Czytaj dalej

Makowski: Nie wygrasz wyborów, fotografując się z książką

PR-owcy to odradzają, bo się źle kojarzy – mówi Tomasz Makowski, szef Biblioteki Narodowej.

Magda Majewska: Ciągle słyszymy, że Polacy nie czytają. Wyniki badań czytelnictwa za rok 2010 pokazały, że 56 procent mieszkańców naszego kraju nie miało w ciągu roku kontaktu z książką. To już stałe zjawisko?

Tomasz Makowski: Dwadzieścia lat temu odsetek nieczytających Polaków wynosił 28 procent Później zaczął rosnąć. Przed czterema laty nastąpiło największe tąpnięcie – 62 procent nieczytających. Podejrzewaliśmy wtedy, że młode pokolenie po prostu przeniosło się do sieci, czego nie pozwoliła nam uchwycić metodologia badań. Dlatego w 2010 zadaliśmy dużo dodatkowych pytań, m.in. dotyczących czytania tekstów dłuższych niż trzy ekrany komputera lub trzy strony papierowe. Po cichu liczyliśmy, że może gdzieś popełniliśmy błąd i po udoskonaleniu metodologii wyjdą lepsze wyniki. Niestety wyszło niepodważalne 56 proc.

To w sumie paradoksalne, skoro jednocześnie od dwudziestu lat poziom wykształcenia Polaków rośnie.

Najbardziej zaskoczyły nas wyniki właśnie w grupie najlepiej wykształconej i w elicie społecznej. Okazało się, że 25 procent osób z wyższym wykształceniem nie przeczytało czy nawet nie przejrzało w ciągu roku żadnej książki, choćby albumu czy książki kucharskiej. Dziesięć lat wcześniej było to tylko 2 procent. Nie czyta też jedna trzecia uczniów (od 15. roku życia, bo tę grupę obejmują badania) i studentów. To znaczy, że można zaliczyć rok szkolny czy akademicki wyłącznie na podstawie bryków i cudzych notatek, nie mając kontaktu z żadnym dłuższym tekstem.

Jakie są tego przyczyny?

Zwykle winą obarcza się przede wszystkim zmianę technologiczną, ale internauci czytają dużo więcej niż nieinternauci. Internet wciąż jest raczej narzędziem niż miejscem, w którym się realizujemy kulturowo.

Gdybym musiał wskazać jedną przyczynę, to pewnie zdecydowałbym się na brak pozytywnego snobizmu związanego z książką. Nie tylko nie czytamy, ale też nie wstydzimy się już do tego przyznać. Podobnie jak do tego, że nie mamy żadnej książki w domu, że nie zachęcamy do czytania naszych dzieci czy nie odklejamy od telewizora naszych rodziców na emeryturze. W Polsce politycy nie fotografują się z książką – PR-owcy im odradzają, bo to się źle kojarzy. Tymczasem światowy internet jest pełen zdjęć muzyków czy aktorów w ich bibliotekach. Można znaleźć fotografię Keitha Richardsa grającego na gitarze wśród książek; ciężko znaleźć podobną z polskim muzykiem.

W innych krajach też jest tak źle z czytelnictwem?

W Czechach, bardzo podobnych do Polski historycznie, kulturowo i ekonomicznie, nie czyta jedynie 17 procent. We Francji, która ma wysoki odsetek imigrantów – 30 procent. Polska znajduje się na jednym poziomie z krajami śródziemnomorskimi, jak Grecja i Portugalia, w których odsetek czytających jest najniższy w Europie.

A gdzie jest wysoki poziom czytelnictwa? Tam, gdzie są silne i dobrze zaopatrzone biblioteki, czyli przede wszystkim w krajach skandynawskich i Holandii. Biblioteka jest tam często centralnym miejscem w mieście, najbardziej okazałym obiektem. U nas jest nim z reguły urząd gminy. W Skandynawii wypożyczanie książek stanowi część codziennego życia. Niemal każdy Fin co kilka dni odwiedza bibliotekę. Idzie do sklepu, a po drodze wpada wymienić książki.

Może to wina bibliotek, że nie potrafią skutecznie przyciągać czytelników?

