|
Pochodzący z Łodzi, ale zapomniany dziś całkowicie Wacław Solski (właściwie Pański) był w młodości znaczącym bolszewikiem oraz uczestnikiem rewolucji październikowej, a następnie pełnił szereg funkcji w zagranicznym aparacie prasowym i dyplomatycznym Związku Sowieckiego. W roku 1928 Solski zerwał z komunizmem i osiedlił się na Zachodzie, po roku 1946 trafił naturalnie do „Kultury” Jerzego Giedroycia, wreszcie po bardzo długim życiu zmarł w Nowym Jorku w roku 1990.
W latach 1922-24 był Solski korespondentem „Izwiestii” w Berlinie, najważniejszym wówczas kraju dla bolszewików, którzy planowali wywołanie w Niemczech kolejnej rewolucji. Sytuacja była tam rzeczywiście dość rewolucyjna – inflacja, potworne bezrobocie, rozruchy głodowe, dzisiejsze problemy niemieckiej recesji wydają się wręcz śmieszne z tamtej perspektywy. W roku 1923 komuniści w Reichstagu poparli projekt nowego prawa, drastycznie ograniczającego imigrację robotników cudzoziemskich, zwłaszcza z Wielkopolski. Solski oficjalnie spotykał się z niemieckimi komunistami w parlamentarnym klubie. Ponieważ wiadomo było, że swoją funkcję w Berlinie otrzymał z woli samego Lenina, uważany był – niesłusznie! – za „oko Moskwy”. Zapytany o to nowe prawo, Solski powiedział szefowi komunistów, Heinrichowi Brandlerowi, że nie powinni oni sprzeciwiać się imigracji z biedniejszych krajów, gdyż jest to sprzeczne z zasadami internacjonalistycznej solidarności proletariatu. Ku zdumieniu Solskiego, na jednym z następnych posiedzeń Reichstagu komuniści zmienili swoje stanowisko i głosowali przeciwko ustawie o ograniczeniu imigracji. Solski wyraził całkowicie prywatną opinię, ale „autorytet Moskwy” przypomniał niemieckim komunistom o solidarności robotniczej. Nie zawsze i nie wszędzie było to możliwe.
„Sverige åt svenskarna”
Na łamach periodyku „Arbetarhistoria” (nr 37-38, 1986) profesor socjologii uniwersytetu sztokholmskiego, Walter Korpi napisał, że utrata przez Szwecję Finlandii na rzecz Rosji w roku 1809 okazała się w dalszej perspektywie zbawienna, gdyż procesy organizacji klasowej nie musiały konkurować z etnicznymi. Korpi – zabawne, że sam pochodzi z fińskiej mniejszości w Tornedalen [1] - nie jest żadnym nacjonalistycznym wyjątkiem. W Szwecji w zasadzie do tej pory obowiązuje pogląd, że to pełna homogeniczność etniczna umożliwiła szwedzkiej socjaldemokracji osiągnięcie tej miażdżącej przewagi nad innymi partiami i unikalnej potęgi, która nie bez powodu kończy się dopiero teraz, na naszych oczach. Socjaldemokraci mogli czasami przegrać wybory i utracić władzę na jedną kadencję, ale od 77 lat zawsze byli największą partią Szwecji i zawsze mieli największe poparcie. Nawet w ostatnich, wyjątkowo kiepskich dla nich wyborach 17 września 2006 socjaldemokraci (s) – przy właściwej dla dojrzałej demokracji, 82-procentowej frekwencji – dostali jednak 35 proc. głosów, gdy największa partia burżuazyjna, moderaci (m) – 26 proc. Dopiero teraz, po raz pierwszy w historii Szwecji, socjaldemokraci uzyskują w wielu sondażach gorszy wynik niż moderaci, np. w sondażu Demoskopu (15 maja 2009) 32,7 proc. dla s, 36,4 proc. dla m.
