Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Promocja własnego kraju |
|
|
Anna Delick, Sztokholm
|
|
02.08.2009 |
Pochodzące z łaciny słowo semester straciło we współczesnej szwedczyznie swoje pierwotne znaczenie i oznacza po prostu „urlop”. Semester jest u nas wyjątkową świętością. Każdy zatrudniony w Szwecji ma prawo do 5-tygodniowego płatnego urlopu, a niektóre kategorie zawodowe – do 6-tygodniowego. Pracodawca jest bezwzględnie zobowiązany prawem pracy do udzielenia 4-tygodniowego urlopu w czerwcu, lipcu lub sierpniu. Wymóg ten egzekwowany jest surowo, choć czasami powoduje pewne niedogodności, zwłaszcza w lipcu zamyka się część posterunków policyjnych, niektóre oddziały w szpitalach, banki, holdingi i inne korporacje pracują sennie, na pół obrotu, w urzędach trudno coś załatwić. Jednak solidny odpoczynek wakacyjny opłaca się pracodawcom i całemu społeczeństwu, szereg badań wykazuje, że pełna rekreacja wymęczonego roczną pracą organizmu wymaga właśnie odpoczynku nie krótszego niż cztery tygodnie. Pamiętajmy, że w Szwecji za pierwsze dwa tygodnie choroby zatrudnionego płaci pracodawca, a dopiero później obowiązek ten przejmuje Kasa Ubezpieczeń. Pracodawca zobowiązany jest też do opłacenia pełnej rehabilitacji, o ile jest ona konieczna. Ponieważ przeważającą część swojego życia spędziłam w Szwecji, wręcz w osłupienie wprawiły mnie koleżanki z „Krytyki Politycznej”, które miały nadzieję, iż swoje teksty będę pisała także w czasie „świętego urlopu”, kiedy to nigdy nie dotykam komputera i przez cały czas mam wyłączony telefon komórkowy.
Feudalna pogarda, krowia pokora
Ze wszystkich czynności życia najbardziej lubię pływanie w jeziorach i wiosłowanie w zwykłej łódce, a więc pierwszą część tegorocznego urlopu spędziłam wyjątkowo w lasach na… polskich Mazurach. Oznaczało to w praktyce, że po przylocie do Warszawy musiałam wpierw dostać się do Olsztyna. Chciałam przejechać się polskim pociągiem i było to nader pouczające doświadczenie. Przede wszystkim zaskoczyło mnie, że do Olsztyna – ostatecznie miasta wojewódzkiego – nie kursuje żaden pociąg ekspresowy. Wybrałam więc pośpieszny, która to nazwa jest po prostu ordynarnym oszustwem i to nie tylko dlatego, że „pośpieszny” miał ponad 90-minutowe opóźnienie. Pociąg był zatłoczony, więc na korytarzu wagonu pierwszej klasy koczowali na walizkach podróżni posiadający bilety klasy drugiej, blokując dostęp do toalet. Był to skądinąd czyn humanitarny, gdyż stan tych przybytków – cuchnących, pozbawionych wody, mydła i papieru toaletowego – nawet u osób gołębiego serca wzbudzić mógłby żądzę strzelania do odpowiedzialnych za komunikację dygnitarzy polskich.
Ten koszmarny pociąg kojarzył się jedynie z dawnym Związkiem Sowieckim. Nie chodzi mi o brak elementarnego komfortu podróży – bywałam w krajach Trzeciego Świata, w Indiach jechałam pociągiem równie obskurnym (choć woda w toaletach była) – ale o tę „krowią pokorę”, z jaką umęczeni podróżni znosili pogardę okazywaną im przez spółkę skarbu własnego państwa. Jadwiga Staniszkis napisała obszerną książkę o postkomunizmie. Czytałam ją kiedyś z zainteresowaniem, ale dla mnie postkomunizm to przede wszystkim taki straszny pociąg, demonstrujący tę feudalną pogardę, jaką w Polsce najwyraźniej żywi się wobec „hołoty”, która zamiast mknąć własnym bmw czy chociażby volvo, nadal chce jeździć koleją. Rozprostowując kości na zatłoczonym korytarzu, usłyszałam język angielski, w którym jakiś rosły młodzieniec robił komuś przez komórkę wymówki, iż narażono go na inferno polskiego kolejnictwa. Okazał się być Norwegiem, który też przybył do Warszawy samolotem i nieopatrznie wybrał się w dalszą podróż polskim pociągiem. Zastanawialiśmy się przez chwilę, kiedy zachodnioeuropejskie standardy cywilizacyjne dotrą do polskich kolei i z nadmiernym chyba optymizmem uzgodniliśmy naszą prognozę na jakieś pięćdziesiąt lat.
