Kraj

Gdula: Ostatnia linia obrony

To związki zawodowe są ostatnią linią obrony w walce o dostęp do usług publicznych. Nie odpuszczajmy tej walki.

Po opublikowaniu w zeszłym tygodniu wyników badań CBOS dotyczących związków zawodowych w Polsce pytanie Dlaczego jest tak beznadziejnie, skoro jest tak źle? nasuwało się samo. Dlaczego skoro mamy niskie pensje, niezadowalające warunki pracy, napięte relacje z pracodawcami i zagrożeni jesteśmy bezrobociem, przynależność do związków zawodowych deklaruje tylko 5% badanych?

Wygodnej odpowiedzi można poszukiwać, wskazując na rolę antyzwiązkowej propagandy. Rzeczywiście, trudno nie zauważyć, że związki nie należą do pieszczoszków mainstreamu. Zazwyczaj przedstawiane są jako źródło problemów, konfliktów i przeszkoda dla modernizacji. A liderzy związkowi to oczywiście zarabiający krocie sprytni naciągacze i/albo karierowicze. Istnienie medialnego obrazu nie kształtuje jednak automatycznie świadomości. Gdyby tak było, to ani Aleksander Kwaśniewski (w 1995), ani Jarosław Kaczyński (w 2005) nie mogliby wygrać wyborów. Kreowanie związków na wrogów publicznych raczej im nie przeszkadza, skoro prawie połowa badanych ocenia pozytywnie ich działalność.

Chodzić musi więc o coś innego. Może działalność związkowa podlega systematycznej represji ze strony pracodawców? Na pewno nie witają oni związków w swoich firmach z otwartymi rękami, a przypadki wyrzucania z pracy ludzi, którzy chcieli prowadzić działalność związkową, nie należały do rzadkości. W dodatku struktura polskiej gospodarki z dominującym średnim i małym biznesem nie sprzyja samoorganizacji – raz ze względu na krótką ławkę chętnych do działania, a dwa ze względu na dominujące osobiste relacje w miejscu pracy.

Wszystkie te przeszkody byłyby jednak tylko małymi płotkami, gdyby pracownicy przekonani byli, że działanie w związkach to kluczowa dla nich sprawa. A nie wierzą w to. Aż 57% ludzi ocenia, że organizacje reprezentujące pracowników są nieskuteczne. Odwrotnego zdania jest tylko 28% pytanych. Mała wiara w efektywność związków w pierwszym rzędzie oznacza, że ludzie realnie oceniają siłę związków w świecie, w jakim żyją. Nie może to dziwić, skoro niemal jedna trzecia pracowników świadczy pracę na zasadach elastycznych. Ich powiązanie z miejscem pracy jest dość wątłe, a oni sami znajdują się stale na pozycji kogoś, kto może przede wszystkim prosić, a nie stawiać wymagania.

Poza tym nasza współczesna historia zna spektakularne i cieszące się ogromnym poparciem społecznym akcje związków zawodowych, które nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Tak było na przykład z „Białym Miasteczkiem” albo ostatnio z protestami „Solidarności” w sprawie podwyższania wieku emerytalnego. Mimo protestów rządy robiły swoje, a energia zainwestowana w sprzeciw szła na zmarnowanie. W ten sposób powstaje wrażenie, że nie ma sensu się angażować, bo politycy i tak zrobią, co sobie założyli.

Powiedzmy też sobie szczerze, że w przypadku wielu pracowników tracenie czasu na działalność związkową po prostu się nie opłaca. Weźmy choćby pracowników hybrydowych łączących etat z elastycznością, jak robią to choćby naukowcy czy lekarze. Mogą oni angażować się w protesty na rzecz podwyżek, ale to pieniądze palcem na wodzie pisane. Lepiej iść na imprezę i poznać kogoś, kto da zlecenie pięć razy większe niż suma podwyżki. Orientacja „na siebie” to w warunkach elastyczności bardziej realistyczna i pewna strategia.

To wszystko nie oznacza jednak, że czas związków zawodowych się skończył. Przeciwnie, chyba nigdy tak wiele nie zależało właśnie od nich. Związki zawodowe, zwłaszcza te zrzeszające klasę średnią – pielęgniarki, nauczycielki, policjantów itd. – stanowią ostatnia linię obrony, gdy idzie o dostęp i jakość usług publicznych. Z jednej strony łakomie zerkają na nie wszyscy ci, którzy na zdrowiu i edukacji chcą zarobić. Z drugiej rząd najchętniej pozbyłby się wszelkich zobowiązań wobec obywateli. Prywatne polisy zdrowotne i kredyty edukacyjne pozwoliłyby przecież ostatecznie rozwiązać problem deficytu budżetowego.

Wobec tych zagrożeń wszystkie nasze indywidualne kalkulacje i zastrzeżenia okazują się niebezpiecznie krótkowzroczne. Na szczęście 61% badanych uważa, że związki mają zbyt mały wpływ na rzeczywistość w Polsce. Jest dla nas jeszcze jakaś nadzieja.

Bio

Maciej Gdula

| dr hab. nauk społecznych, publicysta Krytyki Politycznej
Socjolog, doktor habilitowany nauk społecznych, pracownik Instytutu Socjologii UW. Zajmuje się teorią społeczną i klasami społecznymi. Auto szeroko komentowanego badania „Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta”. Opublikował m.in.: "Style życia i porządek klasowy w Polsce" (2012, wspólnie z P. Sadurą), "Oprogramowanie rzeczywistości społecznej" (2014, wspólnie z L.M. Nijakowskim) i "Uspołecznienie i kompozycja. Dwie tradycje myśli społecznej a współczesne teorie krytyczne" (2015), „Nowy autorytaryzm” (2018).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.