Jest niewątpliwie prawdą, że budowa szwedzkiego „domu ludu” (folkhemmet) – niemożliwa bez wysokiego poziomu podatków i horyzontalnych transferów dla wszystkich – wymagała dużego solidaryzmu, wzmocnionego tradycyjną kulturą chłopską, luteranizmem i zdumiewającą cudzoziemców wysoką etyką pracy. To właśnie ten solidaryzm umożliwił szwedzką „trzecią drogę”. W Polsce „trzecią drogą” nazywa się nieudany eksperyment Blaira-Schrödera, choć to przecież nordycki [2] model welfare state od dziesięcioleci nazywany był „trzecią drogą”. Jeszcze w roku 1985 minister Kjell-Olof Feldt opublikował książkę właśnie pod takim tytułem: Den tredje vägen. Solidaryzm wymagał oczywiście wspólnoty kulturowej, można jednak dyskutować – czy etnicznej, choć myśl ta zakorzeniona jest w szwedzkiej świadomości od czasów romantyków. Taki Carl Jonas Love Almqvist (1793-1866) głosił, że – w przeciwieństwie do wykorzenionej, na szczęście nie tak licznej arystokracji – tylko szwedzki lud jest nosicielem szwedzkości i tylko on powinien budować swój własny dom. Hasło „Szwecja dla Szwedów” (Sverige åt svenskarna) wykluczało z tego domu nie tyle cudzoziemców, których w ówczesnej Szwecji praktycznie nie było, ile szwedzkich hrabiów i baronów. Jednak sama historia szwedzkiej socjaldemokracji świadczy, że jej ideałem nie była homogeniczność etniczna. Przybyszom stawiano jednak pewne warunki.
Internacjonalizm, rasa i sakiewka
Dla socjaldemokracji pierwszym egzaminem był import do wielkich farm w Skåne, głównie buraczanych, siły roboczej z polskiej Galicji, mający miejsce od roku 1904 (dziś już chyba tylko starsi Polacy znają określenie „nędza galicyjska”, odzwierciedlające ponurą rzeczywistość tej należącej do habsburskiej monarchii części Polski). W Skåne nie brakowało rąk do pracy i tamtejszy związek pracowników rolnych słusznie ocenił, że import „buraczanych dziewuch” – większość sprowadzanej siły roboczej stanowiły młode Polki – jest próbą zastraszenia związku, walczącego o lepsze warunki pracy i płacy. Zareagowano więc strajkiem i za wysokie honorarium zaangażowano polskiego studenta. Objeżdżał on na rowerze farmy, informował importowane dziewczyny o warunkach zatrudnienia szwedzkich robotników rolnych (Polkom oczywiście płacono znacznie gorzej) i namawiał do członkostwa w związku zawodowym. Ponieważ zdawano sobie sprawę, że wstąpienie importowanej Polki do związku skutkować będzie jej natychmiastowym wyrzuceniem z pracy, w związkowej kasie wydzielono specjalne środki, aby takiej wyrzuconej móc dać pewien zasiłek oraz opłacić powrót do domu. Biedne „buraczane dziewuchy” prawdopodobnie w ogóle nie rozumiały, o co chodzi, zaczęły więc wywoływać niechęć jako istoty całkowicie pozbawione „świadomości klasowej”. Zwłaszcza gazeta „Arbetet” nie stroniła od czysto rasistowskich komentarzy – określenia „obca hołota na najniższym stopniu rozwoju świadomości” były niestety drukowane. Dochodziło do sytuacji farsowych, gdy jeden z agitatorów, cytując Manifest komunistyczny, kazał w imię internacjonalizmu łączyć się proletariuszom, aby wyrzucić „galicyjskie hordy” ze świętej ziemi szwedzkiej.
Trzeba tu niestety nadmienić, że bardzo liczne dziś Polki z najnowszej emigracji zarobkowej – najczęściej sprzątaczki, salowe, opiekunki ludzi starych, pielęgniarki – też z zasady nie wstępują do szwedzkich związków zawodowych, choć A.D. 2009 niczym im to nie grozi, choć polepszyłoby to ich pozycję na szwedzkim rynku pracy, choć do członkostwa są często namawiane przez własnych… pracodawców, zwłaszcza publicznych. I znowu wywołuje to szok Szwedów, że tak zachowują się kobiety pochodzące z kraju, który ostatecznie stworzył „Solidarność”. Jednak za to kuriozalne zachowanie trzeba winić „komando Balcerowicza”, a także wspierających go w polskich mediach propagandystów.
