecydował, że kto inny będzie polował, kto inny zbierał owoce, a jeszcze ktoś inny zajmował się dziećmi, rolą technologii było zmniejszanie kosztów tego podziału, zmniejszanie tarcia. Język jest takim wynalazkiem, który to umożlwia, i każda technologia po nim również. Instytucje społeczne, czy to partie polityczne, czy Kościoł, czy mafia, istnieją w tym samym celu. Powstanie nowych sposobów komunikacji i organizacji informacji jest kolejnym elementem tego łańcucha. One umożliwiają wcześniej niespotykane sposoby organizowania się – jak pokazuje przykład Kickstartera, wolnych encyklopedii, otwartego oprogramowania czy innych platform umożliwiających kolektywne tworzenie.

Najgorsze rzeczy, jakie robi Google, to pozbawianie nas prywatności i współpraca z NSA, a z mniej istotnych – chociażby idea sieci społecznościowej Google+, której osobiście nie cierpię. To jednak, jak myli się Google, również uzależnione jest od zewnętrznych warunków – wystarczy spojrzeć, co było, zanim weszli na giełdę. Dawniejsze pomyki były szczere, wynikały z tego, że na pewnym etapie się zagalopowali lub źle zrozumieli własne postulaty, jak don’t be evil czy misję organizowania informacji w najlepszy znany sposób. Ale gdy zapisali się do kultu cen akcji, odkąd ich akcjonariusze mogą ich pozwać przed sądem za to, że niewystarczająco sumiennie wypełniają zobowiązania wobec udziałowców – coś się zmieniło. Gdy wstępujesz do sekty zysku – nie tylko w Google’u, w każdej firmie, która przechodzi tę drogę – zaczynają dziać się rzeczy naprawdę złe, takie jak unikanie podatków czy naciskanie na politykę oszczędności, która, co wiemy z Europy, dosłownie kosztuje ludzi życie.

Wydaje mi się symptomatyczne, że problem pracy również ujmujesz jako technologiczny – używając tego technokratycznego języka „kosztów komunikacji”, „tarcia”, „organizacji”. Bo gdyby spojrzeć na to z punktu widzenia pracy jako takiej i sytuacji pracowników i pracownic, okazuje się, że niezależnie od tego, jak łatwo i szybko komunikują nas nowe media, sytuacja niepewności zatrudnienia, wyobcowania pojedynczego pracownika i niemożliwość organizacji na szeroką skalę pozostają dotkliwymi problemami. Technologie raczej umożliwiły istnienie globalnego, anonimowego i rozproszonego prekariatu, zamiast go wyzwolić.

Słabnięcie ruchów pracowniczych od lat 80. nie wynikało z rozkładu modelu sowieckiego ani rozwoju technologii popychającej do przodu globalizację i ponadnarodowy kapitał. Raczej z tego, że regulacje prawne i rozwiązania polityczne, które umożliwiały istnienie silnego i zorganizowanego ruchu pracowników – od ubezpieczeń zdrowotnych po pełne zatrudnienie – zostały zgniecione przez wielkie fortuny. Wygrana w wyborach była coraz bardziej powiązana z ilością środków na kampanię, którymi dysponują kandydatki i kandydaci, co zmieniło proces wyborczy w loterię. To pojawia się choćby u Piketty’ego. Dane są jednoznaczne, choć wciąż możemy się spierać, na ile ta zmiana była kluczowa dla opisywanego przez ciebie procesu. Wiadomo jedno: zniszczenie instytucjonalnej siły związków i zorganizowanego ruchu pracowniczego poprzedziło atomizację pracy, nie odwrotnie. To raczej usunięcie prawnej ochrony pracowników umożliwiło globalizację w jej obecnym kształcie, niż globalizacja zniszczyła związki. Światowa Organizacja Handlu w swoim działaniu odzwierciedla dzisiejszy dominujący model gospodarczy, ale niekoniecznie to ona w pojedynkę go stworzyła.

Wracając do technologii: wciąż jestem przekonany, że może ona działać w służbie organizacji ludzi, pomagając tworzyć tak awangardę, jak i szeroki front walki o prawa pracownicze. Napisałem nawet książkę dla dzieci, gdzie pojawia się temat takiej walki o wspólne prawa, For The Win. To nie jest coś nie do pomyślenia.