O atrakcyjności biblioteki decyduje zakup nowości. Biblioteka publiczna musi mieć książki, o których właśnie się mówi. W Polsce średni nakład książki to 2,5 tysiąca, beletrystyki – 4 tysiące, a bibliotek jest ponad 30 tysięcy. Według nieopublikowanych jeszcze statystyk Biblioteki Narodowej w 2011 roku średnia zakupu nowości wyniosła 7,2 wolumina na 100 mieszkańców. Średnia w Europie to 25, w Danii – ponad 30, a w Estonii – 36. Te siedem woluminów oznacza, że polskie biblioteki w większości tylko wymieniają zaczytane lektury szkolne.

Z drugiej strony w czytelnictwie ważne jest przywiązanie do pewnych odruchów, a my nie mamy odruchu wizyty w bibliotece. Wszystkie nasze statystyki pokazują, że potrzeba odwiedzania bibliotek zanika w wieku 24 lat i nie wraca na emeryturze. 80 procent emerytów w ogóle nie czyta książek!

Może nie mamy takiego odruchu, bo biblioteka kojarzy się nam wyłącznie z wypożyczalnią lektur dla uczniów.

Ale biblioteka jest przede wszystkim wypożyczalnią – książek tradycyjnych czy cyfrowych, nieważne – i to się nigdy nie zmieni. To jej podstawowa funkcja. Druga – to bycie miejscem, do którego można tak po prostu przyjść.

Chcielibyśmy, żeby polskie biblioteki były otwarte dla wszystkich: dla starszych i młodszych, dla pracujących i tych bez pracy. Wielkim sukcesem będzie, jeśli zmienimy je tak, że staną się społecznym azylem. Bezrobotny przyjdzie tu sprawdzić ogłoszenia o pracę, przejrzeć internet czy coś poczytać, zamiast spędzać czas na ławce w parku czy pod sklepem. Starsza pani wpadnie, bo wnuk urządza imieniny i ona źle się czuje w domu. Dziecko rozwodzących się rodziców – bo nie ma dokąd pójść, gdy się kłócą. Oczywiście mogłoby wpaść do rodziny, ale tam musiałoby się z tego wytłumaczyć, jakoś to wyjaśnić. Mogłoby pójść do kawiarni czy do kina – ale tam trzeba płacić. A biblioteka jest dostępna bezpłatnie i nikomu nie trzeba się w niej spowiadać.

Istnieją już w Polsce takie biblioteki czy to wciąż marzenie?

Niektóre już są takie – tam, gdzie samorządowcy wiedzą, że warunkiem zatrzymania najlepiej wykształconych mieszkańców jest m.in. dobry poziom biblioteki. Mamy wiele takich przykładów: w Kałuszynie, Bestwinie, Borowie, Oświęcimiu, w Jaworznie, w Podkowie Leśnej, w Grodzisku Mazowieckim. Świetne są biblioteki we Wrocławiu, w którym mocno się w nie inwestuje. Do tej pory jednak żadna z polskich bibliotek nie uzyskała certyfikatu Biblioteki Plus.

A jakie kryteria trzeba spełnić?

Kilka lat temu wyznaczyliśmy minimum europejskie dla polskich bibliotek z małych miejscowości (do 15 tysięcy mieszkańców). Dotyczy ono zakupu nowości, powierzchni udostępnianej czytelnikom, wykształcenia bibliotekarzy, prenumeraty gazet i tygodników, katalogu w internecie. To nie są wyśrubowane wymagania, ale zawsze którejś bibliotece czegoś brakowało. Na początku trochę się baliśmy, że przyjmą to negatywnie, że za wysoko podnieśliśmy poprzeczkę. Ale obserwujemy, że te wymogi bardzo motywują do zmian.

Warto wiedzieć, że program Instytutu Książki Biblioteka+ i Program Rozwoju Bibliotek Fundacji Billa i Melindy Gatesów, która przeznaczyła prawie 30 milionów dolarów na modernizację polskich bibliotek, pozwoliły unowocześnić kilka tysięcy placówek. I co najważniejsze: udało się zmienić nastawienie samych bibliotekarzy. Przekonać ich, że wartością nie jest trwanie, że biblioteka powinna się zmieniać razem ze społeczeństwem, a nawet lekko je wyprzedzać. Że nie można bronić jej jak twierdzy, bo biblioteka musi być taka jak wtedy, gdy przychodziliśmy do pracy przed kilkoma lub kilkudziesięcioma laty.

