Tożsamość według Kiepskich

felieton: Agata Bielik-Robson , 03.12.2012
+A -A

Widmo tożsamości krąży nad Polską. Krąży już od jakiegoś czasu, zaczęło wyraźniej, od kiedy nastały tak zwane „media tożsamościowe”, które – wedle deklaracji – służą nie temu, by informować o świecie (czymś takim zadowoliłby się byle leming), ale temu, by bronić „polskiej tożsamości” (zagrożonej przez obce, zachodnioeuropejskie wpływy). Już Stanisław Brzozowski narzekał na to, że „polska tożsamość” to uporczywy, czysto fantazmatyczny mit, pozbawiony zakorzenienia w rzeczywistości dziejowej, całkowicie odporny na jakąkolwiek „pracę ducha” i wszelkie próby modernizacyjne. Diagoza ta ważna jest i dzisiaj.

 

Czy oznacza ona, że Polacy w ogóle nie żyją w historii? Nie, oznacza tylko, że polski dyskurs tożsamościowy nie przyjął nowoczesnej formy, a polska tożsamość nadal tkwi w mitycznym bezczasie. Sami Polacy, jako jednostki, którym przydarzyło się urodzenie na terytorium polskiego państwa, uczestniczą w rozmaitych wydarzeniach świata, choć niekoniecznie właśnie jako „Polacy”, a więc wspólnota o określonej dziejowej tożsamości. Wielu obywateli naszego państwa czuje się Polakami niejako przez przypadek: boleśnie bądź obojętnie odczuwają oni przygodność faktu urodzenia w tym właśnie miejscu na ziemi, w tym a nie innym czasie. Polskość mówi im niewiele albo wręcz nic w kwestii tego, jaką postawę mają przyjąć wobec najbardziej palących nowoczesnych problemów: kapitalizmu i jego dzisiejszego kryzysu, obywatelskich wyzwań demokracji liberalnej czy przynależności do takich ponadnarodowych ciał jak Zjednoczona Europa.

 

Młodzi Polacy, w Polsce i na emigracji, stawiają czoła tym problemom samotnie, jednocześnie dzielnie i bezradnie. Sami, pojedynczo, inicjują się w historię nowoczesnego Zachodu, nierzadko swoją tożsamość narodową uważając za balast. Ta bowiem, nie będąca efektem żadnej pracy dziejowej, nie może im pomóc w niczym, co wydaje im się istotne; więcej jeszcze, zapominają o niej chętnie, jak zapomina się o toksycznych relacjach rodzinnych. Ci młodzi rozpatrują swą przynależność do polskiej wspólnoty w terminach czystej przygodności – podczas gdy niezmordowany „obóz patriotyczny” trwa uparcie na pozycjach czystej esencji. Między jednym a drugim, przygodnością a esencją, nie ma tu żadnej negocjacji: dla Polaków z przypadku tożsamość polska okazuje się czymś bezużytecznym dla życia w nowoczesnej historii, zaś dla Polaków z istoty tożsamość polska jest fetyszem, który im życie w nowoczesnej historii uniemożliwił.

 

Problem ten najlepiej chyba porusza wydana ostatnio książka, napisana przez młodego polskiego socjologa Jana Sowę, zatytułowana Fantomowe ciało króla. W tej uczonej rozprawie, w której tożsamość polska rozważana jest na tle Ernsta Kantorowicza oraz Jacquesa Lacana, pada jedna podstawowa teza, którą Sowa powtarza zresztą za Brzozowskim: polska tożsamość jest fantomem, który wytworzył się w odruchu zaborowej nostalgii za utraconą wielkością Pierwszej Rzeczpospolitej, a zarazem w geście odrzucenia nowoczesności. Antymodernizm, będący integralną częścią katolicyzmu kontrreformacyjnego, który staje się stałym elementem polskiej tożsamości właśnie w tym czasie, przekłada się także na ogólnie antymodernistyczną postawę Polaka – zapatrzonego w miniony złoty wiek katolicko-tradycjonalistycznej sarmacji, a zarazem wyobcowanego z przemian modernizacyjnych, które go (jak sądzi) tej sarmackiej idylli pozbawiły. Tak określona tożsamość polska nie tylko zatem nie inwestuje w nowoczesność – uważa wręcz ona modernitas za swego głównego adwersarza, który wedle polsko-mesjańskiej sprawiedliwości dziejowej musi zostać ukarany za to, że swą odczarowującą przemocą pozbawił Polaków ich sielskiej macierzy. Wielka Wojna Narodów, wieszczona z mściwą satysfakcją przez Mickiewicza, zakończy nowoczesność w ogniu zbiorowej apokalipsy, u końca której wyłoni się – niczym triumfujący i miotający ogniem Baranek z Objawienia św. Jana – odrodzona z tej krwi Polska.

