Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Obłuda narcyzmu Drukuj
Anna Delick, Sztokholm   
10.05.2009
W języku szwedzkim istnieje termin przetłumaczalny na inne znane mi języki jedynie opisowo – hemmablind: dosł.: „niewidomy we własnym domu”. Człowiek wychowany i żyjący w jakiejś kulturze przyjmuje wiele jej elementów jako oczywistość bezdyskusyjną, nie zdając sobie sprawy z ich osobliwości i „egzotyki”. Dziesięć lat temu przeczytałam w brytyjskim miesięczniku „Prospect” olśniewający esej Chalk and Cheese. Jego autorką jest Mitsuko Uchida, Japonka wychowana w Austrii i Niemczech, a zamieszkała w Londynie. Dopiero ten tekst – porównujący pewne osobliwości kultury brytyjskiej i niemieckiej – uświadomił mi specyficzny stosunek Niemców do przypadku i ryzyka, choć przecież znany mi od dziecka język niemiecki jest w sensie najdosłowniejszym moją Muttersprache, współczesną beletrystykę niemiecką znam lepiej od polskiej i niemiecka kultura jest też moją kulturą.

Nie jest chyba przypadkiem, że hemmablind jest idiomem szwedzkim. Ten niewielki, dziewięciomilionowy naród, który zbudował potężny, supernowoczesny przemysł, jest w ekstremalny sposób zależny od eksportu, bez którego Szwedzi żyliby w nędzy – tak jak żyli w niej wtedy, gdy ponad milion Szwedów wyjechało z pomocą rządową „za chlebem” do USA, a szwedzki chleb wypiekano z mąki mieszanej ze zmieloną korą. Szwedzi posiadają szczególnie silną świadomość, że bez znajomości różnic międzykulturowych trudniej jest coś sprzedać, nawet jeżeli oferuje się produkt wysokiej jakości. Sama nie wierzę również, że ciekawą książkę o szwedzkiej mentalności mógłby napisać etniczny Szwed, o polskiej – etniczny Polak etc. Istnieją oczywiście chwalebne wyjątki, np. profesor etnologii Åke Daun napisał wspaniałą pracę Svensk mentalitet (1989), nie ukrywając jednak, jak wiele zawdzięczał obserwacjom… cudzoziemskiej żony. Jednak są to wyjątki tylko potwierdzające regułę.

Niemka w nordyckim raju

Z wielkim zainteresowaniem przystąpiłam więc do lektury bardzo opasłej książki Är sex arbete? Svensk och tysk prostitutionspolitik [Czy seks jest pracą? Szwedzka i niemiecka polityka w sprawie prostytucji]. Autorka, Susanne Dodillet, jest Niemką – o poglądach mocno lewicowych – zamieszkałą w Szwecji od lat dziewięciu. We wstępie dziękuje ona Petrze Östergren, której książka Porr, horor och feminister [Pornografia, kurwy i feministki] stała się w Szwecji wielkim wydarzeniem i poglądy Petry niewątpliwie miały spory wpływ na panią Dodillet. Punktem wyjścia jest dla niej pytanie, dlaczego Szwecja i Niemcy – dwa tak podobne, germańskie społeczeństwa – wybrały diametralnie różną politykę wobec prostytucji. Gdy Szwecja wprowadziła osławione sexköpslagen – a więc skryminalizowała kupowanie seksu (karany jest tylko klient) – Niemcy stopniowo uznały prostytucję za pracę, przyznając prostytutkom prawo do zasiłku chorobowego, do ubezpieczenia od bezrobocia i do możliwości płacenia składek emerytalnych. Zaznaczam, że sexköpslagen dotyczy prostytucji całkowicie dobrowolnej, a nie sutenerstwa, kuplerstwa czy zmuszania do nierządu, które to przestępstwa karane są z innych artykułów i – jak na Szwecję – wcale surowo.

