Czytaj dalej

Mitchell: Wierzę w poetów w Korei Północnej

O swoim debiucie myślałem jeszcze jako dzieciak. Druga książka to była droga przez mękę. Z autorem „Atlasu chmur” rozmawia Michał Hernes.

Michał Hernes: Mieszkał pan w Japonii i we Włoszech, obecnie mieszka pan w Irlandii. Czy w związku z tym czuje się pan obywatelem świata?

David Mitchell: Obywatel to nie jest właściwie słowo. Jestem brytyjskim pisarzem, który żyje w Irlandii, a w związku z tym poczuwam się w obowiązku, by próbować zrozumieć, co się dzieje w Europie. Zwłaszcza, że jestem z tym kontynentem związany, czy mi się to podoba, czy nie. Jednocześnie nie zwalnia mnie to od odpowiedzialności związanej z próbą zrozumienia aktualnych wydarzeń w Chinach, Ameryce Północnej, wschodniej Azji i Afryce. Taka postawa wpisuje się jednak moim zdaniem w definicję słowa „cywilizacja”. 

Zastanawiał się pan, w jakim kierunku ona pójdzie?

(Śmiech) To bardzo poważne pytanie jak na rozmowę we wtorkowy poranek. Przejmuję się każdą rzeczą – zarówno środowiskiem naturalnym, jak i wszystkimi cechami, które czynią ludzki gatunek zwycięskimi zwierzętami, a jednocześnie mogą się przyczynić do naszego upadku.

W jaki sposób zapatruje się pan na przyszłość Unii Europejskiej?

Oczywiście sytuacja jest poważna, ale dostrzegam różnicę między problemem poważnym a katastrofalnym. Myślę, że dla Europy poważne sytuacje to normalka. Zawsze znajdą się ku temu jakieś przyczyny. I to niezależnie od faktu, czy mówimy o epoce żelaza, czy o współczesności. Obecnie o ból głowy mogą człowieka przyprawić rynki finansowe bądź kondycja militarna. Jeśli natomiast chodzi o nasze zróżnicowanie, to trudno oczekiwać, aby ciągle szły za tym tylko pozytywne skutki. To zawsze będzie się sprowadzało do zgniłych kompromisów, paradoksalnie posuwających nas do przodu. Nawet jeśli Brytyjczycy po wsze czasy będą chcieli być bardziej niezależni i bliżsi Ameryce; Francuzów interesować będzie ochrona rolników, a Niemcy będą koncentrować się na zarabianiu pieniędzy i tym, żeby stracić ich jak najmniej. Myślę, że jeśli wiara w demokratyczny porządek przetrwa, to nasze dzieci i wnuki nie doświadczą koszmarów, z jakimi zmagali się nasi rodzice i dziadkowie. Od wojen w skali światowej uchroni nas globalizacja. Co prawda uważam, że Chiny nigdy nie staną się demokratycznym państwem, ale nikt nie będzie ryzykował konfliktu z nimi lub Japonią, bo ten niósłby za sobą konsekwencje odbijające się na ekonomii. Być może jestem dużym optymistą, ale optymizm odgrywa ważną rolę w moim życiu.

A kim byli dla pana Isaac Asimov i Ursula Le Guin?

Kiedy w młodości przeczytałem ich książki, podjąłem decyzję, że chcę zostać pisarzem. Rozbudzili we mnie apetyt na tworzenie nowych, nieprawdopodobnych światów. Z różnych powodów pokochałem też twórczość innych pisarzy, chociażby Isaaca Bashevisa Singera. To ciekawe, że poszczególne rejony świata w różny sposób determinują literatów. Zadziwia mnie, że impuls do pisania można odnaleźć wszędzie. Nawet w najdziwniejszych i najbardziej nieprzyjaznych miejscach. Wyjątkiem jest w tej chwili może jedynie Korea Północna, bo w tym ustroju chyba naprawdę trudno tworzyć literackie dzieła. Choć chciałbym się mylić. Mimo wszystko wierzę, że nawet tam, w tym najbardziej nieprzyjaznym miejscu na świecie, są poeci tworzący wiersze w wyobraźni i pod wpływem impulsu.   

