Kraj

Morska: Niektórzy z nas boją się niektórych z was (2)

Światowi specjaliści od homofobii, eksperci od nienawiści, doradzają, jak pozbyć się homoseksualistów.

Poprawiony list Episkopatu informuje, że „nie jest niczym niewłaściwym prowadzenie badań nad wpływem kultury na płeć”. Ocalone więc zostały gender studies i konwencja Rady Europy przeciwko przemocy wobec kobiet. Oznacza to ze strony autorów listu gotowość do ustępstw. Usunięto bowiem ostrzeżenia, że projekt tzw. ustawy równościowej ograniczyć może w przyszłości „wolność słowa i możliwość wyrażania poglądów religijnych”, bo ktokolwiek „ośmieli się skrytykować propagandę homoseksualną, będzie narażony na konsekwencje karne”. A cenzura taka stanowić będzie „zagrożenie dla funkcjonowania mediów katolickich”. Oczywiście. Czym innym mogą przyciągać media katolickie słuchaczy, jak nie tematem ekscesów z zakazanej krainy pięciu płci?

Zniknęło przypisywanie edukatorom promocji „masturbacji dzieci w wieku szkolnym” (ot, jednego z biskupów poniosła wyobraźnia). Skreślono wyjątkowo uwłaczające stwierdzenie, że geje i lesbijki pogardzają osobami niepełnosprawnymi. Był to cios rykoszetem w Paradę Równości, skupiającą w ekumenicznym duchu wszelkie osoby dyskryminowane, w tym starsze i niepełnosprawne – na przykład „wózkowiczki” z tęczowymi chorągiewkami. Episkopat wojujący nie pomyśli, że wiele z nas należy do obu tych grup.

Do nowej wersji wtrącono deklarację: „Kościół w żaden sposób nie zgadza się na poniżanie osób o skłonnościach homoseksualnych”. Może chce zachować na nie monopol? Bo czym się właściwie to niezgadzanie przejawia? Mogłoby się przejawić dobrze słyszalnym i często powtarzanym potępieniem podpalenia tęczy podczas marszu w Narodowe Święto Niepodległości – ale się nie przejawiło. Z kontaktu z telewizorem za czasów komunizmu pamiętam, że stwierdzenia bez pokrycia sygnalizują obecność ideologii.

Zaraz po tym następuje w liście surowe, katechetyczne napomnienie na temat „nieuporządkowanej aktywności”. Z wcześniejszej wersji pochodzą przykłady owej aktywności: „pedofilia, gwałty, przemoc seksualna”. List podkreśla, że „nie można społecznie zrównywać małżeństwa będącego wspólnotą mężczyzny i kobiety ze związkiem homoseksualnym”. Apeluje „do instytucji odpowiadających za polską edukację, aby nie ulegały naciskom nielicznych, choć bardzo głośnych środowisk”. Obie wersje listu są dostępne katechetom. Od tych ostatnich będzie zależało, którą zechcą wdrażać przez następny rok, już po cichu, bez niczyjego bicia na alarm.

Pytanie retoryczne: kto by chciał zrównać małżeństwo jako dar od Boga – „ponieważ «sam Bóg jest twórcą małżeństwa» (GS 48)”— ze spiskiem ludzi cierpiących na dysfunkcję psychiczną i społeczną (osobników o „niepewnej tożsamości płciowej”, niezdolnych „odkryć i wypełnić” małżeńsko-rodzinnych i społeczno-zawodowych zadań), planujących zawłaszczenie przestrzeni społecznej po to, żeby knuć pedofilię, gwałty i przemoc seksualną?

Pytanie nieretoryczne: skąd się bierze kryminalizacja i medykalizacja kościelnego dyskursu o homoseksualności w Polsce?

Ktoś może powiedzieć, że tak było zawsze. Może i było, ale niewerbalnie. Słowa natomiast i – co najważniejsze – statystyki, pochodzą od amerykańskich ekspertów.