W tym miejscu polskiemu czytelnikowi potrzebna jest pewna dygresja. Z tym podobieństwem Niemiec i Szwecji nie należy przesadzać, nie tylko dlatego, że RFN jest składającą się z landów republiką federalną, a Szwecja krajem wyjątkowo silnego aparatu państwowego, w Europie porównywalnego jedynie z Francją (publicystka Inger Jägerholm zauważyła kiedyś, że pozostałości dawnego absolutyzmu są bardzo wyraźne właśnie w szerokich prerogatywach szwedzkiego rządu i podległego mu aparatu biurokratycznego). Różnica jest przede wszystkim mentalna. Szwedzi sami mówią o sobie, że są överhetssamhället – społeczeństwem (samhälle), w którym zwierzchność (överhet) z reguły ma rację. Zaufanie Szwedów – nawet nie tyle do polityków, ile do biurokracji państwowej i samorządowej – jest ogromne, gdyż wierzą (nie bez racji!), że ten apolityczny aparat jest im przyjazny i chce dobra obywateli. Natomiast w Niemczech – po ponurych doświadczeniach z III Rzeszą – ciągle istnieje wobec państwa spora podejrzliwość, wzmocniona jeszcze w roku 1968.

Susanne Dodillet posługuje się rozróżnieniem komunitarnej i autonomicznej relacji między państwem i obywatelem. W komunitarnej Szwecji wychodzi się z założenia, że zwierzchność – wsparta przecież opiniami ekspertów – wie najlepiej, co jest korzystne dla większości obywateli, a dobro kolektywu jest zawsze ważniejsze od praw jednostki. W bardziej autonomicznych Niemczech przyznaje się jednostce znacznie większe prawo decydowania o swoim losie. Niemiecka autorka odnotowuje ze zdziwieniem, że w szwedzkiej debacie o prostytucji prawie w ogóle nie występują prostytutki. Nie powinno to dziwić osoby mieszkającej już prawie dekadę w Szwecji – wszak w niezliczonych dysputach o imigrantach, tak licznych, że już ich bez mdłości czytać się nie da, też prawie nigdy nie zabierają głosu imigranci. Powód tego obrzydliwego poczucia wyższości i wykluczania z dyskursu jest prosty. Prostytutka jest w Szwecji ofiarą, której dobry aparat ma pomóc wrócić na drogę cnoty. Imigrant też jest ofiarą (przecież inaczej nie wyjechałby z własnego kraju), którą dobry aparat ma zintegrować ze szwedzkim społeczeństwem, przekształcając w przyzwoitego podatnika i konsumenta. Moder Svea (Mama Svea, jedno z ironicznych określeń państwa) wychowuje przecież swoje dzieci, zwłaszcza gdy odbiegają od społecznej normy.

Dodillet dziwi się także – nie ona jedna! – dlaczego szwedzcy eksperci i badacze zajmują się prawie wyłącznie prostytucją uliczną. Wiadomo przecież, że spacerujące po ulicy córy Koryntu stanowią tylko 10-15 proc. wszystkich prostytutek, z których przeważająca większość wykonuje ten zawód w klubach, w firmach escort girls, w „salonach masażu” czy we własnym, często luksusowym „atelier”. To jednak wyjaśniła już Petra Östergren i to powinna rozumieć Dodillet, która ostatecznie sama jest imigrantką. Jeżeli już czasami – bardzo rzadko – dopuści się w szwedzkich mediach do głosu prostytutkę, to właśnie „taką z ulicy”, która jest narkomanką na odwyku, którą sutener bił, która wyraża głęboką wdzięczność policji i służbom socjalnym, że pomogły jej się wyrwać z tego bagna i rozpocząć uczciwe życie sprzątaczki czy pomywaczki. Jest absolutnie wykluczone, aby udzielono głosu np. pięknej, cudzoziemskiej prostytutce, często z wyższym wykształceniem (tak, tak!), mającej własne „studio”, stronę internetową i zatrudniającej uzbrojonego ochroniarza. Co wszak mogłaby powiedzieć taka dama? To, co jedna z nich powiedziała pani Östergren – że zawód jest świetnie płatny, że znacznie milszy i mniej niszczący od „stania na zmywaku”, że przy jej stawkach spotyka tylko mężczyzn z klasą i że zamierza oddawać się tej profesji jeszcze przez kilka lat. Przykład pięknej cudzoziemki nie jest abstrakcyjny – wobec stwierdzonej w oficjalnych raportach, strukturalnej dyskryminacji cudzoziemców na szwedzkim rynku pracy (zwłaszcza w zawodach humanistycznych i artystycznych), co może robić w Szwecji architektka wnętrz z Polski czy historyczka sztuki z Argentyny? Oba przykłady dotyczą autentycznych osób. Jeżeli zaś w mediach – też bardzo rzadko – dopuści się do głosu imigranta, to najchętniej byłego analfabetę, pasterza z Iraku czy Romkę ze Słowacji, których dobra Moder Svea nauczyła wpierw – na hojnym zasiłku – czytać i pisać w ojczystym języku, potem nauczyła szwedzkiego, potem nauczyła prostego zawodu, dała w nim pracę, a także mieszkanie, umeblowanie etc. To nawet ludzkie, że taki imigrant jest bardziej „medialny” niż znany mi doktor informatyki z Rosji, który po ośmiu miesiącach pobytu mówił już świetnie po szwedzku, dostał pracę jako wysokiej klasy specjalista w jednej z największych firm komputerowych, żyje ze Szwedką o urodzie modelki i niedawno kupił willę, o jakiej większość Szwedów może tylko pomarzyć.