Wiemy z historii ruchów pracowniczych w Ameryce, że uprzedzenia rasowe i narodowe były wykorzystywane do rozbicia prób uzwiązkowienia jeszcze w XIX wieku – jak strajkowali Niemcy, przysyłano Polaków jako łamistrajków, i odwrotnie. Hańbiącym faktem jest też to, że agencja Pinkertona, czołowa prywatna siła w tej walce, rekrutowała czarnoskórych robotników do walki z ich białymi kolegami, bo ci nie dopuszczali ich do związków. Wszystkie różnice, poza różnicą klasową, były nadmuchiwane, by poróżnić ludzi…

Państwo też odegrało tu swoją rolę, choćby szczując irlandzkich katolików na czarnoskórych Amerykanów.

Oczywiście. Ale po co to przypominam? Żeby wrócić do współczesności i powiedzieć, co się działo, gdy rozpędzała się już globalizacja. Gdy w latach 80. przenoszono przemysł samochodowy z USA do Meksyku, najpierw produkcję części, a potem całe linie produkcyjne, związki zawodowe, a wśród nich największy, United Automobile Workers, nie miały innej odpowiedzi niż czysta ksenofobia. Póki miejsca pracy przenoszono w granicach USA, związkowcy wiedzieli, co robić – jeździli za fabrykami, organizując pracowników. Ale gdy przeniesiono fabryki do Meksyku, związkowcy zaczęli mówić, że to coś innego: „Meksyk jest daleko, gadają po hiszpańsku, a tak w ogóle, to specjalne strefy ekonomiczne są ogrodzone drutem kolczastym”. To nie są błahe wymówki, oczywiście, ale nie są też wystarczającym powodem, żeby poddać walkę w ogóle. Bo co? Bo sto lat temu było łatwiej? Sto lat temu w Calumet w stanie Michigan, gdy 73 osoby, w tym dzieci, zginęły na związkowej kolacji bożonarodzeniowej, bo ktoś postraszył podpaleniem i uczestnicy w panice stratowali się na śmierć? Wtedy było łatwiej? Umywanie rąk nie jest rozwiązaniem. A historia się powtarza.

Gdy w Dolinie Krzemowej zaczęła się pierwsza duża fala outsourcingu pracy programistek i programistów do Indii, pracownicy zaczęli mówić to samo co kiedyś związkowcy. Byli skłonni winić Hindusów, że zabierają im pracę – ale nie własnych szefów, że to oni pozbawiają ich miejsc pracy, bo taniej będzie coś przenieść do Indii. I tu pojawia się podstawowa różnica: pracownicy w Indiach i USA mają ten sam internet! I wszyscy znają angielski, wszyscy też lepiej posługują się technologią niż ich szefowie. Niech więc darują sobie pieprzone wymówki z lat 80., bo nie ma żadnej technologicznej przeszkody, który by im stała na drodze, żeby się organizować.

Naprawdę tym, co łączy pracowników IT w Indiach i USA, ma być wiara, że ich brak solidarności to problem technologiczny, a nie na przykład ideologiczny czy rasowy? Na takie postawienie sprawy oni odpowiedzą: „Po co więc w ogóle się zrzeszać? Lepiej stwórzmy jakąś fajną aplikację, która zrobi to za nas”.

Ale może właśnie o to chodzi i jest jakieś technologiczne rozwiązanie!

Techno-związek?

Tak, na przykład skomputeryzowany, technologicznie zaawansowany i działający za pośrednictwem internetu związek zawodowy. Jeśli globalny kapitał używa ponadnarodowych ram prawnych, sieci i mediów, a związki mają działać tylko lokalnie, to są na straconej pozycji. Nie ma szans, żeby im się udało w walce z czymś globalnym, jeśli horyzontem myślenia są lokalne koalicje i porozumienia.

Nie chcę wyjść na upartego tradycjonalistę w tej kwestii czy popaść w luddyzm…

Nie ma nic złego w luddyzmie! Ruch, który kojarzy się ludziom z niszczeniem krosien tkackich i skrajną technofobią, był tak naprawdę ruchem walczącym o redystrybucję, a nie przeciwko maszynom, bo to byłby absurd.

…ale chcę zadać dosyć staromodne pytanie. Czy nie jest po prostu tak, że w dzisiejszej sytuacji najpierw należałoby wyjść do ludzi, zorganizować się we własnym miejscu pracy, rozpoznać najbardziej palące problemy lokalnej gospodarki, podjąć z kimś rozmowę twarzą w twarz, bo tego naprawdę brakuje – a nie spekulować, czy ta przysłowiowa wręcz „programistka z Indii” chce prowadzić z nami ponadnarodową walkę?