Moim zdaniem to nie jest problem mentalności, tylko finansów. Lokale, w których mieszczą się warszawskie biblioteki, po prostu nie są przystosowane do pełnienia tych wszystkich funkcji, o których pan mówi. Także bibliotekarki nie mogą być specjalistkami od wszystkiego, a żeby organizować imprezy dodatkowe, potrzebują środków.

Tak, to rzeczywiście problem: średnie zatrudnienie w bibliotekach wynosi 2,2 etatu, czyli faktycznie w małych bibliotekach jest jedna czy dwie bibliotekarki – bo w większości są to kobiety. Muszą one pełnić bardzo różne funkcje: organizować imprezy, udzielać informacji, uczyć starsze osoby nowych technologii. Sami bibliotekarze więcej już nie zrobią. A jeśli biblioteka nie będzie miała dobrych komputerów, dostępu do baz danych i dobrego księgozbioru, to po dwóch wizytach każdy się zniechęci.

Spadek zakupu nowości również w oczywisty sposób wynika z braku środków. Jaka jest szansa na poprawę sytuacji finansowej bibliotek?

Stabilne finansowanie jest bardzo ważne. Nie rozumiem, dlaczego samorządowcy wydają znaczne środki na aquaparki, na luksusowe inwestycje, a nie mają pieniędzy na biblioteki. Chciałbym, żeby patrzyli na statystyki, bo liczba odwiedzających biblioteki często przewyższa liczbę osób odwiedzających boiska.

To tylko problem samorządów?

Projekt programu rządowego, który zgłosili Obywatele Kultury, zakłada 70–80 milionów rocznie na wsparcie bibliotek w ciągu pięciu lat. Ale 80 procent wydatków na kulturę idzie z samorządów; obowiązki wobec bibliotek mają wójt, burmistrz, prezydent miasta. Muszą się do tego poczuwać. Zmiana mentalnościowa wśród bibliotekarzy polegała m.in. na tym, że nagle poczuli, że to oni są odpowiedzialni za przekonanie wójta, że biblioteka jest ważna. Bo wójt może być rolnikiem czy inżynierem i tego nie wiedzieć.

Wydaje mi się, że ze szczebla centralnego nie płynie wyraźny sygnał w tej sprawie. Byłby nim Program Rozwoju Czytelnictwa, który zaproponowali Obywatele Kultury, ale negocjacje z rządem się przedłużają. Program zakłada podniesienie atrakcyjności bibliotek, udostępnianie treści ograniczonych dziś prawem autorskim i zwiększanie aktywności społecznej, na przykład tworzenie organizacji pozarządowych przy gminnych bibliotekach.

Ten ostatni postulat dotyczy budowania koalicji wokół bibliotek, czyli takiego dobrego PR-u na poziomie centralnym i lokalnym. Ale chodzi też o sfinansowanie księgowej czy prawnika, żeby bibliotekarka nie musiała się uczyć przepisów z zakresu rachunkowości, czy środki na prowadzenie lekcji bibliotecznych w szkołach. To są często bardzo niewielkie pieniądze z punktu widzenia państwa, 2 do 5 tysięcy; małe granty często przynoszą bardzo dobre efekty.

Październikowe spotkanie Obywateli Kultury ze stroną rządową prowadzący je minister Tomasz Arabski, szef kancelarii premiera, zakończył stwierdzeniem, że nie zdawał sobie sprawy, jak ważny jest impuls ze strony rządowej. Ludziom, którzy sami uczestniczą w kulturze, pewne rzeczy wydają się oczywiste. Ale rząd daje takie sygnały – było nim podpisanie przez premiera Paktu dla Kultury czy udział ministra kultury inicjatywie Republika Książki, dzięki której chcieliśmy przekazać, że „czytanie włącza”. Włącza każdego do wspólnoty osób, które się komunikują tym samym językiem, za pomocą tego samego zestawu wartości, bohaterów literackich. Ale też pozwala przestać się bać, bo poznajemy nowe światy, nowych ludzi, rzeczy, które nie są częścią naszego doświadczenia. To zmniejsza nasz strach przed obcymi, przed przyszłością.

Te społeczeństwa, które czytają, są bardziej aktywne. Zawsze się zastanawiam, dlaczego liczba czytających Polaków mniej więcej pokrywa się z liczbą głosujących. Widać jest tu jakiś związek.  Czytanie naprawdę ma przełożenie na zachowania społeczne.

