Świat

Kregel: Żaden kraj nie rozwinął się dzięki inwestycjom zagranicznym

Rozmowa z prof. Janem Kreglem.

Jakub Majmurek: W swojej akademickiej pracy zajmuje się Pan m.in. teoriami rozwoju. Czym zajmują się te teorie i kiedy pojawiają się ona jako osobny przedmiot w ekonomii?

Prof. Jan Kregel: Teoria rozwoju jako odrębny przedmiot nauk o gospodarce pojawia się w okresie międzywojennym. Wcześniej problem rozwoju tzw. obszarów zacofanych w ogóle nie był traktowany jako osobny przedmiot ekonomicznej refleksji. U Adama Smitha można znaleźć recepty na to, jak powinna rozwijać się gospodarka narodowa, ale mają one ogólny charakter, w Bogactwie narodów…, nie ma specjalnego rozdziału poświęconego krajom zacofanym – Smith uważa swoje recepty za uniwersalne. Pierwszym impulsem dla powstania takiej teorii był rozpad Austro-Węgier po I wojnie światowej. Ze spójnego organizmu gospodarczego powstało wtedy wiele małych państw – bądź części składowe imperium Habsburgów znalazły się w nowych granicach – o słabej gospodarce, stających nagle przed pytaniem o model rozwoju, jakie powinny przyjąć.

Problem ten pojawił się na nowo po II wojnie światowej. Powołana wtedy Komisja Powiernicza ONZ podnosi znów problem tego, w jaki sposób wypracować mechanizmy rozwoju krajów zacofanych, często ciągle pozostających obszarami politycznie zależnymi, koloniami, protektoratami. Wtedy też pojawiają się pierwsze teorie rozwoju, takich autorów jak Ragner Nurske czy Paul Rosenstein-Rodan. Ten drugi pochodził zresztą z terenu byłych Austro-Węgier, urodził się w Krakowie. Ich teoria podkreśla kluczową rolę państwa, mobilizującego zasoby do „wielkiego pchnięcia” na drodze do modernizacji. Podstawowym narzędziem państwa miało tu być planowanie ekonomiczne w skali gospodarki narodowej.

Jak uzasadniano konieczność większej niż w krajach rozwiniętych interwencji państwa?

Teoretycznie problem ten najsilniej rozwinięty został przez przedstawicieli tzw. teorii zależności, z Raúlem Prebischem na czele. Prebisch, badając sytuację gospodarczą Ameryki Łacińskiej, doszedł do wniosku, że w wyniku szeregu czynników historycznych, gospodarki kontynentu działają na zupełnie innych zasadach niż te w krajach rozwiniętych. Zdaniem Prebischa, państwom Ameryki Łacińskiej narzucona zostały obca kultura polityczna i gospodarcza. Zazwyczaj znajdowała ona wyraz w niedemokratycznych rządach i gospodarkach skoncentrowanych na produkcji surowców i innych dóbr nieprzetworzonych na eksport. Prebisch uważał, że gospodarki z jednym, dwoma eksportowymi produktami mają całkowicie nierówną pozycję względem krajów z w pełni rozwiniętą bazą przemysłową i całą gamą produkowanych przez nie towarów na rynki światowe i rynek wewnętrzny. Trudno udowodnić błąd w tym rozumowaniu. Kraje rozwijające się z gospodarką zbudowaną na eksporcie jednego produktu naprawdę są różne od gospodarek państw wysoko uprzemysłowionych.

Klasyczna ekonomia Smitha i Ricardo mówi co innego.

Tak, klasyczna teoria mówi, że jeśli jesteś dobry w produkcji bananów i uzyskujesz w niej względną przewagę nad innymi ich producentami, to powinieneś wyspecjalizować się w produkcji w bananów. Problem w tym, że nawet jeśli produkcja bananów przynosi za sobą pewien ogólny, technologiczny rozwój, to całe społeczeństwo w niewielkim stopniu korzysta na nim rozwojowo tak, jak na produkcji przemysłowej. Produkcja bananów nie jest też w stanie osiągnąć takiego wzrostu produktywności, jaki ma miejsce w produkcji przemysłowej – przekładając się na wzrost w realnych dochodach, a za nimi we wzroście konsumpcji. 