Paul Cameron i Richard A. Cohen, najlepiej znani w Polsce, mogliby na równi przypisać sobie odpowiedzialność. Obaj są eksgejami. Obaj przeżyli swoje pierwsze miłości oraz towarzyszący im kryzys tożsamości mniej więcej w czasach Harveya Milka. Jednak Milk poszedł w jedną stronę, a oni poszli w drugą. Zapewnili sobie tym przetrwanie, wyszli „na prostą”. Polska zapewnia im właściwy klimat, żeby na nowo przeżywać młodość. Tu mogą się upewniać, że dokonali właściwych wyborów. Współczesna Ameryka jest im tak obca, jak ziemia bez bagien musiała się nagle wydać dinozaurom.

Obaj zostali zdyskredytowani. Cameron już w 1983 roku został usunięty z Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego. Jego badania nie zyskały wsparcia ze strony żadnej amerykańskiej profesjonalnej organizacji. W 1996 odcięło się od niego Kanadyjskie Towarzystwo Psychologiczne. W 2009 roku można było sądzić, że po tym, jak Uniwersytet Stefana Wyszyńskiego odwołał jego wykłady, Cameron więcej się w Polsce nie pokaże. A jednak stało się wprost przeciwnie, bo Cameron nieustannie do Polski wraca – na przykład po to, żeby obruszać się na swoich krytyków albo przechwalać się, jak pracował dla rządu kanadyjskiego. O seksie opowiada tak, jakby streszczał lekcję, ale pornografii. On najwyraźniej nie wie, że między ludźmi tworzy się więź, oddanie i miłość. Oszczędził jednak „Frondzie” informacji, że jego zdaniem seks homoseksualny sprawia więcej przyjemności, którą wyjawił bodaj w 1999 roku dla magazynu „Rolling Stone”. W Ameryce, jeśli ktoś o nim pamięta, jest uważany za archaicznego wariata. Ma pretensje do Obamy – nic dziwnego, początek prezydentury Obamy to zarazem początek końca ekspertów od homofobii na amerykańskim gruncie.

W październiku 2013 znów był w Polsce z wykładami. Można go było wysłuchać w kościele w Rzeszowie, w Domu Technika w Warszawie i na uniwersytecie w Białymstoku. Podczas tych wizyt promuje pakiet: homo to choroba psychiczna, zachowania patologiczne, kryminogenne, sprawdzona statystycznie krótkość życia. Popiera ustawowy zakaz homoseksualizmu i leczenie (to dopiero pomysł, przy naszym systemie opieki medycznej w stanie nieustającego kryzysu). Gdyby w Polsce przeszła ustawa zakazująca „promocji homoseksualizmu”, mógłby ją sobie powiesić na ścianie jak trofeum, podobnie jak inny ekspert, Scott Lively, uznał ustawę rosyjską za swój „największy sukces”.

Drugim dobrze osadzonym na polskim gruncie ekspertem jest Richard A. Cohen, psychoterapeuta bez zawodowej licencji. Wyleczycie się u niego z homoseksualizmu, płacąc dotację na rzecz International Healing Foundation, stworzonej w tym właśnie celu. Cohen „obala mit, że niektórzy ludzie po prostu rodzą się homoseksualistami”. Jako ofiara molestowania – w zasadzie kazirodztwa – pokazuje, że „uzdrowienie jest możliwe”. Widać, że Cohen nie ma w sobie socjopatycznego zacięcia. Razi go agresywne, uwłaczające słownictwo. Pragnie trafiać do ludzi przez miłość. Używa słowa filozofia, nie ideologia. Porównuje drogę, jaką przechodzą eksgeje, do drogi, jaką przeszli Polacy, wyzwalając się z komunizmu. Odwołuje się do lokalnej symboliki, żeby nawiązać kontakt ze słuchaczem.

Obaj, Cameron i Cohen, wierzą, że przyjdzie taki czas, gdy homoseksualizm na nowo wpisany zostanie na listę chorób. Został bowiem z niej wykreślony w 1973 roku na skutek pomyłki.
Obaj to skreślenie kwestionują.
Przyjazdy do Polski zdają się uskrzydlać i ich, i gospodarzy.