Mimo moich drobnych zastrzeżeń, uważam, że praca Susanne Dodillet warta jest lektury. Pokazuje ona przede wszystkim zupełnie różny stosunek niemieckich i szwedzkich feministek do prostytucji. Zresztą już z pracy Petry Östergren wiemy, że w Szwecji prostytutki czują się znacznie bardziej pogardzane i odrzucane właśnie przez radykalne feministki niż przez „zwykłe kobiety”, swoich klientów czy służby policyjne i socjalne. Pani Dodillet może tylko zbyt mało pisze o motywacji wprowadzenia kontrowersyjnego sexköpslagen.

„Przyjdzie Göran i wyrówna”

Profesor antropologii uniwersytetu sztokholmskiego (obecnie wykładający gościnnie w Nowym Jorku) Don Kulick twierdzi, że sexköpslagen – które, jego zdaniem, wyrządziło wyjątkową krzywdę szwedzkim prostytutkom – odzwierciedla szwedzką hybris i przekonanie, że sprawna inżynieria socjalna może stworzyć raj na ziemi. Jest to konstatacja trafna, ale nie do końca tłumacząca tę inicjatywę ustawodawczą Zrzeszenia Kobiet Socjaldemokratycznych (Socialdemokratiska kvinnoförbundet) z roku 1999.

Wprawdzie w Europie to Polacy uchodzą powszechnie za mistrzów narodowej megalomanii, ale od przywary tej nie jest wolne żadne społeczeństwo, szwedzkie też nie. Już Gustav II Adolf uważał, że Szwedzi są przez Boga wybranym Nowym Izraelem (Sverige som Guds nya Israel), ale były to wtedy tylko śmieszne sny o potędze. Zmieniło się to dopiero, gdy socjaldemokraci zbudowali „dom ludu” (folkhemmet) – system wyjątkowo egalitarny, który przez długi czas rzeczywiście dawał każdemu szansę dużego społecznego awansu i był powszechnie podziwiany w świecie. Razem z dostępną każdemu zamożnością ugruntowało się w Szwedach przekonanie, że są oni też wyjątkowo moralni, przewyższający inne nacje. To my, Szwedzi, jesteśmy neutralni, nie wchodzimy w żadne bloki wojskowe, my potępiamy wojnę wietnamską czy sowiecką interwencję w Czechosłowacji (Olof Palme w sławnym przemówieniu nazwał Husáka „żałosną kreaturą”), walczymy z apartheidem, popierając ANC w Afryce Południowej, nasza SIDA za wielkie sumy realizuje różne projekty w krajach III Świata – przeciętny Szwed był przekonany, że jest bardziej świadomy politycznie, bardziej humanitarny i moralny niż obywatele innych krajów. Gdy Petra Östergren zapytała Inger Segelström, dlaczego Szwecja kryminalizuje kupowanie seksu w czasie, gdy inne kraje dążą do uznania dobrowolnej prostytucji za normalną pracę, ówczesna przewodnicząca Socialdemokratiska kvinnoförbundet wyjaśniła, że Szwecja zaszła przecież dalej niż inne kraje i teraz powinna pokazać Europie, jak się rozwiązuje ten przykry problem.