Kolejna niespodzianka spotkała mnie w bardzo miłym zresztą Olsztynie. Gdy wioząca mnie na lunch taksówka opuściła ulicę Kanarkową, skręcając w lewo do hotelu Manor, wjechaliśmy na drogę składającą się głównie z dziur. Sam hotel, bardzo przyzwoity, położony jest w lesie, nad samym jeziorem Tyrsko, jednym z najczystszych na Warmii i Mazurach. Jest niewątpliwie osobliwością polskiej oferty turystycznej, że do tak sympatycznego miejsca prowadzi tak koszmarna droga i że sam hotel nie posiada na jeziorze nawet najskromniejszej przystani i chociażby kilku kajaków. To prawda, że dla zagranicznego turysty taksówki są w Polsce bardzo tanie, może więc nawet bez własnego samochodu z łatwością podjechać nad jakieś inne jezioro, posiadające przystań żeglarską i sprzęt, ale o jakości turystycznej oferty świadczy jej perfekcjonizm. Warto pamiętać, że turystyka jest bardzo skuteczną metodą promocji kraju, choć nie najskuteczniejszą.
Wszystkie inteligentnie rządzone kraje starają się przy pomocy różnych metod poprawić swój zagraniczny image. W tym celu niektóre rządy (np. chiński czy portugalski) korzystały w Szwecji z kosztownych usług profesjonalistów, chociażby z działającej w 25 krajach szwedzko-amerykańsko-brytyjskiej firmy Kreab, której specjalnością jest polityczny lobbying w mediach. Z kolei szwedzka ISA (Invest in Sweden Agency) dysponuje sporym budżetem, stosuje bardzo niekonwencjonalne metody i oferuje usługi w siedmiu językach (w tym w japońskim i chińskim). Fachowcy marketingu wiedzą jednak, że istnieje pewien szczególny, niezwykle efektywny sposób promocji własnego kraju, zwany nawet „hodowlą darmowych lobbystów”. Chciałabym poświęcić mu chwilę uwagi.
Bezdomność szwedzkiego studenta
W roku akademickim 1999/2000 przebywało w Szwecji 13 480 zagranicznych studentów i doktorantów. Ówczesny premier, Göran Persson, uznał, że to stanowczo za mało i polecił resortom szkolnictwa, spraw zagranicznych i handlu opracowanie „narodowej strategii” zwiększenia rekrutacji studentów z zagranicy. Okazała się ona skuteczna, bowiem w roku akademickim 2007/2008 studiowało w Szwecji już 31 260 obcokrajowców. Dla tak niewielkiego ludnościowo i peryferyjnego kraju Północy jest to liczba ogromna [1], a obecny rząd mieszczański planuje jeszcze jej zwiększenie. Decyzja to heroiczna, gdyż studenci zagraniczni mają pierwszeństwo w otrzymywaniu mieszkań studenckich, których zwłaszcza w Sztokholmie rozpaczliwie brakuje.