Od 1 października funkcjonuje ustawa pozwalająca łączyć biblioteki z innymi instytucjami kultury. Bardzo się obawiano, że w wielu przypadkach doprowadzi po prostu do ich likwidacji.

Zależało mi, żeby pozwolić na łączenie bibliotek, ale z bardzo mocnymi zabezpieczeniami. Połączenia powinny być tam, gdzie to przyniesie pozytywny efekt. Są takie przykłady, szczególnie w średnich miastach, bo lepiej mieć jedną dobrą bibliotekę niż dwanaście słabych filii. Istniała jednak zasadna obawa, że przepisy pozwolą samorządowcom na cięcie kosztów poprzez łączenie instytucji kultury ze szkodą dla nich. Dlatego stanęło na kompromisie – moim zdaniem dobrym – że połączenie będzie się odbywało po zasięgnięciu opinii wojewódzkiej biblioteki publicznej, która najlepiej zna sytuację, i Krajowej Rady Bibliotecznej. Dopiero wtedy minister kultury może wydać zgodę.

I jak działa ta ustawa?

Wpłynęło kilkadziesiąt wniosków, czyli nie jest to masowy ruch samorządów. W styczniu będą podejmowane pierwsze decyzje. Wygląda na to, że niektóre z wniosków są uzasadnione, ale wiele z nich świadczy o chęci likwidacji bibliotek. Krajowa Rada Biblioteczna będzie w takich przypadkach opiniować negatywnie wnioski o połączenie.

W zeszłym roku zlikwidowano 52 filie biblioteczne i moim zdaniem były to w dużym procencie decyzje uzasadnione. Ale oczywiście boję się powrotu do lat 90., kiedy samorządowcy zlikwidowali bardzo dużo bibliotek, około 2,5 tysiąca w ciągu dwóch najgorszych lat. Niektórzy przekonują mnie jednak, że samorządowcy bardzo się zmienili; czują, że takie proste, szybkie decyzje likwidacyjne nie zawsze są dobre.

Dyskusja o czytelnictwie skupia się głównie na bibliotekach publicznych, natomiast mało mówi się o szkole. A w szkołach przecież też są biblioteki…

I jest ich znacznie więcej niż publicznych. Bibliotekarzy szkolnych jest 25 tysięcy, to armia ludzi. Problemem jest to, że biblioteki szkolne są zamknięte po lekcjach i rzadko kupują nowości. Duże samorządy przeznaczają na to środki, ale na wsi jest bardzo źle. Nie ma tu wsparcia Ministerstwa Edukacji Narodowej. Postulowaliśmy w pewnym momencie wydzielenie części subwencji oświatowej na zakup książek do bibliotek szkolnych. Dyskusja trwa.

Jeśli z domu lub ze szkoły nie wyniesiemy radości czytania, to potem nie będzie nam go brakowało. Dlatego tak ważne są lekcje biblioteczne czy czytelnicze. To mogą być po prostu zajęcia, na których każdy bierze książkę i czyta, nic więcej. Już samo pokazanie, że czytanie jest przyjemnością, jak wyjazd na wakacje czy gra w piłkę, to byłby sukces. Wysoki poziom czytelnictwa jest właśnie w tych krajach, w których docenia się przyjemność czytania. Przecież to nie jest tak, że tam czyta się wyłącznie noblistów, tylko głównie literaturę popularną, romanse, kryminały. Ale to wstęp do czytania rzeczy ważnych.

A może dobrym pomysłem byłoby przeniesienie do szkół idei dyskusyjnych klubów książki?

Kiedy kluby wchodziły do Polski, baliśmy się, że ten anglosaski pomysł tu nie wypali. Tymczasem znakomicie się przyjął, jest już ponad tysiąc klubów. To duży sukces Instytutu Książki. Ale powinno być dziesięć tysięcy – nie tylko przy bibliotekach publicznych, ale też właśnie w szkołach, szpitalach, domach opieki. I w więzieniach – z tego, co wiem, jest chyba tylko jeden taki w Polsce.

A jaką rolę w promocji czytelnictwa odgrywają w Polsce media? W tym roku na Targach Książki we Frankfurcie widziałam, że stacje telewizyjne, ważne gazety są tam współorganizatorami spotkań z pisarzami. I przez cały jest liczna publiczność.