Amerykańscy ultrakonserwatywni eksperci z dumą autoryzują sprawnie zaplanowane i realizowane akcje w wybranych krajach na świecie, dzięki którym udaje się albo wprowadzić prawo zakazujące „propagandy homoseksualnej”, albo widocznie podwyższyć poziom homofobii. Tracąc pole do popisu we własnym kraju, korzystają z przetestowanych wcześniej metod w Europie Wschodniej.

Scott Lively, ewangeliczny pastor, zaczął swą działalność w Oregonie, gdzie na początku la 90., aktywnie promując prawo zabraniające „promocji homoseksualności”, zantagonizował mieszkańców. Używał w tym celu słów-kluczy: „zło, choroba, pedofilia”. Prawo nie przeszło, ale doszło do aktów przemocy przeciwko społeczności LGBT. Następnie, jako dyrektor American Family Association w Kalifornii, zaprojektował i monitorował kampanię, która miała na celu „powstrzymanie homoseksualizacji państwowych szkół”. Na skutek działań AFA przez kilka lat w Kalifornii wszelkie skojarzenie „homo plus dzieci” zaczęło się równać „pedofilia”. I nie sposób było powołać się na argument, że w rodzinach LGBT już wychowują się dzieci.

Mieszkając w Sacramento, Lively poznał rosyjskich emigrantów, z którymi stworzył grupę Watchmen on the Walls, sieć aktywistów, którzy poprzysięgli wyzwolić Królestwo Chrystusa z homoseksualnego oblężenia. Lively chętnie posługuje się słownictwem militarnym. W 2007 roku w Rydze mówił o „wojnie między chrześcijanami a homoseksualistami” i nazwał prawa gejów „najbardziej niebezpiecznym ruchem politycznym na świecie”. Innymi słowy, dżender. 

W 2002 roku trafił do Ugandy, a już w 2004 dostrzec można było zmiany w nastawieniu Ugandyjczyków do społeczności LGBT. W marcu 2009 wygłosił w Kampali mowę, której wysłuchali przywódcy religijni i państwowi, przedstawiciele wojska i policji. Miesiąc później ugandyjski parlament przegłosował karę dożywocia, z możliwością zamiany na karę śmierci, za homoseksualizm. Zarówno na Łotwie, jak i w Ugandzie Lively wzbudzał grozę, posługując się skutecznie własną książką, The Pink Swastika, w której przekonuje, że geje są odpowiedzialni za Holokaust. Nie pozwalał też Ugandyjczykom zapomnieć, że osoby LGBT są zagrożeniem dla dzieci (słowa-klucze: pedofilia, predatorzy i nieuporządkowanie). Jak pokazuje film dokumentalny Missionaries of Hate, podsycał dumę narodową, wskazując na trzech „wrogów”: Szwecję, ONZ i Baracka Obamę. Od sierpnia 2013 toczy się przeciwko niemu sprawa w Sądzie Federalnym USA, założona w marcu 2012 przez aktywistów z organizacji Sexual Minorities Uganda (SMUG). Jest to precedens, bo Lively został oskarżony o zachęcanie do przemocy poza obszarem USA.

Southern Poverty Law Center podaje, że Lively podróżował też do Polski, Estonii, Ukrainy. Jeśli tak, to ciekawe, bo na temat jego obecności w Polsce nie znalazłam żadnych materiałów. W Mołdawii przekonywał słuchaczy, że homoseksualizm jest dziełem agentów milionera George Sorosa.

Skuteczność Scotta Lively’ego polega na tym, że wykorzystuje on elementy kultury danego regionu. Jeśli w danym kraju Kościół jest silny, to właśnie on staje się jego tubą. Wystarczy kilku charyzmatycznych, chętnych odegrać swoją życiową rolę kaznodziejów.

Lively dużo czasu spędza obecnie w Moskwie na przygotowaniach do VIII Światowego Kongresu Rodzin. Prywatnie uważa, że homoseksualizm to rodzaj zaraźliwego obłędu. Dzieci trzeba więc chronić nie tylko przed zagrożeniem pedofilią, ale też dlatego, że homoseksualizm się przenosi – nie tylko między partnerami, ale między rodzicami i dziećmi.

