Kraj

Cibor: Dlaczego spółdzielnie nas kręcą?

Czy ruch spółdzielczy w Polsce ma realną szansę odrodzić się i odmienić krajobraz społeczno-gospodarczy, czy jest jedynie hipsterską zabawą?

Kooperatywy? Dobrze!

Gdyby dobrze zestawić dane i zdobyć się na daleko idącą życzliwość, można zbudować obraz kwitnącego sektora. Niemal w każdym dużym polskim mieście istnieje już kooperatywa spożywcza (niektóre mają nawet po kilkuset członków i członkiń).

Warszawska kooperatywa „Dobrze” (70 kooperatystów) otworzyła w czerwcu sklep spożywczy – pierwszy tego typu lokal w naszym kraju (jeśli nie liczyć oczywiście sieci Społem czy hipermarketów Leclerc, które we Francji również prowadzone są przez spółdzielnię). W czerwcu kooperatywy zorganizowały (za pieniądze zdobyte od społeczności, a nie od sponsorów) trzeci już ogólnopolski zjazd (tym razem w Krakowie), na którym po raz kolejny ponad sto osób z całej Polski omawiało problemy i wyzwania. Lokalne stowarzyszenia konsumentów oraz mikrospółdzielnie mieszkaniowe weszły również do programów politycznych – mówią o nim m.in. Joanna Erbel w Warszawie i Tomasz Leśniak w Krakowie.

Powstaje też coraz więcej spółdzielni socjalnych (w 2014 ich liczba w Krajowym Rejestrze Sądowym dobiła do 1200), coraz częściej też są to nie tylko przedsiębiorstwa, w których usługi komunalne świadczone są przez osoby wykluczone społecznie, ale również całkiem sprawne firmy młodych ludzi, którzy nie chcą oddawać się korporacjom, a swoich przewag konkurencyjnych szukają raczej we współpracy niż w bezwzględnym współzawodnictwie. Bardzo ciekawym przykładem korzystania z kooperacyjnych wartości w rynkowej grze jest spółdzielnia doradców kredytowych ANG – jedyna tego typu firma w całości będąca własnością swoich pracowników. W 2013 roku ANG zanotowała przychów w wysokości ponad 22 milionów zł i miała ponad 400 doradców. Zachwycając się oddolną organizacją aktywistów, nie możemy zapominać, że spółdzielnie to również twardy rynek.

O wszystkim tym coraz częściej można przeczytać w mediach – od lokalnych dzienników, przez pisma lajfstailowe, po gazety ekonomiczne. A jeszcze kilka lat temu słowo „spółdzielnia” pojawiało się na łamach prasy niemal wyłącznie przy okazji przekrętów w spółdzielniach mieszkaniowych.

Sektor w upadłości?

Można jednak na to, czym jest w Polsce spółdzielczość, spojrzeć inaczej. Obecność prezesów spółdzielni mieszkaniowych w mediach nie jest bezzasadna – spółdzielczość mieszkaniowa to największa spółdzielcza branża w Polsce. Nie ma już jednak zbyt wiele wspólnego z zacnymi korzeniami – na walne zebrania przychodzi nie więcej niż 2% członków.

Trudno się więc dziwić, że zarządy trwają latami, zupełnie zatracając swój demokratyczny charakter. Wielu właścicieli mieszkań spółdzielczych myśli właściwie jedynie o wyodrębnieniu własności. Kolejne zmiany w prawie coraz bardziej im to ułatwiają. Z drugiej strony spółdzielnie wciąż są wykluczone z programu Mieszkanie dla Młodych, wspierającego jedynie budownictwo deweloperskie.

Zgodnie z danymi REGON w latach 2006–2012 liczba zarejestrowanych spółdzielni różnego typu spadła z 18 200 do 17 153. Upadek sektora najlepiej widać na przykładzie spółdzielni inwalidów i niewidomych. Ta forma prawna, służąca reaktywacji zawodowej osób niepełnosprawnych, w latach 50. i 60. ubiegłego wieku uważana była za wzorcowe w skali świata rozwiązanie. Jeszcze po koniec lat 80. w Polsce istniało ponad 450 takich spółdzielni, zatrudniających ponad 270 tys. osób. W 2008 roku liczba spółdzielni inwalidów spadła do 270, a w 2013 wynosiła już jedynie 180 (zatrudniały one niewiele ponad 13 tys. osób z niepełnosprawnościami).