Należy pamiętać, że Szwedzi nigdy nie utożsamiali się z Europą. Zwolennikami wejścia Szwecji do Unii były wszystkie wielkie partie polityczne, potężne związki zawodowe, konfederacja pracodawców, wielcy kapitaliści, a mimo to w referendum aż 46,8 proc. Szwedów powiedziało „nie”. Zwłaszcza kobiety, a szczególnie radykalne feministki były przeciwne szwedzkiemu członkostwu. Wszak szefową kampanii Nej till EU była płomienna zwolenniczka kryminalizacji płatnego seksu, Eva-Britt Svensson (później wynik referendum tak jej się nie podobał, że opuściła socjaldemokrację dla postkomunistycznej Partii Lewicy). Głównie dzięki gigantycznej mobilizacji związków zawodowych i ogromnej przewadze finansowej nad przeciwnikami szwedzkiego członkostwa referendum zostało wygrane, ale niewielką przewagą głosów.

W roku 1996 premiera Ingvara Carlssona zastąpił Göran Persson, słynący z tego, że swoich przeciwników traktował z subtelnością walca drogowego. Liczono na to, że Persson – choć naturalnie określający się feministą – usunie z władz partii te wszystkie superradykalne damy. Persson okazał się jednak mistrzem taktyki – rzeczywiście usunął pewne kobiety, ale jedynie te inteligentne, które zagrażały mu politycznie. Margot Wallström była osobą zbyt popularną w partii, aby można było ją tak zwyczajnie „pogonić”, a więc poszła na komisarza do Brukseli (gdyby nie ta roszada Perssona, to niezwykle rozsądna Wallström, a nie Mona Sahlin byłaby dziś szefową szwedzkiej socjaldemokracji). Wicepremier i minister ds. równouprawnienia Margareta Winberg, bardzo twarda kobieta, została „zesłana w ambasadory” i to na wszelki wypadek aż do Brazylii. Radykalnych feministek Persson nie ruszał, nie były dla niego żadnym zagrożeniem.

Sexköpslagen nie można by wprowadzić bez zgody Perssona – prostytutki były mu całkowicie obojętne, a prawdopodobnie uznał, że radykalnym feministkom coś należy dać za tę Unię, może liczył też na poparcie organizacji kobiecych przed referendum w sprawie wejścia Szwecji do EMU, stał się wszak wielkim zwolennikiem przyjęcia euro. Przeliczył się, Szwedzi nie chcieli euro i to referendum zostało przegrane. Göran Persson ustępował jedynie w błahostkach. Mógł więc uznać sexköpslagen za element handlu wymiennego, zwłaszcza że dotyczył on grupy zmarginalizowanej, pozbawionej głosu, spacyfikowanej przez agresywność radykalnych feministek. Czym jednak powodowana była ta agresja?

Kuchta pod schodami

Wśród różnych moich szpargałów na strychu leży trochę numerów świetnego kiedyś pisma „The Village Voice”. W roku 1971 relacjonowało ono debatę, jaka wywiązała się między amerykańskimi feministkami i prostytutkami. Susan Brownmiller – późniejsza autorka sławnej książki Against Our Will: Men, Women, and Rape – przyznała, że gdy była studentką szkoły aktorskiej, to czasami oddawała się za pieniądze, podobnie jak wszystkie jej przyjaciółki. Mogła wprawdzie zarabiać jako sekretarka, ale uważała to zajęcie za najbardziej poniżające z możliwych (sic!), a za jeden płatny stosunek dostawała 150 dolarów. Była jednak słabą prostytutką, często płakała w czasie aktu, który był dla niej czymś w rodzaju gwałtu etc. Ta łzawa wypowiedź pani Brownmiller wywołała furię zawodowych call girls, z których część chętnie zostałaby sekretarkami, ale uniemożliwiał im to brak wykształcenia. Zarzuciły jej, że skoro oddawała się płacząc, to uprawiała prostytucję w sposób niemoralny, gdyż istnieje wiele uczciwych prostytutek, które za pieniądze oferują nieoszukane usługi – trzeba było nie ściągać majtek, nie brać kasy i nie płakać. Niektóre prostytutki twierdziły nawet, że sprzedawanie ciała jest najlepszą formą jego kontroli, uczciwszą niż darmowy seks małżeński, do którego zobowiązana jest przeciętna housewife. Oczywiście przyjemniej jest pisać artykuły i brać udział w debatach za pieniądze, ale nie każda dziewczyna może to czynić.