Z tą myślą zainaugurowaliśmy dwa lata temu Republikę Książki: media muszą się włączyć w promocję czytelnictwa, inaczej będzie źle. Bardzo zależało nam na scenarzystach seriali. W polskiej telewizji kiedy bohater spotyka się z adwokatem, to adwokat siedzi na tle pustej ściany albo na tle obrazu; w amerykańskich filmach stoi za nim regał z książkami.

Republika Książki miała być impulsem do zmian – i tak się stało. Kilka lat temu książki to był martwy temat. Przedstawiciele mediów, z którymi rozmawiałem, mówili: „To jest nudne, nikt tego nie kupi”. Praktycznie z wszystkich ogólnopolskich gazet zostały wyrugowane działy poświęcone książce, podobnie było w telewizji i radiu. A teraz „Gazeta Wyborcza” wydaje magazyn „Książki”, nierzadko poświęca książkom dwie kolumny w wydaniu głównym, do „Rzeczpospolitej” wróciła „Rzecz o Książkach”. TVN24 wprowadził „Xięgarnię”, w radiu Tok FM jest kilka programów o książkach. Także telewizja publiczna zastanawia się nad nowym programem. Czuję poważną zmianę klimatu.

A to się przekłada na nakłady i sprzedaż?

Nie. Nakłady bardzo dobrych książek osiągają w Polsce 10 tysięcy. Jak mają 100 tysięcy, to jest wielki sukces. W 40-milionowym kraju 100 tysięcy nakładu to bardzo mierny wynik. Tu nakłady poczytnych autorów powinny osiągać milion. W Stanach Zjednoczonych 100 tysięcy egzemplarzy książki sprzedawało się następnego dnia po tym, jak jej tytuł padł w programie Oprah Winfrey.

W 2011 roku przychody wydawców zmniejszyły się o 12 procent, w 2012 r. było lepiej, ale niewiele. Przy małym rynku polskim – Łukasz Gołębiewski z „Biblioteki Analiz” szacuje jego wartość na 2,7 miliarda, ja na jakieś 2 miliardy – to jest bardzo zły wynik. W Polsce książki kupuje między 12 a 20 procent społeczeństwa, z czego mniej więcej jedna trzecia to osoby kupujące podręczniki.

Cały czas mnie zastanawia, dlaczego ludzie nie kupują książek, a kupują drogie kwiaty. Kiedy jadę przez małe miasteczko, widzę, że kwiaciarnia jest, a księgarni nie ma. Dlatego zawsze zachęcam wydawców, żeby promowali książki, dając je bibliotekom. Jak się przeczytało dobrą książkę, to ma się ochotę na następną, a później mieć ją na własność.

Tu chodzi też o równowagę między kulturą darmową a kulturą płatną. Bez kultury darmowej nie ma kultury płatnej! Podejmując decyzję o swoich wydatkach, kierujemy się potrzebami; jeśli nie traktujemy czytania jako potrzeby życiowej, czego uczą nas biblioteki instytucjonalne i prywatne, nie przyjdzie nam do głowy kupienie książki sobie lub bliskim. Kupimy coś innego, niestety.

Tomasz Makowski – dyrektor Biblioteki Narodowej

 

Czytaj też: Czytanie to sport dla bogatych, niestety – rozmowa z Elżbietą Kalinowską, zastępczynią dyrektora Instytutu Książki, koordynatorką programu Dyskusyjnych Klubów Książki.

Bio

Magda Majewska

| Redaktorka Krytyki Politycznej, animatorka kultury
W Krytyce Politycznej od 2010 roku, do 2013 odpowiedzialna za promocję Wydawnictwa Krytyki Politycznej, od lipca 2013 redaktorka Krytyki Politycznej. Absolwentka politologii UW, Podyplomowych Studiów Polityki Wydawniczej i Księgarstwa UW oraz Studiów Podyplomowych „Literatura i książka dla młodzieży wobec wyzwań nowoczesności” na UW. Zajmowała się promocją i PR-em w dziedzinie kultury (m.in. promocją TR Warszawa w latach 2006-2010) oraz animacją projektów społeczno-kulturalnych. Redaktorka książek i tłumaczka z języka niemieckiego. Inicjatorka akcji społecznej „Warszawa Czyta”, współprowadzi Mokotowski Dyskusyjny Klub Dyskusyjny. Feministka, weganka, rowerzystka. Mama Mirona.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.