Jak niedawno podała „Svenska Dagbladet” (29 lipca 2009), w roku akademickim 2009/2010 aż 80 tysięcy studentów ze Sztokholmu będzie zębami i pazurami walczyć o 12 tysięcy mieszkań studenckich. Ci, którzy ich nie otrzymają, będą musieli wynająć prywatnie, a nie jest to proste. Studenci mają specyficzne wymagania. Ponieważ ponad 90 proc. szwedzkich studentów utrzymuje się z pożyczki studenckiej, poszukują oni mieszkań małych (wyłącznie kawalerek), tanich, dobrze wyposażonych i znajdujących się blisko uczelni, na której studiują. Studenci czynią, co tylko w ich mocy, aby nie mieszkać na przedmieściach i w dzielnicach peryferyjnych. Stąd znane są niestety nie tak rzadkie wypadki studentek, które za wynajęcie mieszkania w centrum czy w bezpośredniej bliskości uczelni nie tylko płacą czynsz, ale dodatkowo świadczą właścicielowi usługi seksualne. Trzeba pamiętać, że nawet samotny, dorosły Szwed czy Szwedka na ogół nie mieszka w kawalerce, ale w mieszkaniu przynajmniej dwupokojowym. Firmom nie opłaca się więc budować domów z kawalerkami, gdyż praktycznie zainteresowani są nimi tylko studenci, a więc klienci-„przelotne ptaki”. Jeszcze niedawno, przed kryzysem, firmy inwestorskie nawet mieszkania dwupokojowe uznawały za nieopłacalne.
Największym właścicielem mieszkań studenckich jest w Sztokholmie fundacja SSSB (Stiftelsen Stockholms Studentbostäder), dysponująca 8 tysiącami mieszkań. Jej przewodniczący, Nicke Grundberg stwierdza, że fundacja mogłaby natychmiast rozpocząć budowę domów z mieszkaniami studenckimi, ale nie otrzymuje od miasta takich lokalizacji, które mogliby zaakceptować przyszli klienci-studenci. Odpowiedzialny za przyznawanie tych lokalizacji Joakim Larsson z władz Sztokholmu przyznaje, że jest to problem. Studenci nie będą mieszkać w dzielnicach peryferyjnych czy w dzielnicach o dużej ilości imigrantów. Nowe lokalizacje we Frescati (dzielnica uniwersytetu z dużą ilością zieleni) są wykluczone ze względów ekologicznych. Nieliczne wolne miejsca w centrum też są wykluczone, gdyż tam buduje się apartamentowce dla bogatych klientów. Nie jest też rozwiązaniem nadbudowa dodatkowych kondygnacji na dachach już istniejących domów, gdyż inwestorzy urządzają tam duże mieszkania dla klientów silnych kapitałowo czy pracownie dla artystów.
Andrej Tibajew, przewodniczący korporacji studentów uniwersytetu sztokholmskiego, ujawnił, że zarówno jego organizacja, jak i władze uczelni usiłują uświadomić politykom powagę problemu – wiadomo, że w czasach kryzysu i przy 10-procentowym już bezrobociu liczba studentów gwałtownie rośnie (tylko na Stockholms universitet w semestrze jesiennym tego roku będzie studiować o 4 tysiące więcej studentów niż w ubiegłym roku akademickim). Jak to ujęła jego koleżanka, Lotta Viklander, politycy nie mogą dopuścić do sytuacji, że studia w Sztokholmie będą podejmować tylko studenci z bogatych rodzin (których stać na monstrualne czynsze w centrum), studenci mający w stolicy rodzinę czy atrakcyjne studentki, dopłacające do czynszu własnym ciałem. Zauważmy, że w całej tej debacie nie padł argument o zlikwidowaniu priorytetu przyznawania mieszkań studentom zagranicznym. Dlaczego Szwedom tak na nich zależy?
