Gospodarka

Kuczyński: Szwajcarom zabrakło wyobraźni

Zaraz wynurzą się politycy, którzy zechcą natychmiast ulżyć swemu elektoratowi z kredytami we frankach.

Michał Sutowski: Dlaczego pana zdaniem Narodowy Bank Szwajcarii zdecydował się „uwolnić” franka? Dla wielu kredytobiorców w Polsce to bardzo niefortunna decyzja.

Piotr Kuczyński: W umysłach szwajcarskich bankierów czytać nie umiem. Mogę chyba jednak zrozumieć, jakimi przesłankami się kierowali. Kiedyś przecież musieli zrezygnować ze sztywnego kursu 1,20 franka za euro, bo żeby go utrzymać, drukowali swą walutę na potęgę – na wykup innych walut, przez co właśnie powstrzymuje się własną walutę przed wzmocnieniem, wydali dotychczas aż 500 miliardów franków! Mówiąc wprost, Szwajcarzy chyba się przestraszyli, że tych wydrukowanych franków zrobiło się trochę za dużo. Mają zapewne w pamięci, że w latach 70. wykonywali podobny manewr i po paru latach odbiło się to na nich poważną inflacją.

A skąd brała się dotychczasowa presja na ich walutę? To znaczy dlaczego w ogóle musieli franka „bronić” przed wzmocnieniem? Jak ma się do tego gospodarczy kryzys?

Z punktu widzenia rynków finansowych trudno dzisiaj mówić o kryzysie, bo od 2009 roku w najważniejszych krajach świata trwa niemal nieustająca hossa; indeksy giełdowe są często najwyższe w historii. Presja na franka trwa jednak od co najmniej kilku lat, bo w chwilach turbulencji inwestorzy uciekali od innych aktywów do franka szwajcarskiego i do złota, które swoją rekordową wartość osiągnęło w 2011 roku. Wtedy właśnie Szwajcarzy wprowadzili parytet w wysokości 1,20 do euro i zapowiadali interwencje na rzecz utrzymania takiego kursu – po prostu po to, żeby ich gospodarka nie ucierpiała z powodu nadmiernego wzmocnienia waluty. Dziś z tego zrezygnowali, uznając widocznie, że „warunki dojrzały”, to znaczy że nie trzeba już gospodarki bronić.

Problem tylko w tym, że spodziewali się umocnienia o parę procent, a nie o kilkanaście w stosunku do euro. Wygląda na to, że zabrakło im wyobraźni.

Mówi pan cały czas o kursie franka do euro – dolar nie ma tu znaczenia?

Ponad 50 procent swego eksportu Szwajcarzy ślą do Stanów Zjednoczonych, ale umocnienie franka w stosunku do dolara niespecjalnie im szkodzi, bo w ostatnim czasie dolar wyraźnie się umacnia. Problem stanowi natomiast stosunek do euro – tutaj umocnienie wyraźnie uderza w szwajcarską gospodarkę, której niemal cała druga połowa eksportu płynie do UE.

Obok zapowiedzi „uwolnienia” waluty Szwajcarzy obniżyli stopy procentowe. Jakie to ma znaczenie?

Faktycznie, obok zapowiedzi końca parytetu ogłoszono obniżenie stopy depozytowej o 50 punktów bazowych, czyli pół punktu procentowego – do poziomu -0,75 procent. To miał być sygnał, że nie opłaca się trzymać pieniędzy we franku, wysłany po to, by zniechęcić nawet nie spekulantów, tylko po prostu banki do kupowania szwajcarskiej waluty. Krótko mówiąc, miał to być ruch osłonowy, jakoś równoważący tendencję do masowego wykupu franka – niższe stopy w pakiecie z rezygnacją z parytetu. Tylko bankierzy nie przewidzieli, że ta osłona jest zdecydowanie za słaba.

W Polsce zaciągnięto 700 tysięcy kredytów w tej walucie. Ile to tak naprawdę pieniędzy?

Kredyty hipoteczne składają się obecnie na około 21 procent polskiego PKB, tzn. około 300 mld złotych.

Z tego 40 procent to kredyty walutowe, a wśród nich z kolei ponad 90 procent zaciągnięto właśnie we franku szwajcarskim. Mówimy oczywiście o kredytach zaciąganych dawniej, bo dziś kredytów walutowych już się więcej nie udziela.