Wiemy już, dzięki przykładowi ruchu Anonymous i świetnym publikacjom Gabrielli Coleman, że możliwe jest stworzenie głębokich, osobistych więzi solidarności między ludźmi z bardzo różnych miejsc świata i zupełnie sobie obcych i anonimowych – właśnie dlatego, że łączy ich wspólna sprawa. Solidarność jest możliwa nie tylko wobec tych, których spotykasz twarzą w twarz, ale także wobec tych, których spotkasz na swojej drodze. Czyli także w internecie.

Internet jest częścią tego, co nazywamy dziś „prawdziwym życiem”. Kropka. Bez znaczenia jest, czy poznałeś kogoś jadąc pociągiem czy samochodem – i tak jest z siecią.

Nieważne, czy widziałeś kogoś „na żywo”, ważne, że mieliście ten kontakt; to jest grunt, na którym powstaje empatia. Różna może od bycia sąsiadem i widywania kogoś na klatce schodowej, ale wciąż ważna. Dziwne jest to gadanie, że internet coś „zapośrednicza”, a wszystko, co się dzieje poza nim, „nie zapośrednicza” kontaktu – technologiczne narzędzia komunikacji są z nami od dawna, nie od wczoraj.

Mam taki mały śrubokręcik w pasku do spodni i na lotnisku w Londynie powiedziano mi, że muszę go wyrzucić. Pytam dlaczego, a oni na to, ze „na pokładzie nie można mieć żadnych narzędzi”. Mówię: „Ale język też jest narzędziem”. „Żadnych narzędzi pracy”. Ja na to: „Ha ha, jestem pisarzem, język to moje narzędzie pracy!”. Ironia chyba nie przypadła im do gustu i kazali mi wyrzucić śrubokręt. Ale język zostawili w spokoju. Kondycja ludzka to bycie „zapośredniczonym” przez narzędzia i technologie, więc internet, mimo swojej wyjątkowości, jest tylko ogniwem tego bardzo długiego łańcucha.

Wyjątkowym polskim wkładem w historię ruchu pracowniczego i organizowania się jest strajk solidarnościowy, czyli taki, w którym jedna grupa strajkuje w imieniu innej – tej, która ma w danym momencie gorszą sytuację i ograniczoną możliwość walki o swoje prawa, bo na przykład nie ma swojego związku czy narzędzi nacisku na władzę.

To świetne! To jak credit default swap [instrument finansowy będący zabezpieczeniem w przypadku niespłacenia długu, który przejmuje wtedy inny podmiot umowy – przyp. red.], ale dla pracowników. Przekazywanie czy wymiana odpowiedzialności jest doskonałym pomysłem taktycznym.

Może więc takie rozwiązania powinny nas dziś inspirować?

Jasne. Dziś w Ameryce trwa walka o neutralność sieci, a na Węgrzech przeciwko podatkowi od internetu. Amerykanki i Amerykanie inspirują się sposobami, w jaki Węgrzy i Węgierki organizowali swoje marsze uliczne. To są iskierki, które mogą rozniecić prawdziwy ogień. Nawet jeśli część z tych metod ostatecznie nie przyniesie natychmiastowych skutków, są dowodem na konieczność tych prób. Bo gdyby ich nie było – należałoby od razu się poddać.

Tu wracamy do twojego pierwszego pytania o optymizm i nadzieję. Jedyna zmiana, na którą możemy liczyć, to ta, którą robimy sami.

Cory Doctorow – jeden z najbardziej poczytnych pisarzy science-fiction, krytyk nowych technologii i rzecznik pokolenia „cyfrowych tubylców”. Autor wielu książek i esejów. Zbiór jego tekstów pod tytułem „Kontekst. Eseje o wydajności, kreatywności, rodzicielstwie i polityce w XXI wieku” został właśnie wydany w Polsce przez Fundację Nowoczesna Polska.

„Kontekst” można bezpłatnie pobrać lub kupić w wersji papierowej na stronie https://prawokultury.pl/publikacje/cory-doctorow-kontekst/.

Czytaj także:

Corey Doctorow: A gdyby dostawcy pizzy działali jak dostawcy internetu?

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.