Po I wojnie światowej także szwedzka prawica zaczęła podejrzliwie patrzeć na import siły roboczej. Z jednej strony obawiała się napływu „czerwonych Finów” (być może nie wszystkich udało się zamknąć w obozach koncentracyjnych) i „żydowskich bolszewików”, z drugiej – do szwedzkich elit zaczynały przenikać idee eugeniki i „biologii rasy”. Pisałam w innych moich tekstach, że Heinrich Himmler jeszcze biegał w krótkich spodenkach z procą, gdy szwedzki profesor medycyny Herman Lundborg opublikował opasłe „dzieło” Rasbiologi och rashygien. Wykazywał w nim zdecydowaną wyższość „rasy nordyckiej” nad innymi. W siedem lat później, w roku 1921, szwedzki riksdag decyzją wszystkich partii politycznych, także socjaldemokratów, powołał w Uppsali Państwowy Instytut Biologii Rasy (Statens institut för rasbiologi). Jego dyrektorem został, rzecz jasna, prof. Lundborg, tak później ceniony i fetowany w III Rzeszy (w roku 1936 otrzymał doktorat honoris causa w Heidelbergu i był przyjęty przez samego Führera, choć wątpię, aby podziwiał Hitlera akurat jako „nordyka”). Niestety także socjaldemokratyczni intelektualiści potrafili pisać, że chciwość kapitalistów zagraża zdrowiu narodu nie tylko przez brudne fabryki i niezdrowe mieszkania, ale także przez import „Słowian i innych niżej stojących ras” (Bengt Lidforss, skądinąd profesor botaniki uniwersytetu w Lund).
W roku 1927 wprowadzono restrykcyjne prawo imigracyjne. I tu ciekawa prawidłowość. Gdy wybitni socjaldemokraci autentycznie robotniczego pochodzenia – Per Albin Hansson (późniejszy premier) i Gustav Möller (późniejszy minister ds. socjalnych, a zarazem zwierzchnik policji bezpieczeństwa) – uważali to prawo za „reakcyjny przepis z komisariatu”, odzwierciedlający zwyczajny rasizm, to partyjni intelektualiści z reguły go bronili. Popierały ich związki zawodowe, których rasa mniej obchodziła, ale które bały się płacowego dumpingu.
Wyborczy sukces socjaldemokratów w roku 1932 spowodował, że wprowadzono możliwość przyznawania azylu uchodźcom politycznym. Niestety do wybuchu wojny przepis ten nie dotyczył Żydów z III Rzeczy – przecież nie prześladowano ich ze względów politycznych, ale za istnienie.
Integracja i asymilacja
Bezpośrednio po II wojnie światowej najliczniejszą grupą imigrancką w Szwecji byli Bałtowie. Wprawdzie na życzenie Stalina rząd szwedzki postanowił wydać Związkowi Sowieckiemu nie tylko bałtyckie rezerwy złota, ale także 167 Bałtów, którzy wcześniej byli w służbie niemieckiej [3], jednak pozostały jeszcze blisko 2 tysiące Bałtów, w tym większość kobiet. Dwie duże grupy wysłano do fabryk przemysłu tekstylnego w Norrköping. Gdy bałtyckie prządki odmówiły zapisania się do związku zawodowego, uznano to za takie horrendum, że związek Textil wystąpił z wnioskiem, aby deportować ze Szwecji wszystkich Bałtów, gdyż nie rokują nadziei na dostosowanie się do systemu szwedzkiego. Na szczęście rząd nie uległ temu żądaniu, choć oporne prządki objęto kontrolą policji bezpieczeństwa.
Epizod ten stworzył przyszłą praktykę przyjmowania importowanej siły roboczej – ma być ona objęta szwedzkimi układami zbiorowymi i inkorporowana do związków zawodowych.