Prebisch uważał, że import towarów przemysłowych trzeba zastąpić własną produkcją?

Nie chodziło tu tylko o tzw. politykę substytucji importu. Jej wprowadzenie w Ameryce Łacińskiej jest w zasadzie kwestią przypadku – Wielkiego Kryzysu, a następnie sytuacji gospodarczej wytworzonej przez II wojnę światową. Weźmy przykład Argentyny. Argentyna z gospodarką opierającą się na eksporcie zboża i wołowiny przed I wojną światową miała PKB na głowę wyższy niż PKB na mieszkańca Niemiec czy Włoch. Rozwijała się, budowała swój przemysł. Wszystko to się załamało. Dlaczego? Po pierwsze, wielki kryzys zmniejszył zapotrzebowanie na ich produkty na rynkach światowych. Po drugie, po II wojnie światowej, głównym rynkiem zbytu dla Argentyny stały się Stany Zjednoczone. Które same produkowały towary, jakie na ich rynek eksportowała Argentyna – wołowinę, zboża itd. To zmuszało Argentynę do przyspieszonej industrializacji. Nie szła ona jednak drogą, jaką zakładał Prebisch. Skupiała się na pojedynczych gałęziach przemysłu, które uzyskiwały monopolistyczną pozycję na lokalnym rynku, często też były to te gałęzie, które produkowały na potrzeby osób o wysokich i średnich dochodach. Idee Prebischa realizowały raczej gospodarki Azji niż Ameryki Łacińskiej. Zwłaszcza Korea Południowa. Jej sukces gospodarczy polegał na udanej mobilizacji wewnętrznych zasobów, polityce starającej się wspierać te sektory produkujące na eksport, które były na rynkach światowych na tyle konkurencyjne, by sfinansować import dóbr koniecznych do dalszego rozwoju.

Jak te teorie mają się do dominacji keynesizmu w ówczesnej teorii ekonomicznej?

Podobnie jak myśl Keynesa należą one do „ekonomii popytu” – w problemie popytu i odpowiedniego kształtowania jego poziomu przez państwo dostrzegają kluczowe zagadnienie. Zakładały także, że zasoby dla rozwoju mają i mieć muszą wewnętrzny charakter. Kraje zacofane mają nadwyżkę niezatrudnionej siły roboczej, głównie na wsi, którą można przenieść do przemysłu. Wszystko jest kwestią wygenerowania odpowiednich wielkości popytu wewnętrznego. Na całym świecie taka gorzej lub lepiej wdrażana polityka rozwojowa zapewniała pewne podstawy wzrostu. Aż do lat 70. 

Co się wtedy stało?

Nastąpiło zwycięstwo „kontrrewolucji monetarystycznej”, w wyniku której zorientowana na popyt teoria Keynesa została zastąpiona przez nową, zorientowaną na podaż. Miało to też wpływ na teorię rozwoju. Zorientowani na podaż ekonomiści przekonywali, że kraje rozwijające się nie mają zasobów do tego, by samemu wydobyć się z zacofania. Nie mają dość oszczędności, dość kapitału na wielkie inwestycje. Co mają więc robić w tej sytuacji? Stworzyć warunki do jak najszerszego napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych, obcego kapitału. 

W tej wersji to już nie państwo ma kierować wysiłkiem modernizacyjnym?