Jedną z ikon szwedzkich feministek jest Elin Wägner (1882-1949), pionierka ekofeminizmu, niezła pisarka, później wybrana też do Svenska Akademien. Otóż walcząca rzeczywiście o prawa kobiet pani Wägner zawsze miała służącą, śpiąca w służbówce przy kuchennych schodach. Służącej nie wolno było przyjmować żadnych gości. Takie były wówczas obyczaje w domach dam wykształconych i wychowanych (jak Wägner) na plebanii Svenska Kyrkan. Przecież kuchta innych warunków nie potrzebuje. Niestety od tamtych czasów niewiele się nie zmieniło. Pamiętam, jak w końcu lat 80. wybuchła afera z projektem Bai Bang (dzisiejsza nazwa Vinh Phu). Była to wielka inwestycja przemysłu drzewno-papierniczego, którą we Wietnamie opłacała szwedzka SIDA i która kosztowała Szwedów 2 miliardy ówczesnych koron. Niestety okazało się, że przy karczowaniu lasu pracowały – oczywiście przymusowo – młode kobiety, także „rehabilitowane” byłe prostytutki i te kobiety nigdy nie miały urlopu. Lena Hjelm-Wallén – ówczesna minister ds. rozwoju (a późniejsza wicepremier) – oświadczyła wówczas, że jako feministka i socjaldemokratka ubolewa nad warunkami pracy tych młodych Wietnamek, ale trzeba pamiętać, że ludzie w Azji mają inny model życia i nie mają naszych zachodnich potrzeb wypoczynku i wolnego czasu.

Szwedzkie radykalne feministki przyjmują cztery otwarcie artykułowane aksjomaty: 1) płatny seks jest opłacanym gwałtem (ciekawe, że nigdy nie zajmują się kupowaniem przez damy w średnim wieku usług młodych mężczyzn, co przecież zdarza się dość często – kto wtedy kogo gwałci?); 2) żadna kobieta nie zostaje prostytutką dobrowolnie, nawet jeżeli sama tak twierdzi; 3) nie istnieją prostytutki zadowolone z wykonywanej profesji; 4) prostytucji nie można uznać za pracę.

To najwybitniejsza w Norden znawczyni prostytucji, antropolożka z uniwersytetu w Oslo, May-Len Skilbrei zauważyła, że założenia te odzwierciedlają moralność klasy średniej. Kobiety z niższych klas i imigrantki, z reguły skazane na proste prace fizyczne, przywiązują większą wagę do siły nabywczej niż do kariery, która i tak nie jest im dostępna. Dlatego znacznie łatwiej mogą zaakceptować prostytucję, zwłaszcza dorywczą (dorabianie do nędznej pensji). Dla kobiet z klasy średniej praca i osiągane szczeble kariery są nieodłącznie związane z ich tożsamością i samooceną. Stosunek do prostytucji warunkowany jest więc perspektywą klasową.

Choć wśród klientów prostytutek zdarzają się mężczyźni, u których libido dominandi jest silniejsze niż popęd płciowy, trudno uznać taki akt za opłacony gwałt. Nie jest też przypadkiem, że wielu „prawdziwych mężczyzn” jest przeciwnikami prostytucji – prawdziwy macho to osobnik, przed którym „laski” ścielą się jak dywan, a cóż to za Don Juan, który musi płacić za seks? Giacomo Casanova też gardził prostytutkami, choć zdarzało mu się im płacić, jednak radykalnym feministkom nie przeszkadza ta wspólnota poglądów z archetypicznym macho.

