Kraj

Łętowska: Cała prawda o polskim uboju rytualnym

W sprawie uboju rytualnego brzydka biznesowa gęba założyła maskę troski o prawa wyznaniowej mniejszości.

Cezary Michalski: Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego producenci mięsa protestują. Jak wygląda historia polskich regulacji dotyczących uboju zwierząt?

Ewa Łętowska: Regulacja tej sprawy wymaga uzgodnienia ze sobą trzech kwestii: po pierwsze, muszą być zrealizowane założenia humanitarnego obchodzenia się ze zwierzętami wynikające także z prawa europejskiego. Jednocześnie jednak musi to być zrobione przy poszanowaniu prawa gmin religijnych. Wreszcie cały zespół regulacji musi być spójny na gruncie obowiązującego prawa krajowego. Jeśli chodzi o Unię Europejską, to zarówno rozwiązania w polskim prawie obowiązujące do roku 2002, jak też rozporządzenie europejskie, które wchodzi w życie 1 stycznia 2013, opierają się na tej samej regule. Jest obowiązek głuszenia zwierząt do uboju, chyba że chodzi o ubój do celów rytualnych, wtedy czynimy wyjątek.

Ale jest to, jak rozumiem, wyjątek dostosowany wyłącznie do potrzeb miejscowych gmin religijnych, a nie do celów przemysłowych i eksportowych?

Dokładnie tak. I stąd bierze się cały nasz polski spór. W roku 1997 weszła w naszym kraju w życie ustawa o ochronie zwierząt, w której przyjęto identyczny standard jak w Europie. Czyli jest obowiązek głuszenia zwierząt przed ubojem i jest – a właściwie był – wyjątek na potrzeby kultu. Jednocześnie w tym samym 1997 roku uchwalona została ustawa o stosunku państwa do gmin żydowskich, w której jest sformułowanie, że gminy mają powierzoną sobie różną działalność, między innymi prowadzenie uboju rytualnego. Zwracam uwagę, że nie przesądza się tu, jak te gminy mają to robić. Czy one same rzezają zwierzęta, czy udzielają takich uprawnień jakimś istniejącym rzeźniom, które dostosują swoje formy uboju w tym wymiarze, w jakim wyjątek religijny tego wymaga. To powinno być doprecyzowane w jednej lub drugiej ustawie, ale nie zostało. Jednak to rozwiązanie prawne, całkowicie zgodne ze standardami europejskimi, uzgadniające w tym wymiarze, w jakim to jest w ogóle możliwe, wolności religijne i dobrostan zwierząt, funkcjonowało sobie w Polsce spokojnie do roku 2002. W roku 2002, prawdopodobnie pod wpływem lobbystycznym przemysłu mięsnego, skreślono w ustawie przepis dotyczący wyjątku o głuszeniu zwierząt na potrzeby religijne.

Wydaje się to absurdalne, bo przecież w ten sposób ograniczono, a nie poszerzano możliwość uboju na eksport do krajów kupujących mięso „religijnie czyste”. A o to przecież „lobby mięsne” w Polsce walczy.

Ale to był tylko pierwszy etap bardzo przemyślanej akcji. Jak argumentowano wtedy likwidację religijnego wyjątku w ustawie o ochronie zwierząt? Ja to wiem dokładnie, bo wszystkie te dokumenty uważnie czytałam. Że mianowicie nie ma w Polsce specyficznych ubojni rytualnych, więc przepis jest martwy. I tutaj środowiska żydowskie nic nie powiedziały, mimo że tamta zmiana realnie ograniczała ich prawa. Nie było żadnego komentarza. Tyle że po jakimś czasie, w roku 2004, minister rolnictwa, którym akurat był wtedy pan Olejniczak, zaczyna mówić, że jest bardzo niedobrze, bo standard polski jest niezgodny prawem europejskim i trzeba doregulować kwestię uboju rytualnego. Zostaje wydane rozporządzenie ministra rolnictwa mówiące, że polskie rzeźnie mogą dla celów religijnych odstąpić od ogłuszania zwierząt. To rozporządzenie, moim zdaniem celowo, nie zawiera żadnych ograniczeń, żadnych sprecyzowań, w jakiej skali można ten wyjątek stosować. W dodatku jest ono sprzeczne z ustawą o ochronie zwierząt, z której dwa lata wcześniej zastrzeżenie religijne po prostu wykreślono. Rozporządzenie jest regulacją niższego rzędu niż ustawa, ale musi być z nią zgodne. A tu nie było. Spójność polskiego prawa – konstytucyjność! – była mniej ważna niż interesy lobby mięsnego, które to przeforsowało.