 

Nie tylko zatem nie-modernizm cechuje polską tożsamość fantomową; jest ona znacznie bardziej agresywną formacją, nakierowaną przeciw wszystkiemu, co nowoczesne. Echa tego anty-modernizmu pobrzmiewają u wszystkich polskich twórców, dla których polska tożsamość stanowiła problem, na dobre i na złe. Jeśli więc Witold Gombrowicz przedstawia się Dominikowi de Roux jako „polski szlachcic”, to głównie po to, by za chwilę wygłosić miażdżącą krytykę „paryskiego intelektualizmu” jako myśli abstrakcyjnej i wyobcowanej, pełnej chłodnej dystynkcji. Jeśli Czesław Miłosz, poeta znakomicie na Zachodzie przyjmowany, nazywa mimo wszystko w liście do Herberta Stefana Mallarmé, naczelnego francuskiego modernistę, „tą swołoczą”, to emocje te świadczą o czymś więcej niż tylko o resentymencie: jego pełne niechęci analizy Becketta z Ziemi Ulro potwierdzają, że Miłosz nie znosi nowoczesności jako „epoki nihilizmu”, a jego ideałem pozostaje coś, co sam później nazwie „tomistyczną afirmacją bytu”, rodem z polskiej kontrreformacyjnej katolickości. Jeśli polski papież, Karol Wojtyła, z taką łatwością adoptuje hasło Romana Guardiniego, potępiające zachodnią nowoczesność jako „cywilizację śmierci”, to między innymi dlatego, że w młodości naczytał się arcypolskiego Mickiewicza i Słowackiego. I, last but not least, jeśli Jarosław Marek Rymkiewicz ze złośliwą radością dzieli dzisiejsze społeczeństwo polskie na „prawdziwych Polaków” i „pasażerów na gapę”, czyli tak zwanych „lemingów”, to znów, głównie dlatego, że nasza fantomowa tożsamość antymodernistyczna nauczyła go traktować zachodnią nowoczesność pogardliwie jako nader przyziemną „kulturę ciepłej wody w kranie”.

 

Antynowoczesne ostrze tej tożsamości, nigdy w istocie niestępione przez żadną refleksję pozytywistyczną (zawsze traktowaną w Polsce jako „zachodni import”), sprawia, że Polak tą tożsamością przejęty i ją kultywujący nigdy nie stanie się obywatelem nowoczesnego świata. W ogóle nie stanie się obywatelem, ponieważ pojęcie obywatelskości będzie mu równie obce (i wstrętne), jak wszystkie inne pojęcia rodem z nowożytnych demokracji liberalnych.

 

Wbrew temu, co sądził Roman Dmowski, nie ma czegoś takiego, jak „nowoczesny Polak”.

 

Istnieje fantomowa polska tożsamość wykatapultowana w mityczny bezczas nostalgicznych fantazji – i istnieją pojedynczy Polacy, nazywający się Polakami przez przygodność urodzenia, którzy żyją w czasie teraźniejszym, w nowoczesnej historii, skazani na borykanie się z jej problemami bez podpory burke’owskiej „mądrości pokoleń”.