W maju tego roku znalazłam się w Estonii na konferencji na zupełnie inny temat – Taniec i niepełnosprawność. Pamiętam nocną wycieczkę z tancerzami do jedynego gejowskiego klubu w Tallinie, który jednak okazał się zamknięty na głucho. Dowiedzieliśmy się wtedy, że estońska społeczność LGBT jest niewielka i ukryta. W republikach bałtyckich marsz równości odbywa się na przemian, raz w Tallinie, raz w Rydze, raz w Wilnie. Zawsze jest problem z uzyskaniem zezwoleń, zawsze jest nieprzyjemnie, niebezpiecznie. „Dużo jest mowy o tym, jak niebezpieczna jest ideologia gender,” usłyszałam. Przyjęłam to stwierdzenie do wiadomości, ale bez przekonania. Tallin to małe miasto z jednym uniwersytetem. Gdzie tu niebezpieczeństwo? Po lekturze listu pasterskiego to wyjaśnienie nagle zaczyna pasować.

Światowi specjaliści od homofobii, eksperci od nienawiści, zajmują się doradzaniem, jak pozbyć się homoseksualistów. Jak dementorzy z Harry’ego Pottera, jak ponure cienie z opowieści o wampirach, przenoszą się z miejsca na miejsce, zostawiając za sobą smugę krwi. Chodzi o satysfakcję, pieniądze, a także możliwość zagrania na nosie Barackowi Obamie. Jadą tam, gdzie robi się gorąco. Na wiosnę tego roku starali się przeciwdziałać wprowadzeniu homomałżeństw we Francji. Nie wyszło? Spotkali się więc w czerwcu w Moskwie. Nie wchodzą sobie nawzajem w drogę. Rozdzielają między sobą kraje, chyba że chodzi o obszerną Rosję.

Jest to forma nowoczesnej kolonizacji, sposób wyżycia się oraz misja – eksperci starają się utrzymać w karbach zaraźliwą chorobę.

Proponują swoje usługi rządom lub Kościołom. Spotykają się na konferencjach i omawiają osiągnięcia. Porównują skuteczność metod, efektywność technik.

W Moskwie spotkali się kilka dni po zatwierdzeniu prawa zabraniającego „promocji homoseksualizmu”. Wizycie towarzyszyły spotkania z komisją do spraw rodziny, kobiet i dzieci, przemówienie w Dumie i udział w dyskusji przy okrągłym stole. Dostali zadanie na lato: wdrożenie tego prawa w życie. Rok wcześniej pomogli stworzyć wszechrosyjską koalicję „wartości rodzinnych”. Koalicja ta ma szerokie plany – chce wpływać na politykę rodziną w Rosji i w ONZ. 

Porównawcza lektura misji koalicji oraz listu Episkopatu w jego wcześniejszej, nieobrobionej wersji wywołuje efekt echolalii, tyle jest między nimi podobieństw. Oto na przykład w punkcie 3 misji FamilyPolicy.Ru czytamy: „Rodzina jest kluczem do rozwiązania wszystkich najważniejszych problemów ludzkości. […]  Statystyki przekonująco wskazują, że każde zakłócenie naturalnego cyklu życia w rodzinie (konkubinaty, rodziny niepełne, związki jednopłciowe, itd.) negatywnie wpływa na dzieci i rodziców […]”. A trochę niżej: „[…] naturalne wartości rodzinne są poddane zmasowanemu atakowi ze strony mediów, telewizji, internetu, a nawet pewnych naukowców i prawodawców z Dumy. Seksualne perwersje, promiskuityzm, egoizm, hedonizm i samolubstwo są dziś mocno promowane pod przykrywką «praw człowieka»”.

Czy inspirację do napisania grudniowego listu pasterskiego dało listopadowe spotkanie z przedstawicielami rosyjskiej Cerkwi, na którym stwierdzono konieczność współpracy Kościołów  polskiego i rosyjskiego? Na spotkaniu rozmawiano o tym, że chrześcijaństwo jest w Europie zagrożone.