W roku 1954 pięć państw nordyckich utworzyło wspólny rynek pracy – aby wjechać do Szwecji, obywatele innych państw nordyckich nie potrzebowali paszportu, nie musieli starać się o prawo pracy, wszystkie świadectwa i dyplomy były automatycznie uznawane. Wtedy to przybyła do Szwecji bardzo duża grupa fińskich robotników i robotnic oraz mniejsze grupy z Danii i Norwegii. Finlandia jest krajem dwujęzycznym, Finowie uczą się szwedzkiego w szkołach, a dla Duńczyków czy Norwegów opanowanie szwedzkiego nie jest żadnym problemem. Problemy zaczęły się z importem Jugosłowian (łącznie 20 tysięcy) i Greków do przemysłu samochodowego. Stworzono im zresztą warunki wręcz luksusowe: otrzymywali obszerne mieszkania, talony na zakup ubrań, państwowy urząd AMS udzielał im nieoprocentowanych pożyczek na zakup mebli, umożliwiono im opłacaną przez pracodawców naukę szwedzkiego.
To na skutek żądania potężnego związku zawodowego Metall wprowadzono obowiązek 240-godzinnej nauki szwedzkiego i elementarnej wiedzy o społeczeństwie, opłacanej przez pracodawcę i w płatnym czasie pracy (dziś jest to 600 godzin). Naturalnie związki zawodowe nie kierowały się altruizmem. Nauka odbywała się w ich własnych szkołach ABF (Arbetarnas bildningsförbund). Po jej zakończeniu imigranci zostawali członkami związku oraz często – nie zawsze o tym wiedząc – socjaldemokracji SAP. Do roku 1987 istniała bowiem możliwość tzw. członkostwa kolektywnego (kollektivanslutning) – lokalny oddział związku zawodowego mógł podjąć decyzję o przyłączeniu swoich członków do partii socjaldemokratycznej. W roku 1975 dano imigrantom – nieposiadającym szwedzkiego obywatelstwa – prawo głosowania w wyborach samorządowych. I również nie był to objaw altruizmu.
Choć naturalnie mówiono dużo o wartości dwukulturowości, a dzieci imigrantów mogły się w szwedzkich szkołach uczyć także języka swoich rodziców (hemspråkundervisning), to jednak nie ulegało wątpliwości, że przed imigrantami postawiono tylko jeden cel: integracja ze szwedzkim społeczeństwem, a potem jak najpełniejsza asymilacja. Cel ten się nie zmienił i chyba inny w Europie być nie może.
Oczywiście z tą asymilacją też nie należy przesadzać – dziś imigranci, także o czarnym kolorze skóry, są nawet członkami szwedzkiego rządu (np. obecna minister ds. równouprawnienia i integracji Nyamko Sabuni jest Murzynką), a tylko we władzach związków zawodowych jakoś nie ma imigrantów. Diana Mulinari i Anders Neergaard wprowadzili nawet termin „inkluzja podporządkowania”.
Nieodwracalna zmiana
Szwedzi są niewielkim społeczeństwem, na dzień 30 marca 2009 było nas 9 269 986 osób. Choć Szwecja prowadzi restryktywną politykę imigracyjną, z roku na rok przybywa do nas coraz więcej imigrantów – w roku 2008 było to aż 101 171 osób, a więc więcej niż urodziło się w tym roku dzieci. W grupie z roku 2008 najwięcej było (w takiej właśnie kolejności) przybyszów z Iraku, Polski, Danii i Somalii. Trudno powiedzieć, ilu Polaków przybyło do pracy. W latach 2005-2008 zarejestrowało się 23 992 polskich imigrantów, ale wiadomo, że wielu Polaków – zwłaszcza w małych polskich firmach – pracuje (bo musi) „na czarno” i nie rejestruje się w Urzędzie Podatkowym. Urząd Imigracyjny (Migrationsverket) ocenia, że w tych czterech latach łącznie podjęło w Szwecji pracę około 45-50 tysięcy Polaków. W skali Szwecji jest to już pewien problem ekonomiczny. Polak zatrudniony nielegalnie na sztokholmskiej budowie pobiera „na rękę” stawkę godzinową niższą średnio o 40 koron (czyli ok. 16 złotych) od szwedzkiego robotnika. Zyski pracodawców są oczywiście znacznie większe, gdyż nie płacą ubezpieczenia, składek emerytalnych i innych opłat. Naturalnie trudno dokładnie powiedzieć, w jakim stopniu obecność Polaków przyczyniła się do rosnącego silnie bezrobocia wśród szwedzkich budowlańców.