Ta krytyczna sytuacja bierze się stąd, że władze publiczne, starając się traktować równo różne formy prowadzenia działalności gospodarczej i nie rozpoznając wyjątkowości spółdzielni, de facto je dyskryminują. Nikt nie zastanawia się nad tym, kto da zatrudnienie osobom z poważnymi niepełnosprawności (i ile będzie kosztował brak pracy dla takich osób), gdy upadnie spółdzielnia, w której pracują od kilkudziesięciu lat.

Właściwie jedyną spółdzielczą branżą, której liczebność wzrasta, są spółdzielnie socjalne, silnie wspierane w ramach środków z Europejskiego Funduszu Społecznego, finansowane również z Funduszu Pracy, korzystające m.in. z ułatwień przy zamówieniach publicznych (klauzule społeczne lub możliwość zamówień bez przetargów w spółdzielniach, których wyłącznymi członkami są jednostki samorządu). Jednocześnie przez wielu spółdzielnie socjalne krytykowane są jako sztuczny twór, o bardzo mizernej przeżywalności po ustaniu finansowania, słabej konkurencyjności i tylko rzadko realnej demokracji pracowniczej.

Jak więc wygląda dziś polska spółdzielczość – czy jest w rozkwicie, czy w zaniku? Jakie ma problemy, a jakie jej aspekty pozwalają wciąż w nią wierzyć?

Spółdzielcze zasady – spółdzielcze korzyści

W niedawno przyjętym przez rząd strategicznym dokumencie o nazwie Krajowy Program Rozwoju Ekonomii Społecznej, w którym dość dużo miejsca poświęcone jest spółdzielniom – nie tylko socjalnym – czytamy o zaletach, jakie niesie ze sobą spółdzielcza forma prowadzenia działalności gospodarczej.

Należą do nich m.in. zdolność do tworzenia stabilnych miejsc pracy – również w czasie kryzysu – co potwierdzone zostało badaniami o charakterze europejskim, które objęły również Polskę.

Jednak, co szczególnie interesujące, spółdzielnie odgrywają bardzo ważną rolę w zatrudnianiu grup mających trudności na otwartym rynku pracy.

Udział osób niepełnosprawnych w ogólnej liczbie zatrudnionych w spółdzielniach jest trzykrotnie wyższy niż w całej gospodarce narodowej (11,6% wobec 3,6% – dane z 2010 roku). Wśród osób zatrudnionych w spółdzielniach 59% stanowią kobiety (wobec 45% w całej gospodarce narodowej). Spółdzielnie utrzymują też w długoletnim zatrudnieniu osoby w wieku niemobilnym lub emerytalnym (53% do 36%), a także zatrudniają więcej osób o niższym poziomie wykształcenia. W świetle tych danych korelacja między niskim uspółdzielczeniem polskiej gospodarki a bardzo niskimi na tle Europy wskaźnikami zatrudnienia osób z niepełnosprawnościami, kobiet oraz osób starszych wydaje się więcej niż zrozumiała.

Społeczne (ale również ekonomiczne) korzyści, jakie potencjalnie niesie ze sobą spółdzielczość, wynikają w dużej mierze ze spółdzielczych zasad – siedmiu punktów, którymi powinny kierować się wszystkie spółdzielnie, bez względu na swoją wielkość, branżę, wysokość przychodów. Te siedem zasad (których korzenie tkwią jeszcze w pierwszej nowoczesnej kooperatywie założonej 170 lat temu w Rochdale) to:

– Zasada dobrowolnego i otwartego członkostwa (spółdzielnie są otwarte dla wszystkich, nie dyskryminują ze względu na płeć, status, rasę, religię i przekonania polityczne;

– Zasada demokratycznej kontroli (spółdzielnie kontrolowane są przez członków, a członkowie mają równe prawo głosu niezależne od wniesionego wkładu);

– Zasada ekonomicznego uczestnictwa członków (spółdzielcy zrzucają się wspólnie na majątek spółdzielni i wspólnie go kontrolują. Majątek stanowi własność spółdzielni, a zyski, poza ewentualną dywidendą, przeznaczane są na rozwój spółdzielni, zwrot członkom, finansowanie działalności misyjnej zatwierdzonej przez członków);

– Zasada autonomii i niezależności (spółdzielnie są samorządnymi, samopomocowymi organizacjami, zarządzanymi przez swoich członków. Ewentualne zwiększanie kapitału nigdy nie może wpłynąć negatywnie na spółdzielczą niezależność i demokratyczną kontrolę);

– Zasada samokształcenia i informacji (spółdzielnia dba o kształcenie spółdzielców i osób pełniących funkcje, ma to służyć rozwojowi spółdzielni, ale również członków);

– Zasada współdziałania (spółdzielnie współpracują ze sobą – na poziomie lokalnym, krajowym i międzynarodowym);

– Zasada dbałości o społeczność lokalną (spółdzielnie pracują na rzecz właściwego rozwoju społeczności lokalnych, w których działają, poprzez prowadzenie polityki zaaprobowanej przez członków).