 

Istnieją chyba tylko dwa sposob na to, by tę nieszczęsną tożsamość łączyć z nowoczesną egzystencją: jeden, bardziej refleksyjny, oparty na grotesce – i drugi, bezrefleksyjny, oparty na nieporozumieniu. Ten drugi jest sposobem najbardziej rozpowszechnionym; w konserwatywnej większości, jaka stanowi elektorat Platformy Obywatelskiej, życie „nowoczesnego Polaka” polega w dużej mierze na ignorowaniu schizofrenii. Podczas gdy prawica radykalna przeżywa tę schizofrenię w zabójczym natężeniu, mniej lub bardziej świadomie dążąc do społecznej apokalipsy – prawica umiarkowana udaje, że nie ma problemu, a tym samym zachowuje się jak św. Paweł w interpretacji Carla Schmitta: „powstrzymuje apokalipsę” w roli politycznego katechona. Jej dyskurs jest bezrefleksyjny, technokratyczny i usypiający; nie mając żadnego pomysłu na problem polskiej tożsamości, zakłada, że dzięki unijnym dotacjom i pragmatycznemu zarządzaniu choroba ta zostanie zaleczona (co mogło działać wcześniej, ale nie działa już w czasach kryzysu). Polacy jednak masowo zdają sobie sprawę, że model życia zwany „polską tożsamością” w niewielkim stopniu przystaje do wymogów nowoczesnej egzystencji; dlatego też naturalną formą ich ekspresji jest autogroteska.

 

Już jakiś czas temu Cezary Michalski, były „pampers” głęboko rozczarowany niepowodzeniem projektu „konserwatywnej modernizacji”, postulował, by polska literatura zaczęła uprawiać coś, co nazywa on realizmem groteskowym: realizmem tym bardziej właśnie realistycznym, im bardziej zdającym się na groteskową deformację. Sprzeczność, jaka wytwarza się w napięciu między polską tożsamością a życiem nowoczesnym, jest bowiem tyleż źródłem nieszczęść, co niezłego komizmu. Niezwykła popularność polsatowskiego serialu Świat według Kiepskich, utrzymanego w konwencji realizmu groteskowego właśnie, serialu towarzyszącego nam niemal dokładnie od czasów transformacji, zaświadcza o tym, że Polacy – pod warunkiem, że nie przeżywają tej sprzeczności tragicznie, jak radykalna prawica – dobrze się czują w żywiole komicznej autoironii. Mikrokosmos Kiepskich bowiem to nic innego jak mapa polskiej tożsamości przeniesiona z fantomowej sarmacji we współczesne realia miejskiego bloku, gdzie wszystkie role fantazmatyczne – szlachcica na swoim, pańszczyźnianego chłopa i mieszczanina na dorobku – zostały obsadzone w konkretnych dzisiejszych postaciach: bezrobotnym mędrkującym warchole Ferdynandzie, naiwnym, wiecznie przez wszystkich wykorzystywanym Boczku i handlującym na bazarku damską bielizną Paździochu.

 

Nic dziwnego, że ten niewinny z pozoru serial został uznany przez obóz patriotyczny za wcielenie zła. Tymczasem toczy się tam, z pozoru niepoważnie, ciągła praca nad polską tożsamością – nawet jeśli praca ta jest okupiona efektem komizmu i groteski. Istnieje taka stara mądrość ludowa, zgodnie z którą z duchów należy się śmiać: podczas gdy widma żywią się ludzkim strachem, śmiech całkowicie je rozbraja. Dlatego jest nadzieja. Fantomowa tożsamość polska, to straszne widmo unoszące się nad Polską, zniknie tylko wtedy, kiedy wreszcie masowo nauczymy się z siebie żartować.

 


Polub Dziennik Opinii na FB   

Multimedia

Klub Krytyki Politycznej w Łodzi

Żyję w mieście rewolucji - film dokumentalny

Film dokumentalny prezentujący obchody 111. rocznicy Powstania Łódzkiego/Rewolucji 1905 roku, a także przygotowania do eventu. Obchody odbyły się 18 czerwca 2016 roku w Łodzi.

TVKP

ONR nie pojawił się w roku 2015

Zapytana o strategię walki z antysemityzmem, dr Helena Datner z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie mówi: „protestować, pisać, badać”.

TVKP

Irena Grudzińska-Gross: „Trump? Macho z kiepskiego filmu"

Donald Trump? Rasista i mizogin, macho z kiepskiego filmu - mówi Irena Grudzińska-Gross, historyczka z Uniwersytetu w Princeton, w programie „Sterniczki” Roberta Kowalskiego w Krytyce Politycznej.

Time To Talk

No Europe without Solidarity

Jak wygląda dzisiejsza i przyszła Europa widziana oczami działaczy i działaczek z południa kontynentu, jego zachodniej i wschodniej części?