Może gdzieś pośród nich kryje się wyzwolicielka podobna do Sonmi z Atlasu chmur

Kto wie. Jakkolwiek byłbyś słaby politycznie w zewnętrznym świecie, to wewnątrz, w swojej wyobraźni, jesteś Bogiem.

Jak wyglądało tworzenie pańskiego debiutu – Widmopisu?

Ta książka jest rezultatem moich podróży do Japonii, Hong Kongu, Chin, Mongolii, Moskwy, Petersburga, Londynu i zachodniej Irlandii, w której aktualnie żyję. W każdym z tych miejsc robiłem notatki dotyczące tego, co zobaczyłem i co przykuło moją uwagę. Tworzyły się z tego małe historie. Problem polegał na tym, jak je ze sobą połączyć. W końcu jakoś mi się to udało. W moim debiucie skupia się całe moje życie i najlepsze pomysły. Myślałem o nim nawet jako dzieciak w czasie czytania dzieł Asimova i Le Guin. Jego skończenie to punkt graniczny, od którego miałem osiem miesięcy na stworzenie kolejnej książki. Sporym wyzwaniem było właśnie dopiero napisanie drugiej powieści. Nie jest to łatwe. Znajomi muzycy mają takie same zdanie na temat drugiego albumu. Pierwszy to zawsze hit, a trzeci jest dobry, tymczasem drugi to prawdziwa droga przez mękę.

Trudno uwierzyć w brak kreatywności autora Atlasu chmur, której konstrukcja jest tak pogmatwana. 

Nie ukrywam, że kiedy wysłałem ją do mojego agenta, byłem przerażony. Obawiałem się, że rzuci mi ją prosto w twarz i powie, że zwariowałem. Spodziewałem się reakcji typu: „Idioto! Co ty zrobiłeś?”. Przez weekend wychodziłem z siebie, ale okazało się, że niesłusznie. Co prawda uważam, że moje wcześniejsze powieści są lepsze, ale Atlas chmur stał się moim największym literackim sukcesem. Sama książka składa się z sześciu części, które są jakoś ze sobą połączone. To rodzaj wehikułu czasu. Początkowe historie rozgrywają się w XIX i XX wieku, więc ważną rzeczą było, żeby możliwie jak najwierniej oddać językowe realia tamtych czasów. Kiedy czytałem Świat robotów Asimova, wydawało mi się dziwne, że ludzie z dalekiej przyszłości mówią identycznie jak nowojorczyk żyjący w roku 1955. Dotyczyło to nawet kosmitów. Tworząc świat przyszłości, próbowałem się z tym zmierzyć. To oczywiście znacznie prostsze niż oddawanie realiów związanych z prawdziwym językiem, bo nie możesz się pomylić. 

Jest pan w stanie sobie wyobrazić, jaka będzie przyszłość języka?

Wierzę, że nasze wnuki będą się posługiwały tylko kilkoma językami, mającymi w sobie zbitki słów podobne do tych, które wchodzą do mowy potocznej z amerykańskiego angielskiego. Niewykluczone, że w językach angielskim i polskim pojawią się chińskie słówka. To słuszna droga i bardzo podoba mi się sposób, w jaki języki się ze sobą krzyżują i przenikają, trochę jak mleko dodawane do kawy. Nie zapominajmy, że językowe ewolucje zawsze przebiegały w ten sposób. Bardzo chciałbym posłuchać radia BBC przyszłości i radiowego spikera, ale musiałbym żyć bardzo długo, żeby się o tym przekonać. Z drugiej strony byłem niedawno na Islandii i pozytywnie zadziwiła mnie duma, z jaką miejscowa ludność odnosi się do swojego języka. Dotyczy to również młodych ludzi. 

Powracając do Atlasu chmur muszę przyznać, że nakreślił pan tam bardzo wyraziste i silne kobiece postaci.

To prawda i przeważnie są one silniejsze od facetów. Mojej żony tu nie ma i nie umie czytać po polsku, więc możesz napisać, że były wzorowane na niej. Ale nie mów jej tego, bo mnie zabije. (śmiech)

Jak odebrał pan filmową ekranizację?

Pozytywnie. Okazało się, że jej twórcy znają moją książkę o wiele lepiej niż ja. (śmiech) 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.