Dlaczego spółdzielnie nas kręcą?

Jak widać, zasady te stoją w rażącej sprzeczności z tym, co podpowiada zdrowy rozsądek drapieżnego wolnego rynku. Aby maksymalizować zyski, należy ograniczać demokratyczną kontrolę, a władzą dzielić się proporcjonalnie do kapitału, minimalizować koszty (również wydatki na szkolenia czy CSR), dążyć raczej do wykluczenia konkurencji, niż dzielić się z nią wiedzą i dobrą wolą. Ta sprzeczność jest jednak coraz bardziej atrakcyjna.

Osoby rozczarowane konkurencją i wyścigiem po maksymalizację osobistych korzyści, zaniepokojone narastającą anonimowością oraz zmniejszaniem się możliwości wpływu na rzeczywistość, szukają nowych rozwiązań. Czasem te rozwiązania mają 170 lat.

– Młodzi ludzie zaczynają rozumieć, że dopóki walczymy ze sobą, konkurując o pracę, za którą nie dostajemy wynagrodzenia lub dostajemy wynagrodzenie bardzo niskie, jesteśmy bezbronni. Aby zmienić rzeczywistość, musimy zacząć współpracować – mówi cytowana w dzienniku „The Guardian” Rhiannon Colvin, 24-letnia absolwentka wyższej uczelni, która po wielu bezpłatnych stażach ostatecznie postanowiła utworzyć własne przedsiębiorstwo – AltGen co-op. Dla Colvin spółdzielczość to nie tylko zabawa czy szansa na jakiekolwiek zatrudnienie, ale również na tworzenie nowej, zrównoważonej i bardziej sprawiedliwej gospodarki.

Wartości inne niż zysk stoją również za polskimi spółdzielniami czy kooperatywami. Młoda krakowska spółdzielnia „Ogniwo” przedstawiła niedawno „10 powodów, dla których kręcą nas spółdzielnie”, z których najważniejsze to:
– spółdzielnie są demokratycznie zarządzaną własnością pracowników;
– spółdzielnie chronią lokalną gospodarkę przed ucieczką kapitału i miejsc pracy;
– spółdzielnie są bardziej odporne na cykliczne kryzysy gospodarki;
– spółdzielczość upodmiotawia, bazuje na solidarności i samopomocy;
– spółdzielczość jest zrównoważonym sposobem gospodarowania, w przeciwieństwie do modelu korporacyjnego nie dąży do wyzysku i wyeksploatowania planety;
– spółdzielczość to ruch ponadnarodowy, spółdzielnie współpracują między sobą.

Od kilku tygodni symbolem rosnącej dojrzałości młodej spółdzielczości jest otwarty w Warszawie sklep prowadzony przez Kooperatywę Spożywczą „Dobrze”. Kooperatywa nie ogranicza się do dostarczania warzyw i innych artykułów spożywczych swoim członkom, wychodzi również do przechodniów. Chce także, poza jedzeniem, oferować przestrzeń do dyskusji i zdobywania wiedzy. Współpracuje z innymi kooperatywami, spółdzielniami i grupami nieformalnymi. Jej misją jest zapewnienie zdrowego i sprawiedliwego społecznie jedzenia w niewygórowanych cenach.

Niewygórowane ceny i odwołanie się do lokalnej społeczności (w przypadku śródmieścia Warszawy – często do osób starszych i ubogich) to próba odpowiedzi na często stawiane nowym polskim kooperatywom zarzuty. Kooperatywy to hipsterska zabawka – możemy usłyszeć – są tak naprawdę wykluczające, nie docierają do tych, którzy ich potrzebują, przyciągając jedynie klasę kreatywną i względnie zamożną młodzież. Niektórzy zarzucają również kooperatywom, że nie angażują się w działania polityczne, skupiając się jedynie na sprawach konsumpcji. Kwestię otwarcia na większą różnorodność członków oraz wzmacnianie satysfakcjonującej obie strony współpracy między mieszkańcami miast-kooperatystami a mieszkańcami wsi-producentami żywności były dość żywiołowo dyskutowane na wspomnianym wyżej kongresie.