Czy stąd pochodzą negatywni bohaterowie listu pasterskiego, zwolennicy genderyzm – maniakalnie upierający się, że płeć nie ma żadnego znaczenia? Metaforyka listu, która Agacie Bielik-Robson skojarzyła się z Jurassic Park i Kafką, nie musi być dowodem archaiczności, ale właśnie nowoczesności. Jest trochę przekalkulowanym, ale jednak świadomym działaniem. 

W mowie z grudnia 2013, wygłoszonej w rosyjskiej Dumie, Władimir Putin też odrzucił „bezpłciową tolerancję”, czyli tę – jak możemy zgadnąć po lekturze listu pasterskiego – odnoszącą się do ludzi, dla których płeć nie ma żadnego znaczenia. Taka tolerancja miałaby się bowiem sprowadzać do niedemokratycznych roszczeń egzekwowanych na bazie „abstrakcyjnych idei, wbrew woli większości”. Stwierdził, że „całkowite zniszczenie tradycyjnych wartości” prowadzi do „negatywnych konsekwencji dla społeczeństw”. Potępił rozkład moralny, zniszczenie społeczeństwa, rozluźnienie norm pod wpływem „zachodniej ideologii”, która daje na pozór progres, a tak naprawdę regres „do chaotycznej ciemności”. Jądro ciemności. Dżender szmender.

Współcześni dementorzy wykorzystają etniczne waśnie i uprzedzenia. Zagrają na lokalnym poczuciu niższości bądź poczuciu narodowej dumy. W 2007 IV Światowy Kongres Rodzin odbył się w Warszawie. Na stronie kongresu, w rubryce „Dlaczego Warszawa?”, napisano: „Polska ocaliła Europę wcześniej. Być może ocali ją znowu”. Na plakacie VI konferencji w Madrycie pojawia się zapowiedź bloku tematycznego „Homoseksualne lobby”. Tu można sobie przypomnieć, jak pomiędzy 2011 a 2012 sformułowanie „promocja homoseksualizmu” nie znikało praktycznie z wypowiedzi „polityków”, aż pojawiły się na Facebooku żarty, że w Leclercu sprzedają właśnie „dwa homoseksualizmy w cenie jednego”. Być może słowo „promocja” bardziej pasowało do skomercjalizowanej Polski niż agresywna „propaganda”, której to zakaz w Rosji jest „największym osiągnięciem” Scotta Lively’ego. Na VIII Kongres w październiku 2014 w Moskwie przybędą przedstawiciele takich organizacji jak Concerned Women For America, National Organization for Marriage oraz International Healing Foundation (tak, Richard Cohen ponownie). Jeśli w Polsce „genderyzm” nadal będzie groził zakażeniem, to wspólnie zapewne sprokurują jakieś lekarstwo, w sam raz na Święto Niepodległości.

Pod koniec czerwca, kiedy do Moskwy zawitał Brian Brown, prezydent National Organization for Marriage, przypadkiem znalazłam się tam i ja, na stypendium naukowym w małym ośrodku badawczym pod Moskwą. Pełna kultura i przyjemność, aż do przeczytania na portalu Huffington Post o maltretowaniu młodych Rosjan przez rosyjskich neofaszystów. Kluczowe było hasło „seks z młodą osobą”. Chodziło o to, żeby te młode osoby ocalić, oszczędzić. W praktyce polowano na licealistów. Nie zdawałam sobie sprawy, że to ledwo wierzchołek góry lodowej, bo zdjęć jest dużo, a prześladowcy zamieszczają je chętnie. Pewni własnej bezkarności, nie boją się odsłonić twarzy. Radośnie pozują do kamery. Ich ofiary będą radzić sobie ze skutkami tej traumy przez resztę życia.  

Co za kosmos, stwierdziłam. Wokół nas szczuje się ludzi, a my robimy badania. Zgadnijcie, co powiedzieli moi rosyjscy koledzy, gdy posłałam im link do artykułu o tych porwaniach i torturach. Nic. Nie powiedzieli nic.

Tak, tak. Polska to nie Rosja, Polacy to nie Rosjanie. Ale może niemal podświadome skojarzenie „Rosja – dzicz” jest tylko kulturowo ugruntowanym uprzedzeniem.