Czysto, pięknie, po angielsku
W świecie gospodarki globalnej częściowe wykształcenie zagraniczne to duży merit. Ktoś, kto chociaż 2-3 semestry studiował na przyzwoitej uczelni zagranicznej, ma z reguły większe możliwości zawodowej kariery niż ktoś, kto studiował tylko we własnym kraju (właśnie dlatego także 29 tysięcy młodych Szwedów wyjechało w ubiegłym roku akademickim na studia zagraniczne). Jeżeli jednak studenci z zagranicy – z których przynajmniej część wejdzie do elity swoich krajów – mają promować w nich Szwecję, to nie wystarczy tylko zapewnić im wykształcenie po angielsku i na wysokim poziomie oraz mieszkania o przyzwoitym standardzie. Zagraniczni studenci muszą Szwecję polubić i coś o niej wiedzieć. Szwedzi nie są aniołami, mają też szereg nieprzyjemnych cech, jednak – w przeciwieństwie do Polaków – są ich świadomi. Jedną z niemiłych cech Szwedów jest ich niechęć do towarzyskiego, na gruncie prywatnym, obcowania z cudzoziemcami [2]. Studenci zagraniczni – zwłaszcza z unijnej wymiany – z reguły nie znają i nigdy nie będą znać języka szwedzkiego, mogliby więc w Szwecji studiować i opuścić ją nie mając pojęcia o tym kraju, jego mieszkańcach i ich kulturze. Dlatego na wielu uczelniach stworzono instytucję kulturowych mentorów – są nimi członkowie szwedzkich organizacji studenckich, którzy mają swoich zagranicznych podopiecznych trochę wprowadzić w szwedzkie społeczeństwo, nauczyć czegoś o szwedzkim systemie, kulturze i jakże pięknej przyrodzie. Chodzi o to, aby zagraniczny student nie czuł się samotny i Szwecję polubił. Z dostępnych mi danych wynika, że cel ten na ogół osiągany – poniżej, na podstawie szwedzkiej prasy, podaję kilka przykładów.
Sara Pedra z Brazylii studiuje biologię molekularną na uniwersytecie sztokholmskim.
Chciałam studiować w kraju, którego kultura możliwie maksymalnie różni się od kultury mojej ojczyzny. Najbardziej zaskoczyło mnie, że wszystko u was funkcjonuje tak perfekcyjnie, nawet miejskie autobusy kursują idealnie według rozkładu jazdy, każdą sprawę urzędową można załatwić szybko i bez problemów, często telefonicznie. Wszystko jest takie czyste, wręcz sterylne i tak dobrze zorganizowane, komputery są wszędzie dostępne, w bibliotekach czy w mieszkaniu studenckim, mogłabym nawet nie mieć własnego laptopa. System studiów trochę się różni. W Brazylii można mieć nawet siedem przedmiotów w semestrze i zajęcia każdego dnia. Tu mam w semestrze dwa pogłębione przedmioty i mogę się na nich bardziej skoncentrować. Studia u was są darmowe, a utrzymuję się dzięki pieniądzom, które dają mi moi rodzice.
Misun Mun z Australii (choć jej rodzice pochodzą z Korei Południowej), studiuje medical science na uniwersytecie sztokholmskim.
Wybrałam Szwecję, bo moi koledzy tu studiowali i byli zachwyceni organizacją życia. Najbardziej zaskoczyło mnie, że chyba wszyscy Szwedzi są dwujęzyczni, nawet hydraulik mówi dobrze po angielsku. Nie wiedziałam też, że Sztokholm jest takim pięknym miastem. Poziom studiów jest porównywalny z Australią, nie sądzę, aby u was był wyższy, choć jest jedna ważna różnica. W Australii grupy liczą więcej studentów, ma się trudniejszy dostęp do kadry nauczającej. W Szwecji zawsze mogę mieć kontakt z prowadzącym zajęcia, swobodnie zadawać pytania i wasz system jest bardziej elastyczny, studentka ma większą możliwość wyboru, nie jest tak sztywno kierowana. Oczywiście wszystkie zajęcia mam po angielsku. Ja wyjątkowo płacę za swoje studia, to znaczy płacę czesne mojemu uniwersytetowi w Australii, który przelewa część tej sumy uniwersytetowi w Sztokholmie.
Katarina Jakobsson z Finlandii studiuje prawo międzynarodowe na uniwersytecie sztokholmskim.