Brzydkie słowo „klasa”

Co ciekawe, zarzuty takie nie są nowe – już 100 lat temu, w 1923 roku, Marian Rapacki w swoim tekście Powszechność czy klasowość kooperacji pytał o rolę kooperacji i jej praktyczne stanowisko wobec walki klasowej. „Chodzi o to, czy kooperacja spożywców ma w tej walce pozostać »neutralna«, czy też ma wziąć w niej »czynny udział«. Dodatkowo powstaje kwestia, w czym się ma ten czynny udział wyrazić” – pisał Rapacki. I odpowiadał: „Z jednej strony kooperacja spożywców daje swoim uczestnikom cały szereg natychmiastowych korzyści, wyrażających się w obniżaniu ceny rynkowej towaru, dobrym jego gatunku, sumiennej wadze i mierze, oszczędnościach przy zakupach itp. – z drugiej, rozwijając się i potężniejąc, usuwa stopniowo przedsiębiorstwa kapitalistyczne, stawiając na ich miejsce przedsiębiorstwa zbiorowe, społeczne. Bez względu na to, jak się będziemy zapatrywali na końcowy wynik tego procesu – jest to w każdym razie usuwanie ustroju kapitalistycznego, tworzenie komórek nowego bezklasowego ustroju”.

Wydaje się, że obecnie przynajmniej część polskich kooperatyw niechętnie podpisałaby się pod słowami Rapackiego. Choć ruch kooperatyw spożywczych odnowił się w naszym kraju w środowiskach wolnościowych, lewicowych (Warszawska Kooperatywa Spożywcza długo funkcjonowała w skłocie Syrena, kooperatywy warszawska, łódzka i gdańska organizowały się w środowiskach Młodych Socjalistów), to przynajmniej część ruchu napędzana jest przez osoby unikające jak ognia terminów takich, jak „klasa społeczna” (nie mówiąc już o „walce klas”) i jako główny cel stawiające po prostu organizację tańszych, zbiorowych zakupów. Dopóki takie „apolityczne” kooperatywy kierowane są w sposób demokratyczny, nie sposób odmówić im realizacji celów społecznych. Gorzej, gdy demokratyczna kontrola zaczyna szwankować (co również się zdarza) i kooperatywa przekształca się powoli w zwykłą grupę zakupową, a spółdzielnia – w zwykły zakład pracy. (więcej o kooperatywach aktywistów i kooperatywach nastawionych na konsumpcję w tekście Dominiki Potkańskiej i Aleksandry Bilewicz w „Trzecim Sektorze”).

Pomoc wzajemna ważniejsza od rynkowej gry

Bartłomiej Błesznowski, badacz historii spółdzielczości, twórca opublikowanej niedawno antologii klasycznych tekstów spółdzielczych i członek nieformalnej grupy Laboratorium Kooperacji, kilka miesięcy temu na jednym ze spotkań Laboratorium powiedział: „Tradycyjny kooperatyzm spożywców (konsumentów) to nie tylko tańsze (bo grupowe i z wyeliminowaniem pośrednika) zakupy. Kooperatyzm towarzyszył rozwojowi inteligencji rozumianej jako grupa ludzi, która swoimi ideami chciała zmienić świat”.

Zmiana ta to również zmiana patrzenia na to, co jest podstawą funkcjonowania w sytuacji społeczno-gospodarczej. Pomoc wzajemna zamiast wolnorynkowej gry zysku kosztem innych – to zdaniem Błesznowskiego najważniejsze przesłanie tradycyjnej spółdzielczości, które możemy wykorzystać również dzisiaj.

Dzisiaj zapewne trudno jeszcze przewidzieć, czy kiełkujące spółdzielcze idee to początek takiej wielkiej społecznej zmiany czy tylko chwilowa fascynacja starymi ideami w nowych dekoracjach.

Bilewicz i Potkańska piszą w swoim tekście: „U źródeł zaangażowania w kooperatywę leży (…) coś więcej niż postulaty polityczno-gospodarcze. Wstąpienie do niej wiąże się z potrzebą wspólnotowości, która może mieć wymiar zarówno polityczny, jak i codzienny, międzyludzki, towarzyski. Członkowie kooperatywy zwracają uwagę na brak obszaru wspólnych przedsięwzięć”. Moim zdaniem tak rozumiana wspólnotowość również w wymiarze codziennym jest polityczna. Jak pisał Romuald Mielczarski, „Kooperacja jest organizującą się gospodarczo demokracją”. Nawet jeśli jest na razie tylko zabawką aktywistów, za jakiś czas może odmienić nasze życia.

Czytaj także:

Michał Augustyn, Postwzrost, czyli zwolnijmy

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.