Jeżeli chodzi o przyjmowanie „azylantów”, to Szwecja jest – po Francji i Wielkiej Brytanii – na trzecim miejscu w Unii; wyjątkiem był rok 2007, gdy najwięcej osób starających się o azyl przybyło właśnie do Szwecji.
17 maja 2009 rządząca obecnie Szwecją koalicja czterech partii mieszczańskich opublikowała w „Dagens Nyheter” tekst Krisen fördjupas ytterligare i höst, przestrzegający społeczeństwo, że dno bynajmniej nie zostało osiągnięte, że kryzys jeszcze pogłębi się jesienią. Bezrobocie, które obecnie wynosi 8,3 proc., ma wzrosnąć w przyszłym roku nawet do 11-12 proc. i żadna z prognoz nie przewiduje, aby zaczęło maleć w ciągu najbliższych trzech lat. Dramatycznie wręcz wysokie jest bezrobocie wśród młodzieży poniżej 24 roku życia – aż 24,4 proc. (stąd powszechne zjawisko przedłużania studiów, rozpoczynania studiów dodatkowych etc.). W tym roku koszt bezrobocia wyniesie 57,5 miliardów koron, w roku 2012 – już 92,1 miliardów koron (przy założeniu, że wypłata z Kasy Bezrobocia będzie utrzymana na obecnym poziomie 75 proc. straconych poborów; socjaldemokraci obiecują, że w razie wygranych wyborów zwiększą ją do 80 proc.). Straty poniesione przez nonszalanckie fundusze emerytalne spowodowały, że prawie milion osób zacznie otrzymywać niższe emerytury i najwcześniej dopiero w roku 2015 powrócą one do dzisiejszej wysokości, a więc de facto nadal będą niższe, gdyż przecież emerytury miały być indeksowane. Szwedzi się boją, pamiętają wszak czasy poprzedniego kryzysu finansowego w początku lat 90., gdy wiele osób zostało zepchniętych na dno, z którego nigdy się nie podniosły. Wśród tych staruszków, którzy każdego ranka dziarsko wybiegają na „rond emerycki” (czyli na zbieranie puszek) większość to ci, którzy wtedy wypadli z rynku pracy, nigdy już na niego nie wrócili i nie wypracowali sobie lepszej emerytury. Jedynie ktoś bezgranicznie naiwny mógłby sądzić, że w obecnej sytuacji imigranci mogliby uniknąć roli kozłów ofiarnych.
Vännäs jest niewielką (4062 mieszkańców) gminą, położoną na dalekiej północy, koło miasta Umeå. Gmina jest bardzo „czerwona”, w wyborach 2006 socjaldemokraci otrzymali tam aż 41,6 proc. głosów, postkomuniści – 10,8 proc. Ismail Ramadan poderwał się z łóżka parę minut po pierwszej w nocy, gdy pierwsze kamienie strzaskały szyby jego mieszkania na pierwszym piętrze. Jego dzieci, mające trening z Bagdadu, sprawnie przeczołgały się do przedpokoju. Była już niedziela, 10 maja 2009. Przed domem stała grupa 40-50 osób płci obojga. Niektórzy mieli kije baseballowe, inni – łańcuchy rowerowe, jedna z dziewczyn potrząsała kanistrem z jakąś cieczą. Przybyłemu patrolowi dwóch policjantów udało się namówić motłoch do odejścia, ale… w kierunku mieszkań innych imigrantów.
