Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Dwie elity: ukryta i pozorna Drukuj
Anna Delick, Sztokholm   
31.05.2009
Cytowany już w moich innych tekstach Richard Florida (ur. 1957) jest profesorem geografii ekonomicznej (regional economic development), specjalizującym się w urbanistyce. Związany z University of Toronto, wykładał też gościnnie na uniwersytetach Ivy League (dwukrotnie na Harvardzie) oraz na sławnym MIT. Będąc trochę „guru”, a trochę „latającym Holendrem”, brał też udział w niezliczonych konferencjach naukowych, kilkakrotnie w Szwecji, którą jest zresztą zachwycony (w pracy z roku 2005 The Flight of the Creative Class. The New Global Competition for Talent zamieszcza nawet „indeks kreatywności”, gdzie wśród 45 krajów Szwecja plasuje się na pierwszym miejscu).

Ponieważ zakładam, że większość czytelników „Krytyki Politycznej” zna przynajmniej główny bestseller Floridy The Rise of the Creative Class (2002), przypomnę jego idee tylko w ogromnym skrócie.

Według Floridy w „społeczeństwie wiedzy” decydujące znaczenie ma „klasa kreatywna”, do której zalicza pracowników wyższych uczelni i badawczych instytutów, mediów, marketingu i reklamy, projektantów mody i wszelkich designerów, architektów, artystów i pracowników przemysłu rozrywkowego, różnego rodzaju high-tech workers, a także ludzi świadczących usługi wyższe, np. prawników i profesjonalistów sektora finansowego. Jego zdaniem kluczem do sukcesu kraju jest stworzenie centrów, w których „klasa kreatywna” chce się osiedlać i żyć. W takich centrach, jak Boston, okolice Zatoki San Francisco, Sztokholm czy Göteborg „klasa kreatywna” rzeczywiście stanowi już około 40 proc. populacji. „Klasa kreatywna” wymaga świetnej infrastruktury, wysokiego standardu życia – łącznie z imigranckimi restauracjami i sklepikami z towarami z całego świata – ciekawych rozrywek i pełnej swobody realizowania siebie, a także swobody seksualnej (odsetek gejów i lesbijek jest w tej „klasie” znaczny).

Florida pisze dużo o koniecznych trzech T (technologia, talent, tolerancja). „Klasa kreatywna” jest kosmopolityczna, bohemiczna, chce żyć w centrach wielokulturowych, zsekularyzowanych, ciekawych, zapewniających rozrywki 24 godziny na dobę – ponieważ nie ma trosk materialnych, więc najbardziej nienawidzi nudy.

Obserwacje Floridy są na pewno trafne, taka „klasa” istnieje, jej przedstawicieli różnych narodowości spotykam codziennie, także w pracy. Jest to „klasa” o bardzo wysokiej konsumpcji, mobilna (przeniesienie się do innego kraju nie stanowi problemu), mimo zawodowej konkurencji bardzo solidarna i bezlitosna wobec każdego, kto chciałby ograniczyć jej wolność. Nie rozumiem tylko, dlaczego miałaby to być „klasa dominująca”. Sam Florida pisze przecież w swojej książce, że przeważająca większość „klasy kreatywnej” nie posiada i nie kontroluje żadnego znaczącego kapitału – ich jedynym kapitałem w najdosłowniejszym sensie jest zawartość ich głów.

„Odkrywcy”-poprzednicy

Richard Florida nie jest pierwszym „odkrywcą” nowej klasy dominującej czy nowej elity. Wacław Machajski już na początku XX wieku głosił, że nową klasą dominującą chcą stać się inteligenci – przy pomocy proletariackiej rewolucji chcą zająć miejsce burżuazji.

W roku 1941 były trockista James Burnham opublikował swoją The Managerial Revolution, która wówczas stała się bestsellerem. Burnham twierdził, że wobec rozproszenia własności nową klasą panującą staną się managerowie – oni wywalczą dla siebie przywileje nowych feudałów, będą rządzić mediami (a więc dyskursem publicznym), korumpować polityków.