Mój ojciec należy do szwedzkiej mniejszości w Finlandii, więc jestem dwujęzyczna i w dużej mierze studiuję po szwedzku, tylko niektóre kursy mamy po angielsku. Pochodzę z bardzo małej miejscowości w Finlandii i Sztokholm jest dla mnie wręcz metropolią. Finlandia i Szwecja są krajami bardzo podobnych kultur, więc niewiele mnie u was zaskoczyło, same drobiazgi, na przykład, że w sklepach nie trzeba samemu ważyć jarzyn i owoców. Widzę tylko jedną różnicę: w Finlandii udziela się studentom większej pomocy, może dlatego, że bardziej ceni się inteligencję. Przykładowo – są specjalne restauracje dla studentów, gdzie po okazaniu legitymacji można zjeść obiad za 2 euro i 50 centów, w Sztokholmie za tę sumę nie dostanie się nawet hamburgera. Wyższa jest też bezzwrotna część pożyczki studenckiej. Studiuję oczywiście za darmo, dostaję 500 euro miesięcznie z tej bezzwrotnej części pożyczki, pomagają mi rodzice, a w czasie wakacji pracuję.
Ananth Chaudhuri z Indii, studiuje na KTH (politechnika sztokholmska).
Na międzynarodowym programie Master, gdzie wszystkie zajęcia odbywają się w języku angielskim, większość z nas to studenci zagraniczni, najczęściej z Chin, Indii, Pakistanu, ale także z Turcji i Nigerii. Pewnie, że dla wielu rozstrzygające znaczenie ma bezpłatność szwedzkich studiów, dla mnie nie, mój ojciec jest zamożnym businessmanem, mógłby opłacić mi studia nawet w USA. Wybrałem KTH, bo ma znakomitą opinię międzynarodową oraz dlatego, że Szwecja, kraj potężnego przemysłu, ma edukację techniczną na bardzo wysokim poziomie. Ktoś, kto ma tytuł master of engineering z KTH czy z Chalmers, może szukać dobrej pracy w każdym kraju. Nie zdawałem sobie sprawy, że życie w Szwecji jest takie łatwe, że wszystko funkcjonuje tak perfekcyjnie. No i te wasze wyzwolone dziewczyny, które zawsze same decydują, kiedy i z kim idą do łóżka! Utrzymuje mnie ojciec i nie mam żadnych problemów materialnych. Po ukończeniu studiów wracam do Indii, ale chętnie zabrałbym szwedzką żonę.
Czy opłaca się płacić za rosyjskiego milionera?
Ponieważ rząd dąży do tego, aby co piąty student na szwedzkich uczelniach pochodził z zagranicy, stwarza to pewien oczywisty problem. Wyższe uczelnie kosztują szwedzkiego podatnika sumę (w przeliczeniu) 23,2 miliardów zł polskich rocznie. Większość zagranicznych studentów to bynajmniej nie uczestnicy programów unijnej wymiany, ale tzw. free movers. Czy także ci, którzy pochodzą z krajów bogatych – w których za studia wyższe musieliby płacić – mają studiować za darmo w Szwecji? Ostatecznie pewien zgrabny kruczek już dziś pozwala pobierać opłaty od studentów z USA i z Australii [3]. Wręcz lawinowo rośnie w Szwecji liczba studentów z Chin. Wiadomo, że wielu szwedzkich studentów chce się uczyć chińskiego (mandaryńskiego), zwłaszcza bowiem w sektorze prywatnym znajomość tego języka to dziś ogromny merit. Jednak władze chińskie w niewielkim stopniu są zainteresowane organizowaniem nauki języka na swoim terenie. Czy nie należałoby postawić im warunku: będziemy na darmowe studia przyjmować waszych studentów pod warunkiem, że wy będziecie przyjmować naszych, którzy chcą się uczyć języka?
Całą sytuację komplikuje dodatkowo szturmujący właśnie uczelnie szwedzki wyż demograficzny. Jeszcze pięć lat temu szwedzkie szkoły średnie wypuściły 79 550 absolwentów; w roku bieżącym liczba ta wzrosła do 110 230, a w przyszłym roku będzie ich jeszcze więcej. Czy jest sprawiedliwe, aby szwedzki podatnik aż w tak dużym zakresie finansował wyższe studia zamożnych obcokrajowców, w tym dzieci rosyjskich milionerów? W tej sytuacji rząd szwedzki zastanawia się nad możliwością pobierania opłat od studentów spoza Unii Europejskiej, przy czym dla studentów z krajów biednych (zwłaszcza afrykańskich) mogłaby być stworzona specjalna pula stypendialna, aby nadal mogli studiować za darmo. Propozycja ta, moim zdaniem, rozsądna – popiera ją zresztą część socjaldemokracji – ciągle jednak budzi w Szwecji silny opór. Tradycja absolutnie bezpłatnego wykształcenia dla wszystkich jest wszak jednym ze szwedzkich fundamentów ustrojowych.
