Świat

Brazylia: „Nie” dla Mundialu

Gigantyczny stadion piłkarski górujący nad miastem – w takiej scenerii odbyły się 17 i 18 czerwca masowe demonstracje Brazylijczyków.

Protesty w Rio de Janeiro, Brasilii, São Paulo, Belo Horizonte czy Porto Alegre zgromadziły dziesiątki tysięcy ludzi (w Rio nawet 200 tysięcy) i ocenia się je na największe od ponad dekad. Zaczęły się na początku miesiąca od znacznie skromniejszych wystąpień przeciwko podniesieniu cen biletów komunikacji miejskiej w São Paulo.

To nie przypadek, że miejsca demonstracji pokrywają się z miastami-gospodarzami przyszłorocznych Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej i rozgrywanego obecnie Pucharu Konfederacji. Przygotowania do obu tych wielkich imprez kosztowały trzykrotnie więcej, niż planowano. Miały być one źródłem dumy narodowej oraz wizytówką Brazylii XXI wieku. Ale wydatkom bez końca na inwestycje, które mają zadowolić FIFA i zagranicznych gości, towarzyszą cięcia w budżecie centralnym i w budżetach miast. Rośnie też inflacja, podnosząc ceny. To efekty światowego kryzysu gospodarczego, który uderzył w brazylijski eksport i zatrzymał trwający od lat imponujący rozwój kraju.

Ludzie, którzy protestują, to niekoniecznie tylko ci najbiedniejsi. Bardzo aktywna jest klasa średnia. W ostatnich latach, dzięki wzrostowi gospodarczemu i modernizacji, powiększyła się ona o miliony osób. Obecnie jej przedstawiciele, zwłaszcza ci z najmłodszego pokolenia, obawiają się, że utracą świeżo zdobyty status społeczny. Jednocześnie domagają się usług publicznych na poziomie zgodnym z ich aspiracjami. Stąd powracające na kolejnych demonstracjach hasło „Saúde e educação, Copa não” („Zdrowie i edukacja, nie Mundial”). Stoi ono w kontrze do wezwania władz i sekretarza generalnego FIFA, by „wspólnie celebrować poczucie dumy z pozycji kraju na arenie światowej”.

I to właśnie międzynarodowy wizerunek kraju jako gospodarza mistrzostw oraz komfort kibiców i turystów wydawały się początkowo głównym zmartwieniem rządzących. Ich pierwszą reakcją było użycie sił policyjnych przeciw „chuliganom” blokującym ulice São Paulo oraz gromadzącym się wokół stadionów w Rio i Belo Horizonte podczas meczów Pucharu Konfederacji. Szybko jednak się okazało, że brutalność, gumowe kule i gaz łzawiący tylko przysparzają rządowi nowych przeciwników.

W rezultacie minister obrony João Cardozo potępił „arbitralne i brutalne” działania policji, a prezydent Dilma Rousseff w swoim wystawieniu z sympatią odniosła się do protestów jako formy udziału obywateli w życiu demokratycznym. Sama Rousseff zachowuje ponad 50-procentowe poparcie społeczne, ale ostrze protestów jest wymierzone w elity polityczne, oskarżane o korupcję i ignorowanie problemów obywateli. Ich symbolem stała się Partia Pracujących (PT) od dziesięciu lat rządząca krajem za kadencji Inacio Luli da Silvy, a następnie Roussef. Protesty są postrzegane jako poważny kryzys polityczny, która zagraża rządom PT.

Paradoksalnie, kryzys gospodarczy stworzył atmosferę, która uderza w partię zasłużoną dla rozwoju gospodarczego Brazylii, która miała poważny udział w redukcji nędzy i ubóstwa w kraju, a przez to długo cieszyła się szerokim poparciem.

Sytuacja w Brazylii pokazuje, że w kryzysie masowe protesty mogą zachwiać polityką krajów uchodzących za filary stabilności w regionie – tak Brazylii w Ameryce Południowej, jak i Turcji na Bliskim Wschodzie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.