To niepokojące - człowiek może z wierzchu wyglądać z grubsza normalnie, a okazuje się, że w środku jest zepsuty, toczy go jakaś choroba. Krótko mówiąc, wygląd oszukuje, a ludzie chcieliby poznać prawdę. I dla tych, którzy by chcieli, pan premier opublikował coś w rodzaju raportu: że wszystko w zasadzie w porządku, tylko ten cholesterol… Rzecz jasna raport pana premiera nie ma nic wspólnego z tym, że pan prezydent odmówił ujawnienia prawdy o swoim wnętrzu. To tylko taka przypadkowa koincydencja. Zresztą nikt nikogo nie zmusza i może powinno nam wystarczyć to, co widać. Jeśli jednak mielibyśmy już zaglądać do środka, żeby zobaczyć to, czego nie widać, to czy rzeczywiście najciekawszy jest cholesterol, czy inna hemoglobina? A nawet jeśli byłaby to prostata, nerka czy wątroba, cóż w tym fascynującego? Niektórzy sugerują, że ciekawsze byłoby zbadanie zdrowia psychicznego polityków. Ale to chyba też widać gołym okiem. Wszyscy są permanentnie w stanie manii, chociaż podejrzewam, że gdy tylko kamery spuszczają ich z oka, wpadają w depresję. Czy nie ciekawiej byłoby się dowiedzieć - nie tylko o politykach, też o różnych osobach publicznych, a nawet niepublicznych - tego, czego same o sobie nie wiedzą? Albo nawet jak wiedzą, to nie powiedzą. I mam tu na myśli rzecz bardzo konkretną: uprzedzenia i preferencje. W liberalnym obyczaju leży, a nawet w prawie jest zapisane, że mamy wszystkich traktować równo - bez względu na płeć, wiek, narodowość, wyznanie itp. Czy jednak na nasz stosunek do bliźnich, a przez to i ich traktowanie, nie wpływają odruchy, nad którymi do końca nie panujemy, a które sprawiają, że jednych lubimy bardziej od innych? Albo nie lubimy. Kto się jednak przyzna, że, powiedzmy, woli białych od czarnych? A nawet jak się przyzna, na przykład, że woli kobiety, to czy można w to wierzyć? Albo kiedy twierdzi, że nie ma nic, ale to nic do homoseksualistów, oczywiście jeśli nie wychodzą z domu. A umiłowanie własnego narodu, który obowiązkowo kochamy bardziej niż inne - czy nie jest tylko czczą deklaracją? Tego, jak jest naprawdę (albo w przybliżeniu naprawdę), można się dowiedzieć, rozwiązując testy utajonych skojarzeń, dzięki którym możemy poznać nasze automatyczne preferencje, często niemające nic wspólnego z głoszonymi poglądami. Jak już miałabym się o kimś czegoś dowiadywać, to to wydaje mi się zdecydowanie bardziej interesujące od stanu prostaty. Ponieważ nie można nikogo do tego zmusić, zaczęłam od siebie. I jestem gotowa przedstawić raport ze stanu moich odruchów. Przebadałam się kompleksowo: na stosunek do ludzi starszych i młodszych, grubych i chudych, czarnych i białych, homo i hetero, swoich i obcych, do Polski i Stanów Zjednoczonych. A potem poszłam na całość i sprawdziłam, czy przypadkiem nie faworyzuję coca-coli, dyskryminując pepsi. I oczywiście okazało się, że nie jestem ideałem bezstronności. A tam, gdzie jestem bezstronna, to też nie wiadomo, czy to dobrze. Ale raport to raport, a raport o tym, że jest się całkiem zdrowym, jest nudny. No to zacznijmy od bezstronności. Równo traktuję swoich i obcych oraz Polskę i Stany Zjednoczone. Żadnego z tych krajów nie wyróżniam - jest mi wszystko jedno. Nie kojarzę też automatycznie mężczyzn z naukami ścisłymi, a kobiet z humanistyką. Niestety, jednak preferuję młodych i szczupłych. Dodam na swoje usprawiedliwienie, że słabo preferuję, a mogłabym umiarkowanie albo silnie. Też słabo, ale jednak, preferuję czarnych i homoseksualistów. Jak jasno z tego wynika, mam pewne uprzedzenia wobec białych, starzejących się i tyjących osobników heteroseksualnych - czyli takich jak ja. Cóż za niemiła niespodzianka. Jeśli chodzi o colę i pepsi, to jest to sfera mojej prywatności i nikomu nie ujawnię wyników. A teraz, kto następny? Testy IAT na stronie https://implicit.harvard.edu/implicit/.
Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 6 września 2008.