Jeszcze tej samej niedzieli odpowiedzialna za politykę imigracyjną gminy Ingrid Lindroth podjęła decyzję o czasowej ewakuacji wszystkich „obcych” – zamówiono taksówki i wywieziono 46 osób do hoteli w Umeå. Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Vännäs są rasistami, po nocnym incydencie nauczycielka Linda Åström utworzyła nawet stowarzyszenie Vännäs mot rasism (Vännäs przeciwko rasizmowi). Zadbała, aby po powrocie „obcych” z Umeå każdej z imigranckich rodzin przydzielono jakiegoś Szweda-ochotnika jako osobę kontaktową, do której można się zwrócić w każdej chwili, ale dzieci rodziny Ramadan nadal nie chcą spać w swojej sypialni.
Takie wypadki będą naturalnie zdarzać się częściej, sprzyja im kryzys. Mówiąc szczerze, Szwedzi i tak reagują względnie spokojnie – gdyby co siódmy mieszkaniec Polski urodzony był w innym kraju, to do obrony przed pogromami trzeba by chyba używać wojska. Jednak zmiana jest nieodwracalna – Szwecja już nigdy nie będzie etnicznie homogeniczna i z czasem będą się Szwedzi musieli nauczyć żyć nawet ze svartskallar*4. Na pewno jest jednak fascynującym zagadnieniem, dlaczego – i to mimo przeznaczenia na ten cel bardzo poważnych środków finansowych – integracja imigrantów w Szwecji przebiega oporniej niż w wielu innych krajach „starej Unii”.
Ścieżka kulturowa
W publikowanych w rubryce „Zerkanie w górę mapy” tekstach świadomie nie zajmuję się systemowym opisem nordyckiego modelu welfare state. Komparatystyka systemów społeczno-gospodarczych jest dyscypliną dobrze rozbudowaną, a zwłaszcza folkhemmet opisany jest w dziesiątkach książek (przyjeżdżały go wszak studiować całe wycieczki specjalistów z różnych branż, co zresztą Szwedom trochę zawróciło w głowie). Nie interesuje mnie pisanie ściągawek dla leniuchów, którym nie chce się czytać podręczników, a za znacznie ciekawsze uważam to, co się Szwedom nie udało i dlaczego. Ponadto „Krytyka Polityczna” planuje wydanie poświęconego Szwecji Przewodnika. Bardzo pożyteczna inicjatywa, gdyż jest Szwecja w Polsce krajem mitycznym, niektórzy nazywali go nawet socjalistycznym, co jest dość śmieszne. Wprawdzie socjaldemokraci wpisali socjalizm do swojego programu, ale wpisali tam też wiele innych rzeczy (np. likwidację monarchii), których nikt nie traktował poważnie. W rzeczywistości zaś – nie lubiąc małych firm – dążyli wręcz do koncentracji własności prywatnej. Była wprawdzie w latach 70. pewna socjalistyczna próba – stworzenia löntagarfonder (funduszy płacobiorców), jaką opracował Rudolf Meidner, nb. niemiecki socjaldemokrata-uchodźca, który przybył do Szwecji w roku 1933. Ta radykalna koncepcja miała przeciwników nawet w partii socjaldemokratycznej, np. Olof Palme miał wątpliwości, czy związki zawodowe, jako współwłaściciele wielkich firm będą nadal bronić pracowników.
Jednak dla wszystkich zwolenników mechanicznego przenoszenia do Polski szwedzkich rozwiązań chcę sformułować następującą konstatację. Żadne ekonomiczne analizy nie pozwalają stwierdzić, czy lepszy jest niemiecki model społecznej gospodarki rynkowej, czy partnerski model austriacki, czy system francuski, czy bardzo rynkowy model anglosaski, czy wreszcie neokorporacyjny folkhemmet. Choć są to wszystko systemy kapitalistyczne, istnieją między nimi poważne różnice (wystarczy przestudiować rolę banków w Niemczech i w Szwecji). Nie oznacza to jednak, że jakieś społeczeństwo może sobie wybrać model niczym danie z karty. Ekonomiści wiedzą, że nie może istnieć efektywny model, który nie uwzględnia historyczno-kulturowej ścieżki rozwojowej społeczeństwa. Całościowe przeniesienie nordyckiego folkhemmet do Polski musiałoby skończyć się katastrofą.