Teoria ta zakładała, że to rynki są efektywne, państwo może tylko popsuć ich działanie, „niepotrzebnie” w nie ingerując. Teorie monetarystyczne dążą do tego, by w ogóle wyeliminować z teorii problem rozwoju obszarów zacofanych. Ostatecznym tego wyrazem jest konsensus waszyngtoński, który wraca do obecnego u Adama Smitha założenia, że pewne ekonomiczne zasady w równym stopniu obowiązują wszystkie kraje, niezależnie od ich stopnia rozwoju i że wszystkie powinny prowadzić podobną politykę ekonomiczną. Drugim czynnikiem prowadzącym do załamania klasycznej polityki i teorii rozwoju był kryzys naftowy. W jego efekcie banki z krajów centrum otrzymały potężne depozyty od producentów ropy. W Europie i Stanach nie mogły ich produktywnie zainwestować – trwała recesja. Kraje rozwijające się zostały zmuszone do przyjęcia zagranicznego kapitału w postaci pożyczek i inwestycji zagranicznych. One na miejscu budowały fabryki. Które produkowały na lokalny rynek, ale jednocześnie transferowały rynek i ustalały produkcję niekoniecznie pod wymogi jego rozwoju. Nie zawsze dostarczały też dochodów z eksportu. A dochody były potrzebne, by zapłacić za koszta obsługi długów, kolejne raty kredytów, odsetki. Tak długo, jak napływają nowe strumienie kapitału, można ich używać, by spłacać stare długi, ale to nie może trwać w nieskończoność.  W końcu kredytodawcy zadadzą pytanie: „Jakie dochody usprawiedliwiają te pożyczki”? Pieniądze przestają płynąć i mamy kryzys zadłużenia. Taki jak w Meksyku w 1982 roku.

Albo w Polsce w końcówce Gierka.

Dokładnie. Przykład Meksyku, pokazuje, że idea, że źródłem rozwoju mogą być inwestycje zagraniczne, jest błędna. Żaden kraj w historii nie rozwinął się tak naprawdę dzięki inwestycjom zagranicznym. Jeśli popatrzymy się na przepływy kapitału między krajami rozwijającymi się i rozwiniętymi, to zobaczymy, że inwestycje zagraniczne kapitałowi z krajów rozwiniętych zawsze się zwracały – w końcu kraje rozwijające się oddawały dużo, dużo więcej niż wzięły. W 1960 roku minister finansów Chile, Roberto Vergara, spotkał się z Nixonem i wprost powiedział: „program pomocy dla Ameryki Łacińskiej nie działa. Mieliśmy otrzymać zastrzyk kapitału, który pozwoli nam się rozwinąć, zbudować fabryki – a wysyłamy więcej kapitału do Stanów, niż otrzymujemy od was”. Bardzo rzadko zdarzało się by bilans napływów  kapitałów do krajów rozwijających był dodatni. A gdy był, to w okresach przed kryzysem. A co się działo po kryzysie? Trzeba było spłacić kapitał – kosztem redukcji wewnętrznego popytu, zatrudnienia i wzrostu. 

Takie kraje jak Grecja testują to chyba właśnie w tym momencie. Czy w teorii ekonomicznej nastąpił powrót do dawnej myśli rozwojowej? Sprzed panowania konsensusu waszyngtońskiego?

Tak. Wychodząc od rozpoznań teorii zależności, myśli takich badaczy jak Prebisch, ta nowa odsłona dewelopmentalizmu kładzie nacisk na czołową rolę mobilizacji czynników wewnętrznych w rozwoju obszarów gospodarczo słabszych, zacofanych. Receptę na rozwój w tym nurcie można sprowadzić do trzech podstawowych punktów: mobilizacja wewnętrznego zatrudnienia (najważniejszym celem polityki gospodarczej powinna być mobilizacja wszystkich dostępnych zasobów wewnętrznych, z pracą na czele), wzrost wewnętrznej produkcji konkurencyjnej na rynkach światowych i – co szczególnie ważne – aktywne zarządzanie kursem wymiany waluty narodowej, by efektywnie kontrolować napływy i odpływy kapitału. 

Dlaczego ten trzeci element jest tak istotny?