Książka ta zrobiła tak wielkie wrażenie na Jerzym Giedroyciu, że w roku 1958 wydał jej polski przekład, choć zdawał sobie sprawę, że wśród zapeklowanych w „niezłomnym” konserwatyzmie polskich emigrantów będzie to pozycja całkowicie deficytowa. Notabene Burnham był właściwie jedynym amerykańskim przyjacielem Giedroycia i przyjaźń ta przetrwała nawet wtedy, gdy Burnham poparł „szalonego senatora z Wisconsin”. Tenże Joseph McCarthy – człowiek o umysłowości Macierewicza – popełnił jednak duży błąd, gdy podatność na „komunistyczną infiltrację” zarzucił także amerykańskim siłom zbrojnym. Główny prawnik armii, Joseph Welch, w transmitowanym przez TV posiedzeniu osławionej Komisji rozniósł w puch i ośmieszył oskarżenia McCarthy’ego, a po upadku senatora także i Burnham stracił większość swoich wpływów. Jerzy Giedroyc miał nadzieję, że sama logika procesów wytwórczych i zarządzania również w „realnym socjalizmie” wymusi przekazanie części władzy managerom, a więc uszczupli władzę partyjnej nomenklatury. Niestety Książę się tu pomylił, gdyż „realny socjalizm” nie był systemem reformowalnym.

Kolejnym „odkrywcą” klasy dominującej był Daniel Bell, intelektualista nawet jak na socjologa dość mętny. Uważał on, że główną rolę w społeczeństwie postindustrialnym odgrywać będą wyspecjalizowani profesjonaliści, dysponujący określoną wiedzą. Później Robert B. Reich wprowadził jeszcze termin „analityków symbolicznych” jako „klasy” wiodącej (The Work of Nations. Preparing Ourselves for 21st-century Capitalism, 1991).
Były to wszystko bardzo zgrabne konstrukcje myślowe, tylko jaki związek mają one z rzeczywistą władzą?

Niewidzialni

W Szwecji – rozkochanej w liczbach i statystykach – ukazuje się regularnie od roku 1915 niezwykle pożyteczne, choć wyprane z wszelkich intelektualnych konstrukcji wydawnictwo: Förmögenhetskalendern – taki spis najzamożniejszych osób czy rodzin w kraju. Należy zaznaczyć, że spis ten obejmował tylko majątek (pomniejszony o ewentualne długi) podlegający opodatkowaniu – notabene obecny rząd mieszczański zniósł w roku 2007 förmögenhetsskatt (podatek majątkowy). Ponieważ każdy przyzwoity kapitalista stara się swoje dobra przed urzędem podatkowym ukrywać, trzeba zakładać, że rzeczywisty majątek osób ujętych w Förmögenhetskalendern był i jest znacznie większy. Wydawnictwo nie wprowadza też różnicy między kapitałem finansowym a nieruchomościami i ruchomościami (samochody, jachty, prywatne samoloty etc.). Szwecja jest o tyle wdzięcznym obiektem obserwacji, że zmiany struktury własności nie były zależne od czynników zewnętrznych – kraj nie brał udziału ani w pierwszej, ani w drugiej wojnie światowej, nie było okupacji, konfiskat etc. Oczywiście największa władza nie zawsze łączy się z największym majątkiem osobistym. Najpotężniejsza w Szwecji rodzina Wallenbergów – kontrolująca za pośrednictwem spółki inwestycyjnej Investor [1] wielkie koncerny (Ericsson, Electrolux, AstraZeneca PLC, Atlas Copco, Gambro, Scania, VM-Data, Husqvarna, połowę ABB Ltd i koncern finansowy SEB) – prywatnie nie jest bynajmniej najbogatsza.

O ile podlegający opodatkowaniu majątek klasy średniej w latach 1915-84 zmniejszył się – naturalnie przy uwzględnieniu różnej wartości korony – aż o 60 proc., o tyle majątek absolutnej elity finansowej wielokrotnie wzrósł. Zmniejszenie się majątku klasy średniej – występujące także w innych krajach, zwłaszcza w USA – wynikało zarówno z coraz lepszego „planowania podatkowego” [2] (to zauważył już Charles Wright Mills w swojej Elicie władzy z 1956 roku), jak też z rzeczywistego zmniejszania się klasy średniej, o czym ostatnio tyle pisał Paul Krugman.

Wertując Förmögenhetskalendrar, zauważymy, iż w ostatnim wieku nastąpiło zdumiewająco niewiele zmian. Odpadł wprawdzie Ivar Kreuger – którego bankructwo i samobójstwo w roku 1932 wstrząsnęło połową Europy (także II RP) – ale pozostały cztery palce z tej żelaznej łapy, trzymającej szwedzki business: Wallenberg, Wehtje (koncern Skanska), Johnson i Bonnier (magnaci medialni). Doszedł jeszcze Jan Stenbeck (koncern Kinnevik), a po jego śmierci w roku 2002, spadkobierczyni-córka Cristina.