Jakie były konsekwencje wprowadzenia tego rozporządzenia?

Powstał wielki biznes. Dziś jest około 10 potężnych ubojni tego typu w Polsce, eksportują olbrzymie ilości mięsa do krajów Bliskiego Wschodu, do Turcji, do krajów arabskich, do Izraela również, ale tam wcale nie najwięcej. I to trwało 8 lat. Ja jestem tym zbulwersowana, bo to oznacza, że przez osiem lat mieliśmy do czynienia z rozporządzeniem jawnie gwałcącym konstytucję. Środowiska obrońców zwierząt protestowały pod niebiosa, ale nikt ich nie słuchał. Bo lobby mięsne było silniejsze. Partia chłopska wciąż była potrzebna każdemu w polskiej polityce, a dla niej to także była sprawa priorytetowa. W końcu jednak zlitował się Prokurator Generalny, do którego wydeptali drogę obrońcy zwierząt. On wniósł sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, o stwierdzenie niekonstytucyjności rozporządzenia ministra rolnictwa z 2004 roku i jego niezgodności z ustawą wyższego rzędu o ochronie zwierząt. Pod koniec listopada tego roku zapadło orzeczenie Trybunału, który musiał po prostu uznać oczywistą niekonstytucyjność rozporządzenia. I wtedy się zaczęło. Protestujący biznes mięsny udał, że nastąpił atak na wolność religijną w Polsce. Mimo że TK wyraźnie stwierdził, że nie zajmuje się problemem oceny uboju rytualnego, ale problemem niezgodności aktu niskiej rangi z ustawą. I właśnie dlatego, żeby dać państwu czas na rozwiązanie problemu religijnego wyjątku, odroczył ostateczne wypadnięcie tego rozporządzenia z systemu prawnego do końca tego roku. Tym bardziej, że 1 stycznia 2013 wchodzi w życie nowe rozporządzenie unijne, stosowane bezpośrednio, to znaczy nie wymagające implementacji w prawie krajowym. To rozporządzenie dokładnie powtarza to, co my mieliśmy od 1997 roku do roku 2002, kiedy ta cała cyniczna gra się rozpoczęła. Rozporządzenie unijne powtarza, że zwierzęta się głuszy, ale dla uboju rytualnego głuszyć nie trzeba. Wszyscy mięsni lobbyści czekają z zachwytem na wejście tego rozporządzenia, mniemając, że ich praktyki będzie można kontynuować bez przeszkód. No bo faktycznie mamy klincz. Na dzień dzisiejszy wciąż mamy ustawę z 1997 roku, która po nowelizacji w 2002 roku przewiduje bezwzględny obowiązek głuszenia zwierząt i nie reguluje w ogóle sprawy uboju rytualnego. Polski rząd powinien w tej chwili zgłosić do Rady Europy, że my mamy wyższy standard ochrony zwierząt niż standard unijny, co nie jest niezgodne z unijnym prawem, bo nowe rozporządzenie unijne toleruje wyższy standard prawa krajowego, ale pod warunkiem, że to zostanie zgłoszone.

Więc wystarczy nie zgłosić zastrzeżeń, a potem nie opatrzyć unijnego rozporządzenia żadnymi przepisami szczegółowymi i eksportowy przemysł wymagający mordowania zwierząt w najbardziej bestialski sposób będzie kontynuowany bez przeszkód?