Dla gospodarstw domowych i tzw. klasy średniej to chyba poważny problem?

Musimy pamiętać, że kredyty we frankach zaciągały zazwyczaj osoby dobrze uposażone, o wysokich zarobkach. Dla nich kilkaset złotych dodatkowej raty to przykrość, ale nie rzuci ich na kolana. Szacuję, że około 20-30 procent kredytobiorców będzie miało poważne problemy – reszta zaciśnie zęby i będzie płacić. To oczywiście też spory kłopot dla banków, bo zwiększy się liczba kłopotliwych czy po prostu toksycznych kredytów. Groźniejsze jest jednak, że z pewnością wynurzą się zaraz politycy, którzy zechcą natychmiast ulżyć swemu elektoratowi. Oczywiście nie poprzez pieniądze z budżetu państwa, tylko przerzucenie części kosztów na banki.

A nie sądzi pan, że banki powinny dzielić odpowiedzialnością – i ryzykiem – ze swoimi kredytobiorcami?

Dobre pytanie. Powinny – ale nie w ten sposób. Przede wszystkim bowiem trzeba zmienić prawo bankowe. W wielu krajach, jeżeli zakupiłem mieszkanie na kredyt i nie mam pieniędzy na jego spłatę, to idę do banku, pokornie oddaję klucze – i mam dług z głowy! Co na mnie bank dotychczas zarobił, to jego, do tego dostał nieruchomość, a ja może kiedyś się odkuję. A u nas? Bank, owszem, przejmuje mieszkanie czy dom obciążony hipoteką, sprzedaje ją na rynku, a potem…? Różnicą między ceną sprzedaży a wartością kredytu obciąża dłużnika, który nieraz do końca życia musi to spłacaću. To oczywiście jest bardzo korzystne dla banków, ale całą odpowiedzialnością obciąża dłużnika – i to właśnie należałoby zmienić, bo tak napisane prawo jest zwyczajnie niesprawiedliwe. Niemniej przy obecnym prawie banki nie powinny nic robić.

A czy na przykład NBP ma jakieś instrumenty, żeby zrównoważyć wzmocnienie szwajcarskiej waluty?

Można byłoby myśleć o interwencji NBP – za pośrednictwem BGK – na rynku walutowym, tzn. o skupie franka w celu zbicia jego kursu. Rzecz w tym, że przy mocnych siłach rynkowych sam NBP niewiele zdziała; może ewentualnie przyhamować dalszą aprecjację szwajcarskiej waluty, może ją nawet na chwilę zatrzymać, ale nie ma mowy, żeby przywrócił jej kurs do poziomu na przykład 3,50. Nasz bank centralny nie odwróci trendu, bo jesteśmy na to po prostu za słabi.

A co by pomogło? Co spowodowałoby obniżenie kursu?

W tej chwili sytuacja jest podobna do tej sprzed 2011 roku: frank to zastępnik złota, a do tych właśnie aktywów ucieka kapitał, kiedy na horyzoncie pojawi się jakiś problem. Frank natychmiast zacznie tracić wartość, jeśli na rynkach zapanuje spokój i powróci dobry wzrost gospodarczy.

Przypomnijmy, że frank jest oprocentowany ujemnie, a zatem to głównie spekulanci na rynkach walutowych powodują jego aprecjację; trzymanie w nim oszczędności nie opłaca się na dłuższą metę.

Najważniejsze czynniki zagrożenia z punktu widzenia rynków to na przykład zwycięstwo Syrizy w wyborach 25 lutego i utworzenie przez nią rządu; może jeszcze ważniejszy to ewentualna decyzja EBC – ma ona zapaść 22 lutego – która nie usatysfakcjonowałaby rynków i zagroziła europejskiej gospodarce.

Co to znaczy?

Jeśli Europejski Bank Centralny nie uruchomi wykupu obligacji rządowych, tak jak zapowiada, będą kłopoty. Co prawda traktuje się ten krok jako niemal pewny, ale przecież Niemcy ostro przeciwko temu oponują. Gdyby EBC się ich oporu przestraszył, frank i złoto z pewnością wystrzelą w górę. Obniżyć ich wartość może tylko trwała stabilizacja gospodarki w Europie i powrót na ścieżkę wzrostu.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.