Ponadto Szwedzi zdają sobie sprawę, że z tak dużej ilości studentów zagranicznych odnoszą wielkie korzyści. To prawda, że folkhemmet jest opisywany w superlatywach przez zagranicznych politologów, socjologów, a zwłaszcza ekonomistów, ale wśród zwykłych obywateli, szczególnie krajów południowej Europy, ma Szwecja ciągle dość kiepską opinię. Kojarzy się z krajem wręcz polarnym, zimnym i mrocznym, zamieszkałym przez milczących, pełnych rezerwy ludzi i białe niedźwiedzie (w rzeczywistości w Szwecji żyją tylko niedźwiedzie brunatne), z częściowo prohibicyjną polityką i bardzo drogim alkoholem oraz ohydną kuchnią (śledzie doprawiane cukrem, chleb pieczony ze słodkim syropem, niejadalne wędliny czy osławiony surströmming [4]). „Svenska Dagbladet” przytaczała niedawno pytanie dwóch zaniepokojonych studentów amerykańskich, czy zimą w Szwecji ciemności panują przez całą dobę. Gdy postudiują, przekonają się, że jest to jednak kraj wspaniałej przyrody, w którym i zimą czasami można zobaczyć słońce i nie trzeba jadać surströmminga, gdyż pospolitą i tanią rybą jest chociażby łosoś.
Polak, czyli dyster
Polacy są jednym z bardzo nielicznych narodów, którym nie zależy na poprawie własnego wizerunku w innych krajach. W Polsce wynika to oczywiście z megalomanii, będącej odbiciem kompleksu niższości. Co gorsza – nawet niektórzy polscy intelektualiści nie zdają sobie sprawy, że w każdym społeczeństwie istnieje automatycznie przyjmowana, choć rzadko otwarcie artykułowana, hierarchia narodów, w której Polacy usytuowani są bardzo nisko. W Szwecji też lepiej pochodzić z Balticum (zwłaszcza z Estonii) czy być Rosjaninem lub Czechem niż Polakiem, choć niechęć do Polaków jest i tak znacznie mniejsza niż do Francuzów. Właśnie te kulturowe animozje szwedzko-francuskie były główną przyczyną tego, że w roku 1993 nie udała się fuzja Volvo z Renault, którą przygotował Pehr G. Gyllenhammar, a której storpedowania Szwedzi dziś żałują.
Z jakimi Polakami styka się przeciętny szwedzki zjadacz chleba? Przede wszystkim z bardzo licznymi przedstawicielami najnowszej emigracji zarobkowej, a więc ze sprzątaczkami i robotnikami budowlanymi. Zwłaszcza ci ostatni mało są ponętni: ostrzyżeni na łyso, średnio domyci, ze sporą nadwagą i obwisłymi najczęściej brzuchami, podejrzliwym spojrzeniem i nieustannie artykułowanym wulgaryzmem, który opanował już każdy Szwed w Sztokholmie i który stał się przedmiotem wielu dowcipów, gdyż największe centrum handlowe mieści się przy Kungens kurva, Królewskim Zakręcie. Szwedów – dla których uśmiech jest automatyzmem pełniącym rolę społecznego smaru – najbardziej szokuje posępność polskiego oblicza, wielokrotnie słyszałam określenie, że Polacy to „ett dystert folk” (dyster = ponury). Zaskakuje też polska pazerność dorobkiewiczów, przewyższająca nawet szwedzkie skąpstwo (a to już dużo powiedziane). Jedna z polskich gazet pisała niedawno z dumą, że w zachodniej Europie Polacy słyną z tego, że pracują w piątek, świątek i niedzielę. Czy jednak jest to powód do dumy? Właśnie dlatego, że w luterańskiej kulturze szwedzkiej praca ma wartość wyjątkową, człowiekiem, który rezygnuje z wypoczynku i haruje niczym pociągowe bydlę, jedynie się pogardza.