Niestety, to jest prawdopodobne, szczególnie biorąc pod uwagę siłę lobby mięsnego i stosunek władzy do takiej siły w naszych warunkach. Na razie mamy przepychankę, posłowie chłopscy zbierają podpisy, żeby „stłuc termometr”, czyli zmienić ustawę o ochronie zwierząt z 1997 roku. To znaczy żeby w ogóle usunąć z ustawy zastrzeżenie o konieczności głuszenia zwierząt, albo żeby je bardzo mocno zdefigurować. Ale idzie to im nie najlepiej, bo już coraz więcej ludzi wie, że przemysł mięsny podłączył się tylko do statku z napisem „wolności religijne”, że to brzydka biznesowa gęba założyła maskę troski o prawa wyznaniowej mniejszości. Ortodoksyjnych Żydów jest w Polsce niewielu, znaczna część Żydów polskich nie jest na tyle ortodoksyjna, aby wymagać takiego okrucieństwa.

To jednak Żydzi powinni zdecydować o kształcie i interpretacji swego prawa religijnego, nie można im niczego narzucać z zewnątrz.

Oczywiście, i właśnie dlatego ja tę sprawę bez końca żmudnie objaśniam. Te rzeczy da się połączyć, da się opisać prawnie i zorganizować wyjątek obsługujący prawdziwe cele religijne. W oparciu o rozporządzenie unijne można albo utworzyć rzeźnię rytualną kontrolowaną przez gminę, albo stworzyć w jakimś zakładzie linię produkcyjną specjalnie na potrzeby polskich ortodoksów. Ale przemysłowi mięsnemu wcale nie na tym zależy, jemu zależy na tym, żeby móc prowadzić masową produkcję tego typu mięsa na eksport.

Użyła pani formuły „brzydka gęba biznesowa”. Często jednak pojawia się sprzeczność pomiędzy nie tylko interesami biznesu, ale także miejscami pracy, dochodami rolników i budżetu państwa, a wrażliwością moralną. We wszystkich krajach są wówczas zawierane kompromisy, nieraz nieprzyjemne.

Tyle że to trzeba wówczas uczciwie powiedzieć, a nie ukrywać pod hasłem wolności religijnej. A poza tym w Polsce rośnie dzisiaj eksport mięsa na rynki unijne, rolnicy są z tego zadowoleni, a Unia jest rynkiem opłacalnym dla polskich eksporterów, który nie wymaga od nich stosowania reguł ortodoksyjnego prawa religijnego. Czy w takiej sytuacji naprawdę trzeba podnosić sobie zysk poprzez bezprzykładne okrucieństwo? Bo co to znaczy ubój rytualny? Nawet niektóre żydowskie środowiska religijne przerażone poziomem okrucieństwa takiego uboju starają się pewne rzeczy obejść.

To jest hipokryzja, ale ona w prawie religijnym jest przecież obecna od zawsze, i ma raczej pozytywne skutki.

Ja też tak uważam. Więc część gmin żydowskich na świecie stosuje zasadę „prawie jednoczesnego” ogłuszania i zabijania zwierząt. Urzędnicy religijni, którzy nie są fanatykami, uznają oficjalnie, że najpierw zabito zwierzę, a później je ogłuszono, skracając w ten sposób absolutne męczarnie zabijanego zwierzęcia. Tymczasem przemysł mięsny w Polsce, żeby było taniej i łatwiej wybrał najbardziej okrutną formę „uboju rytualnego”, przy zastosowaniu tak zwanych „klatek obrotowych dla zwierząt kopytnych”. Polega to na tym, że żywe, w pełni świadome, potwornie przerażone zwierzę obraca się unieruchomione w klatce do góry nogami, a tam po jakimś czasie podrzyna mu się gardło, oczywiście bez żadnego ogłuszenia. A potem czeka się, aż zwierzę umrze, powoli, w męczarniach, poprzez wykrwawienie. Jeśli mamy negocjować najbardziej nawet nieprzyjemny kompromis, to nie negocjujmy go na takim poziomie.

Ewa Łętowska, ur. 1940, profesor nauk prawnych, pierwszy Rzecznik Praw Obywatelskich, później sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.