Pewnie, że Polacy to nie Rosjanie. Rosjanie są serdeczni, empatyczni, żywiołowi. Często miałam wrażenie, że z głębi duszy obejmują mnie serdecznym uściskiem. Ich kultura ma odcień ciepła, a zarazem wielkoświatowości. Moskwa jest piękna i stateczna, imponująco odnowiona, bez obszarów zapuszczenia i biedy. Spacerując tam, dostrzega się echa innych europejskich stolic: stateczne ulice przywołują Londyn, fontanny są rzymskie, a Kitaj Gorod do złudzenia przypomina berliński Kreuzberg. Nie ma w Rosjanach tego klaustrofobicznego zacięcia, które czasem charakteryzuje Polaków. Jest poczucie, że jak nas coś naprawdę wkurzy, to można rzucić to „w diabły” i przed siebie pójść. Przestrzeni jest zawsze pod dostatkiem. Jak zatem się stało, że ci serdeczni i kulturalni ludzie dali sobie wmówić, że jakiś procent ich obywateli jest do eliminacji? A ostrożni, co nie znaczy nieaktywni, członkowie moskiewskiej społeczności LGBT – jak to się stało, że się nie wybronili?

Dementorzy różnią się osobowością i metodami. Cameron i Cohen nie przejawiają fiksacji na punkcie pedofilii. Scott Lively jedzie jak czołg: homoseksualizm to zagrożenie. Starsi uwodziciele, młode ofiary. Pederastia i pedofilia, pedofilia i pederastia. To skutkiem jego działalności w Rosji te dwa słowa zlały się jedno.

Sporo już napisano o tym, jak sprawnie w listopadzie 2013 arcybiskupowi Michalikowi udało się przenieść uwagę publiczną z faktycznej pedofilii księży na rzekome wykroczenia genderystów. Podkreślano też, jak szybko media tę zmianę punktu widzenia podchwyciły. Otóż w każdym kraju, do którego przyjeżdżają dementorzy, media chętnie dopingują takie przeniesienia. Sytuacja odwrotna jeszcze się nie zdarzyła.

Bardziej długofalowy projekt można zacząć od tego, że w lokalnej gazecie ukazuje się wywiad z dziewiętnastoletnim gejem, który – zapewne ucieszony, że pani z gazety chce z nim zrobić wywiad – wśród wielu innych stwierdzeń rzuci: „Wolę nie przebywać w środowisku osób homoseksualnych. Często jedyne, o czym myślą, to seks z młodą osobą”. Wystarczy, że redakcja zrobi z tej wypowiedzi lead oraz tytuł i tak zamieści. Na Wigilię, cztery dni po liście Episkopatu z jego wezwaniem do boju.

Nie wiadomo, kto był odpowiedzialny za ten tytuł, bo wszyscy z zaangażowaniem stwierdzają (wyprzedzając pytanie, które w ogóle nie padło), że nie pochodził od nich. No to od kogo? Kuria pomogła zredagować? Artykulik ten w zamiarze miał wzbudzić oburzenie wyuzdaniem osób homoseksualnych, które tylko seks z młodymi osobami mają w głowie. Załóżmy, że do świąt wielkanocnych ukazuje się trzydzieści takich artykulików w małych, lokalnych gazetach. A do Bożego Ciała pięćdziesiąt. A latem na tę prowincję wkroczą Strażnicy Narodowi ONR. Poćwiczyć sobie na gejach przed nadejściem muzułmanów.

Rok temu, gdy wiadomo już było, że złożone zostały trzy projekty ustaw partnerskich, Episkopat mógł tak się przestraszyć inwazji, że poprosił o dodatkowe wsparcie. Dotychczasowi eksperci, Cameron i Cohen, okazali się zbyt nieporadni, bo ewidentnie nie udało im się homoseksualizmu z Polski wyeliminować. Może więc poradzi sobie Scott Lively? W 2007 roku wygłosił pięćdziesiąt wykładów w Rosji, jeżdżąc z miasta do miasta. Nieważne, że nie na uniwersytetach. Byle skutecznie. Czy tak było naprawdę, nie wiem, to tylko hipoteza. Dowody, na których się znam, są stylistyczne, językowe, tekstowe.