Przede wszystkim nastąpiłby bunt wpływowej inteligencji humanistycznej, która straciłaby swoją uprzywilejowaną (także materialnie) pozycję. Szwedzka struktura płac jest nadal dość spłaszczona i często się zdarza, że mający stałą pracę robotnik wykwalifikowany zarabia lepiej niż absolwent socjologii czy politologii. W egalitarnej Szwecji zawsze uważano, iż wystarczy, że akademiker mają lżejszą pracę, są zdrowsi, żyją dłużej – nie muszą znacząco lepiej zarabiać (zdecydowanie wyższe są tylko zarobki lekarzy i inteligencji techniczno-ekonomicznej). Polska inteligencja – warstwa częściowo wręcz feudalna – nigdy nie ceniła egalitaryzmu. Nie potrafię zapomnieć jakiegoś młodego SLD-owca, który pracował w Danii, a po powrocie przysłał do miesięcznika Dziś list wybrzydzający na tamtejszy system, w którym manager średniego szczebla zarabia zaledwie 2,5-raza tyle co sprzątaczka. Wystarczy zresztą posłuchać narzekań na egalitaryzm osiedlonych w Szwecji Polaków – fakt, że nawet kasjerka z supermarketu czy szpitalna salowa rzeczywiście mogą spędzić 14 dni ze swojego pięciotygodniowego urlopu w jakimś kraju południowym, jest powodem nieustannego polskiego zgorszenia.
Jak zresztą można sobie wyobrazić neokorporacyjny system szwedzki w Polsce, skoro w Szwecji ciągle do związków zawodowych należy 72 proc. siły roboczej, a w Polsce większy procent do związków nie należy? Polska nigdy nie miała historycznej szansy wykształcenia sprawnej, apolitycznej biurokracji, co nb. Jerzy Giedroyc uważał za największą polską słabość. Jednak II RP istniała zbyt krótko, a w obecnej aparat biurokratyczny służy do urządzania partyjnych kolesiów. A przecież folkhemmet byłby niemożliwy bez tej niezwykle sprawnej i cieszącej się społecznym zaufaniem biurokracji szwedzkiej. W Polsce nawet umiarkowanie lewicowi profesorowie uważają, że studia wyższe powinny być płatne, w Szwecji myśl taka nie przyszłaby do głowy nawet najbardziej konserwatywnemu prawicowcowi. Można by ułożyć długą listę takich różnic.
Ponieważ polskim „transformatorom” rzeczywiście wyszła Ameryka, ale Łacińska, system polski niewątpliwie wymaga korekt. Można jednak tylko kopiować niektóre obce rozwiązania praktyczne, a i tak dostosowane do historyczno-kulturowej ścieżki rozwoju polskiego społeczeństwa.
Przypisy
[1] Warto nadmieć, że dopiero w roku 1957 (sic!) przestano karać uczniów z tej mniejszości za mówienie po fińsku w czasie przerw szkolnych.
[2] Istnieje pięć państw nordyckich, należących do Rady Nordyckiej: Finlandia, Islandia, Dania, Norwegia i Szwecja, z czego tylko trzy ostatnie są państwami skandynawskimi.
[3] Paru przeznaczonych do wydania Bałtów popełniło samobójstwa, kilkunastu innych dokonało samookaleczeń i w rezultacie wydano nie 167, a tylko 146 Bałtów.
[4] Svartskalle (dosł. „czarny łeb”) – pogardliwa nazwa oznaczająca osobę o czarnych włosach cudzoziemskiego pochodzenia. Jeżeli svartskalle jest dodatkowo „kolorowy”, to najczęściej nazywa się go blatte – entomologiczna etymologia tej inwektywy jest dość oczywista.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...