To Susan Faludi skonstatowała niedawno, że system postanowił feministkom następujący warunek: - Akceptujemy was na tym świecie, dopóki wy akceptujecie ten świat, jakim on jest i nie próbujecie go zmieniać. Właśnie w niewielkim szwedzkim społeczeństwie – gdzie możliwości wygodnego zarabiania sporych pieniędzy są znacznie mniejsze niż w ogromnych USA – widać, jak radykalne feministki chętnie zgodziły się na ten warunek. Niestety większość ludzi ma wpierw interesy, a potem poglądy i wszyscy wiedzą, od kogo zależą granty, stypendia twórcze, świetnie płatne występy w wielkich mediach i prelekcje dla firm czy stowarzyszeń.

Paulina de los Reyes przybyła do Szwecji z Chile w latach 70. Jest ona bardzo rozsądną feministką, może i dlatego, że nie zajmuje się queerowymi teoryjkami, ale jest ekonomistką, docentem historii gospodarowania na uniwersytecie w Uppsali. To ona zauważyła, jak żałosny jest publiczny dyskurs radykalnych feministek w Szwecji. Dyskutują o odpisach podatkowych za sprzątanie swoich willi (obecny rząd mieszczański wprowadził możliwość takich odpisów), ale nie o pensjach tychże sprzątaczek czy salowych i warunkach ich zatrudnienia, o tym, czy feministce wypada nosić torebkę za kilka tysięcy koron, ale nie o wyjątkowo restryktywnej polityce imigracyjnej, o Sarah Palin, ale nie o kobietach z wyjątkowym bestialstwem gwałconych w Kongo (nie jest bezpiecznie zapomnieć, jakie interesy ma w Kongo wpływowa rodzina Lundin). Nie zajmuje ich fakt, że w ostatnim roku liczba kobiet zasiadających w zarządach 255 dużych szwedzkich firm zwiększyła się… o jedną. Od siebie dodam, że widać przecież światełko w tunelu – już 19 proc. członków tych zarządów stanowią kobiety, a jeszcze dziesięć lat temu było ich tylko 3 proc. Z integracją też nie jest tak źle, w Malmö uczennice-imigrantki z gettowej dzielnicy Rosengård mogą czasami zbierać do zmywarek brudne kubki i talerzyki w szwedzkich firmach. W ten sposób mogą usłyszeć, jak brzmi język szwedzki w ustach etnicznych Szwedów – w Rosengårdsskolan nie mają takiej możliwości, gdyż nie chodzi do niej ani jedno szwedzkie dziecko, a także kadra nauczycielska jest przeważnie imigrancka.

Narcyzm uprzywilejowanych

Teoretycznie wiemy wszyscy, że feminizm praktykowany przez białe intelektualistki jest dość bezużyteczny dla reszty kobiet – ostatecznie nawet w niektórych szwedzkich szkołach średnich czyta się fragmenty postkolonialnych feministek (Gayatri Chakravorty Spivak, Chandra Talpade Mohanty). Niestety można coś wiedzieć, ale nie uwzględniać tego w swojej działalności.

Jedna z wyjątkowo mądrych feministek w Szwecji, profesor gender studies Lunds universitet, Diana Mulinari wprowadziła pojęcie „feminizmu narcystycznego”. Jej zdaniem, radykalne szwedzkie feministki wykazują totalny brak zainteresowania doświadczeniami innymi niż ich własne. Profesor Mulinari nie jest białą lady, ale imigrantką-Latynoską i nie bawi się w owijanie niewygodnych prawd w bawełnę politycznej poprawności. Jej zdaniem ten typ feminizmu – mieszczańskiego feminizmu dam z wyższej klasy średniej – pozwala na utrzymanie uprzywilejowanej pozycji materialnej tej grupy, gdyż nie jest dla nikogo groźny.