W gospodarkach takich jak latynoamerykańskie mamy zazwyczaj jeden podstawowy produkt eksportowy. On wytwarza jakąś nadwyżkę handlową. Ona z kolei wzmacnia narodową walutę. A mocna waluta zwiększa ceny i obniża konkurencyjność produktów sektora przemysłowego – i tak słabiej rozwiniętego niż w takich gospodarkach jak niemiecka, czy amerykańska. W ekonomii to zjawisko nazywa się „holenderską chorobą” – im więcej zysków przynosi eksport podstawowych surowców w danej gospodarce, tym bardziej – przez generowaną przez to nadwyżkę – cierpi sektor przemysłowy. Zaobserwowano to po raz pierwszy w latach 60. w Holandii, gdy odkrycie zasobów gazu ziemnego w 1959 roku negatywnie odbiło się na sektorze przemysłowym, ale kraje Ameryki Łacińskiej znały to zjawisko od dawna. Źródłem „holenderskiej choroby” może być nie tylko dominacja jednego produktu, ale także nadmiar taniej pracy na rynku. Co dzieje się bowiem, gdy mamy nadmiar taniej siły roboczej? Napływają do nas inwestycje szukające taniej siły roboczej. Ale zyski zdobywane na jej eksploatacji nie są inwestowane w rodzimą gospodarkę i nie zwiększają jej konkurencyjności. Dlatego tak ważne jest zarządzaniem kursem wymiany waluty. Tylko ono pozwala efektywnie zmobilizować wewnętrzne zasoby danej gospodarki i kontrolować napływ zagranicznych kapitałów. 

Gdzie ten nowy model był aplikowany w realnej polityce? Często mówi się o Ameryce Łacińskiej jako obszarze, który w ostatniej dekadzie najsilniej odszedł od polityki konsensusu waszyngtońskiego.

Oczywistym przykładem jest Argentyna od końca prezydentury Menema. Za jego kadencji argentyńskie peso było wymieniane po sztywnym kursie za dolara. Co sprawiło, że kryzys, jaki uderzył w Argentynę, był znacznie silniejszy niż, gdyby jej waluta nie miała sztywnego kursu. W efekcie kryzysu Argentyna odrzuciła politykę sztywnego kursu. Postawiła na politykę zarządzania kursami wymiany, liderzy uznali, że nie można dłużej opierać gospodarki na zależności od przypływów obcego kapitału. Argentyna na przełomie wieków jest jednym z nielicznych przypadków gospodarki, która sama w zasadzie całkowicie zdecydowała odciąć się od światowych rynków finansowych. Wszyscy, z ekspertami Międzynarodowego Funduszu Walutowego na czele, twierdzili, że to będzie katastrofa, że gospodarka do końca się zawali, a Argentyna wróci z podkulonym ogonem.

I chyba gospodarka Argentyny się nie zawaliła?

Nie, nie stało się nic z tego, co przewidywało większość ekspertów. Argentyna miała dużo szczęścia, że na początku ubiegłej dekady znacznie wzrósł chiński popyt na produkty rolne – mięso, zboża, soję. Eksport argentyńskich produktów rolnych do Chin wygenerował duże nadwyżki walutowe. Rząd opodatkował je, aby skierować kapitał do lokalnego systemu finansowego, zastępując w ten sposób częściowo brak kapitałów z zagranicy. Ta koniunktura trwała mniej więcej od 2001 roku do końca 2003, początku 2004 roku. W tym samym czasie rząd zaczął prowadzić politykę wspierania popytu wewnętrznego. Podniesiono płace, uruchomiono programy generujące miejsca pracy w sektorze publicznym. Pomału zaczął się podnosić popyt wewnętrzny, sektor finansowy też zaczął stawać na nogi. W efekcie argentyński przemysł, wcześniej wyeliminowany praktycznie z rynku przez powiązanie waluty z dolarem, też zaczął się odradzać. Już około 2005 roku gospodarka zaczęła rosnąć w zasadzie wyłącznie dzięki wewnętrznym zasobom, bez konieczności zagranicznych inwestycji i kapitału. Rząd był także w stanie dzięki temu wszystkiemu stopniowo redukować deficyt, a nawet osiągnąć nadwyżki. A w tej sytuacji sektor prywatny ma warunki do tego, by uzyskiwać kredyty i efektywnie inwestować środki. Od 2002 roku do kryzysu z 2008 roku taka polityka była w stanie wygenerować znaczący wzrost gospodarczy w Argentynie. 