Styl Scotta Lively’ego jest nie do podrobienia. Kościół zdecydowany, by pozbyć się wroga, wiele mu ułatwia. Jeśli są też media, to tym lepiej. Kluczowe jest jednak wytypowanie charyzmatycznej i zwariowanej osobowości, a w Polsce jest ich kilka. Na pewno poseł Pięta: „Degeneraci, dewianci, zboczeńcy i pedofile chcą zniszczyć religię, rodzinę i podważyć prawo naturalne. Nie uda się!”. Jest też Krystyna Pawłowicz, profesor, która nie wstydzi się przemawiać jak kucharka z więzienia na Dzielnej z okolic 1903. W Ugandzie sprawę załatwił jeden niezmożny, lokalny ksiądz, odpowiednik księdza Oko. I już słyszę, że Polska to nie Uganda.

Do 2002 roku Uganda była najbardziej postępowym krajem Afryki. Najwcześniej rozpoznano tam AIDS i najszybciej wprowadzono racjonalną profilaktykę. Dzięki temu Uganda stała się wzorem dla innych państw afrykańskich. Miała najlepsze efekty w zapobieganiu, a zatem i najniższe statystyki zakażeń. Tak było do czasu, aż za prezydentury G.W. Busha zjawili się tam ewangeliccy pastorzy i wydali wojnę prezerwatywom (AIDS w Afryce to choroba heteroseksualna, a najbardziej drastycznym problemem są miliony sierot, które mają tylko dwa sposoby na przeżycie: prostytucja albo armia. W ten sposób dalej rozprzestrzeniają chorobę). Pomiędzy 2002 a 2004 zaczęło się coś zmieniać: naród przejrzał na oczy i zobaczył, że ma osoby LGBT. Prezerwatywy stały się złe, homoseksualiści też. Ale dopiero w 2009 nastąpił punkt krytyczny. Aby tak się stało, wystarczyło powtarzać „pederastia – pedofilia, pedofilia – pederastia”, albo wykrzykiwać, że „homoseksualizm jest zły!” Reszta, czyli na przykład puszczanie ludziom na wsiach filmów pornograficznych (z akcją homo, rzecz jasna, nie hetero), to tylko poszerzenie społecznej akcji mającej na celu uchronienie dzieci przed uwiedzeniem.

Tymczasem Polska nie może nawet się pochwalić, że do 2004 roku była najbardziej postępowym krajem Europy.

Polskie statystyki (niewątpliwy dowód sukcesu pary z nieprawdziwego zdarzenia, Camerona i Cohena) wskazują, że 39% respondentów uznaje homoseksualizm za chorobę. Ponad 1/3 życzyłaby sobie ustawy zakazującej homoseksualizmu. Statystyki dotyczące adopcji dzieci przez osoby homoseksualne (70% przeciw, 17% za) są zbliżone do estońskich.

Gdybym dziś spróbowała opowiedzieć znajomej Szkotce lub Szwedowi o stylistyce listu pasterskiego Episkopatu, mój rozmówca szybko zacząłby błądzić wzrokiem po suficie – w zdumieniu lub popłochu. To trochę tak, jakby będąc dzieckiem, zaryzykować opowieść, że rodzice każą nam jeść obiad z kociej miski, bez sztućców, prosto z podłogi, podczas gdy nasi koledzy prezentują nam gadżety typu telefon czy rower. Ale już Łotyszka czy Estończyk zrozumie, co to jest „wojna z gender”. Przytaknie i powie: Kościół. Parlament. Zrozumiemy się w kilka słów.

Polska różni się od Rosji, Estonii i Ugandy tylko jednym (w ramach tej opowieści): tym mianowicie, że liczba ujawnionych osób LGBT, czy to wśród dobrze znanych postaci z życia publicznego, czy aktywistów, czy zwykłych ludzi, jest w Polsce stosunkowo wysoka. W ten sposób odpada ekspertom jedna skuteczna metoda – szantaż. Ale co z tego? O tym może innym razem.

Czytaj część I: Niektórzy z nas boją się niektórych z was

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.