Oczywiście ceną takiej pozycji jest brak jakichkolwiek wpływów politycznych. FI (Inicjatywa Feministyczna) otrzymała w ostatnich wyborach 2006 „aż” 0,68 proc. głosów. Oczywiście przyczyniły się do tego „wyskoki” niektórych wściekłych feministek, twierdzących, że związek heteroseksualny jest projektem antyfeministycznym (Tiina Rosenberg) czy że wszyscy mężczyźni są gwałcicielami (Eva Lundgren). Jednak tak żałosnego wyniku wyborczego nie mogą tłumaczyć tylko te szkodliwe politycznie wypowiedzi. Po prostu przeciętna kobieta w Szwecji – lekarka, urzędniczka, policjantka, robotnica, imigrantka etc. – nie widzi, w jaki sposób radykalne feministki mogłyby pomóc w jej życiu; wszak one nawet nie istnieją w związkach zawodowych. Gdy Mona Sahlin – która najwyraźniej woli współpracować z mężczyznami – usunęła z kierownictwa socjaldemokracji dwie radykalne feministki, nikt nawet okiem nie mrugnął, gdyż w czasach Perssona były one przysłowiowymi „paprotkami” (odejście Marity Ulvskog dodatkowo wzmocniło partię, gdyż zastąpił ją Ibrahim Baylan, a socjaldemokraci od lat cierpieli na brak imigrantów na wysokich stanowiskach partyjnych). Gdy pracobiorcy w klasycznie męskich zawodach bronili się przed zatrudnianiem kobiet, a radykalne feministki zarzucały im męski szowinizm, to wystawiały świadectwo swojemu nieuctwu – ostatecznie każdy szwedzki robotnik zna tę ponurą prawdę: „gdy przychodzą baby, pensje przestają rosnąć”. A może znały tę zasadę, ale im ona nie przeszkadza? Tak jak najwyraźniej nie przeszkadza im fakt, że np. pielęgniarz prawie zawsze zarabia więcej od pielęgniarki? Może jest im to obojętne, tak jak obojętny był przegrany strajk pielęgniarek?

Spotkałam się z opiniami, że polskie feministki powinny się wzorować na swoich radykalnych, szwedzkich „siostrach”. Byłaby to droga donikąd i właśnie gwoli przestrogi napisałam ten tekst. Polska jest krajem wyjątkowej opresji patriarchalnej, wzmacnianej ideologią Kościoła katolickiego i potrzebuje feminizmu mądrego politycznie. Takie feministki też w Szwecji istnieją, jednak od radykalnego skrzydła radziłabym się trzymać z daleka.
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |11.05.2009 05:16:42
Plotki podane w sosie socjologicznym. Wszystko leci obok tematu. Jeśli poważnie
mamy traktować Szwecję jako punkt odniesienia, to trzeba się do tego zabrać
nieco inaczej.
Szymon_G   |14.05.2009 17:01:26
Co jest plotką? obok czego leci? Nie bardzo rozumiem.
kot   |15.05.2009 05:45:36
Szymon _ G.
,,Obok tematu,, ?!
Ustrój Szwedzki ( państwo dominujące-
kapitalizm wolny, ale mu podporządkowany, wykorzystywany jako mechanizm
napędzający rozwój gospodarczy) z tego co wiem jest dla Krytyki Politycznej
odniesieniem dla zmian, które powinny dokonywać się w Polsce.
I to nazywam
tematem! Czy miałem prawo spodziewać się że korespondencje będą to
uwzględniać w swoich szczegółowych opisach?
Folklor socjologiczny każdego z
państw świata jest interesujący. W takiej perspektywie tekst autorki jest
ciekawy. Jeżeli jednak Szwecję wyróżniamy z uwagi na jej Ustrój, to wtedy
poruszony przez nią temat idzie obok tematu.
Szczególnie zabrakło mi tego
odniesienia w jej poprzednim artykule, w którym opisuje powstanie i ekspansje
nowej partii politycznej. Z opisu było widać, jak ta żerując na populizmie,
któremu ulega łatwo każde społeczeństwo, wychodząc z pozycji skrajnych, jest
poddawana sile hegemonii szwedzkiego ustroju. Poddana jego grawitacji
została zmuszona wpasować się w jego istotne zasady.
Jaka to musi być silna
hegemonia socjalistyczna, która nawet wrednych populistów przerabia na ludzi.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.05.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.97498 Seconds