A jak to wyglądało w Brazylii?

Podobnie, choć nie identycznie. Brazylia jest o wiele bardziej otwarta na zagraniczny kapitał. Po dewaluacji z 1999 roku pozwolono tam także walucie zyskiwać na wartości. Do poziomu, gdy tworzy to istotne trudności dla ich sektora przemysłowego. Nie są w stanie konkurować choćby z Chinami. Ciągle Brazylia ma w relacjach z nimi nadwyżkę handlową, ale wytwarzają ją takie produkty jak soja, na które w Chinach popyt nieprzerwanie rośnie. Tym niemniej ogólny bilans handlowy Brazylii nie jest dodatni. Zwłaszcza po kryzysie, gdy sektor przemysłowy z roku na rok radzi sobie coraz gorzej.

Skąd więc biorą się imponujące wyniki wzrostu PKB Brazylii w ostatnich latach?

Przede wszystkim z polityki płacowej rządu, wzrostu płac coraz szerszych grup ludności. Władze dbały o to, by rosła płaca minimalna, by coraz więcej obywateli zyskiwało większą siłę nabywczą, zwiększając tym samym siłę nabywczą i popyt całej gospodarki. Niestety nie szła za tym odpowiednia polityka kursowa. I teraz widać, że to będzie dla nich problem. 

Co by Pan poradził krajom europejskiego Południa, które są w strefie euro i ze względu na to poddawane są polityce oszczędności rujnującej gospodarkę, pozbawione możliwości zarządzania kursem waluty. Czy Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy powinny wyjść ze strefy euro?

To szalenie skomplikowane. Polityka sfery euro z jednej strony zintegrowała ze sobą obszary o różnym stopniu rozwoju, narzucając części kontynentu nieracjonalną z punktu widzenia ich gospodarek politykę. Z drugiej strony wspólna polityka europejska przyczyniła się do niesamowitego rozwoju niektórych obszarów. Zwłaszcza Hiszpanii. Jeśli chodzi o poziom inwestycji w infrastrukturę, to Hiszpania właśnie zbliżyła się – dzięki eurosferze – do pierwszego świata. We Włoszech wszystkie te pieniądze chyba przechwyciła mafia, w Hiszpanii naprawdę widać było rozwój z unijnych pieniędzy. 

A czy dziś Grecja powinna wyjść z euro? Jest wiele argumentów przemawiających za powrotem do drachmy. Ale nie należy zapominać o politycznym wymiarze udziału Grecji w euro. Dla wielu Greków euro to symbol demokratycznych przemian w ich kraju. Wielu z nich drachma kojarzy się z dyktaturą pułkowników. Podobnie jest w Portugalii – euro symbolizuje ostateczne zerwanie z epoką Salazara. Więc tu naprawdę nie ma łatwych odpowiedzi. 

A co wobec euro poradziłby Pan Polsce?

Cieszcie się, że nie udało się wam tam do tej pory wejść do eurosfery (śmiech). Nawet jeśli jesteście poza sferą euro przypadkiem, a nie w wyniku celowej polityki, to na razie jest to dla Was naprawdę dobre rozwiązanie.  

Jan Kregel (1944) – profesor finansów i rozwoju w Tallin University of Technology; wybitny ekonomista post-keynesowski. Profesor Kregel przyjechał do Polski na zaproszenie Instytutu Studiów Zaawansowanych, gdzie wygłosił wykład pt. “Alternative theories of money”.

Projekt dofinansowany ze środków Narodowego Banku Polskiego. 

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.