Także w szwedzkich mediach obraz Polski nie jest ciekawy, najczęściej wyłania się z nich obraz ludzi zapatrzonych w przeszłość (wręcz „opętanych historią”), okrutnych dla zwierząt (w Szwecji ma to wielkie znaczenie), o demonstracyjnej, czysto obrzędowej religijności, z której wynika prześladowanie artystów i mniejszości seksualnych, kategoryczny zakaz aborcji i inne ekscesy wojującego katolicyzmu. A przecież taki negatywny image można by łatwo zmienić.
Miałam okazję zetknąć się w roku 2007 z młodymi Szwedami, studiującymi w Polsce (naturalnie w języku angielskim) medycynę. Należy wyjaśnić, że czynią to osoby, które nie dostały się na szwedzkie studia medyczne i które pochodzą z zamożnych rodzin (opłata za te polskie studia wynosi wszak 85-90 tysięcy koron rocznie). Ich obraz Polski i Polaków był zupełnie inny. Narzekali wprawdzie na bałaganiarstwo i arogancję administracji czy na niewiarygodne wpływy Kościoła katolickiego, ale ponadto była dla nich Polska krajem dość normalnym, w którym ludzie się myją i używają dezodorantów, są dowcipni, inteligentni, znacznie bardziej gościnni od Szwedów, gdzie jada się torty i ciasta, których boskiego smaku Szwed w Szwecji nawet nie może sobie wyobrazić, alkohol można kupić przez całą dobę, podręczniki są tanie, a dziewczyny są często lepiej ubrane niż w Sztokholmie. Tyle tylko, że tych Szwedów studiujących w Polsce medycynę było 264 – dla zmiany wizerunku to kropla w morzu.
Na zakończenie jeszcze drobna informacja. Nie jestem naiwną dzieweczką, sądzącą, że czytelnicy „Krytyki Politycznej” łakną moich świadomie długich i gęstych informacyjnie tekstów. Gdyby jednak ktoś taki istniał, to informuję, że w niedzielę, 9 sierpnia wyjeżdżam na drugą część mojego 6-tygodniowego urlopu. Spotkamy się więc na początku września.
— -
[1] Oznacza ona, że co ósmy studiujący na szwedzkich wyższych uczelniach był studentem-gościem. Ciągle jeszcze przeważają studenci z innych państw Unii oraz USA i Kanady, ale w ostatnich latach wręcz lawinowo rośnie liczba studentów z Azji.
[2] W tym wypadku trudno mówić o klasycznej ksenofobii, gdyż Szwedzi chętnie z cudzoziemcami współpracują, robią interesy, uczą się od nich etc., a jedynie nie chcą obcować z nimi na płaszczyznie prywatnej. „Egzotycznych cudzoziemców” Szwed chętnie poznaje w czasie wyjazdów na urlop, ale u siebie chce zadawać się towarzysko z ludźmi ukształtowanymi przez kulturę maksymalnie zbliżoną do szwedzkiej.
[3] Przykładowo – Uniwersytet Sztokholmski współpracuje z 17 znanymi uniwersytetami amerykańskimi, które utworzyły konsorcjum kupujące usługi dydaktyczne w Sztokholmie. Studenci wnoszą wpierw opłaty na swoich amerykańskich uczelniach, a następnie są one przelewane na konta uniwersytetu sztokholmskiego – niby więc nie studenci płaca, a ich uniwersytety.
[4] Lekko solony śledź bałtycki, fermentujący następnie w wybrzuszonych puszkach, uznawany za przysmak w północnej Szwecji. Z powodu niewiarygodnego odoru spożywany głównie w ogródkach czy na innych terenach otwartych.
Na podobny temat
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...