Cechą charakterystyczną tej prawdziwej elity jest, że prawie nigdy nie zajmują się nimi media (notabene herbową dewizą rodziny Wallenbergów jest esse, non videri – „być, a nie sprawiać pozory”). Zdarza się czasami, choć rzadko, że wynajmują jakiegoś „pismaka”, najlepiej z profesorskim tytułem, który otrzymuje polecenie spłodzenia panegiryku, sławiącego pracowitość, oszczędność, wręcz ascetyzm, zleceniodawcy. Zresztą jak na tak ogromne majątki ludzie tej sfery rzeczywiście nie szaleją konsumpcyjnie – nie muszą! Nawet prasa plotkarska, rozpisująca się o jakichś celebrytach czy celebrytkach dobrze wie, że nie byłoby zdrowo pisać o prawdziwej elicie, już prędzej wyciągną jakieś plotki o rodzinie królewskiej. – Współczesna demokracja narzuca dyskrecję – powiedział Thomasowi B. Bottomore jeden z brytyjskich magnatów finansowych. – Nie jesteśmy interesujący – zauważyła Eva Bonnier w jednym z bardzo rzadkich wywiadów.

Oczywiście, rodzina Bonnierów, działająca w 21 krajach, a w Szwecji posiadająca największe wydawnictwa książkowe i największe dzienniki („Dagens Nyheter”, „Dagens Industri”, „Sydsvenska Dagbladet”, tabloid „Expressen” etc.), wydająca dziesiątki kolorowych magazynów, mająca udziały w TV4, kontrolująca szwedzki przemysł filmowy i zatrudniająca 12 tysięcy osób nie może przecież być interesująca. Zwykła, ciężko pracująca rodzina, prawda? Trzeba jednak przyznać, że panie z tej rodziny nie gubią majtek na przyjęciach, a panowie nie wymiotują w ogrodowe rabatki – od tego są celebrytki i celebryci opisywani w wydawanych przez Bonnierów plotkarskich tygodnikach. Prawdziwą elitę omijają też drapieżne pióra socjologów, którzy dobrze wiedzą, jakie granty przyznają fundacje. Jedynymi znanymi mi, a poważnymi książkami na ten temat są dwie prace Annette Kullenberg.

Dyskrecja prawdziwej elity jest tak wielka, że niezwykle rzadko figuruje ona w szwedzkim Who’s who? (można nie życzyć sobie figurowania w tym wydawnictwie). Aż 93 proc. osób figurujących w Förmögenhetskalendern nie figurowało w Who’s who? z roku 1995.

Należy zaznaczyć, że i politycy (także mieszczańscy), i prawdziwa elita bardzo dbają, aby nie łączyły ich widoczniejsze związki. W Szwecji jednak premier nie „wpada na grilla” do Antonii Ax:son Johnson, właścicielki Grupy Axel Johnson (trzy koncerny, 14 tysięcy zatrudnionych w Szwecji, 12 tysięcy w USA etc.) i wielkiej spółki nieruchomości AxFast. Nie jest możliwy nocny konwentykiel, na którym szef firmy Investor, Jacob Wallenberg dyktuje premierowi nazwiska do zarządów państwowych firm. Takie szokujące praktyki zdarzać się mogą tylko na zacofanych kulturowo peryferiach, aczkolwiek nie tracę nadziei, że za kilka pokoleń także polski kapitalizm pozbędzie się rdzy oligarchizmu.

Prawdziwa elita posiada też rzeczywistą Kinderstube. Gdy ówczesny szef firmy Investor, „stary” Peter Wallenberg, w połowie lat 90. wyjątkowo napisał artykuł, w którym radził przestać zawracać sobie głowę Europą Wschodnią, gdyż przyszłość świata leży w Azji, nie opublikował go we własnej „Svenska Dagbladet”, ale w konkurencyjnych „Dagens Nyheter” – publikowanie w dzienniku, który wówczas [3] posiadał, uważał bowiem za objaw złego gustu.

Pokaż się lub zgiń

Cechą charakterystyczną przedstawicieli „klasy kreatywnej” jest to, iż nieustannie muszą udowadniać, że do niej należą. Najważniejszy jest oczywiście adres – komu nie udało się odziedziczyć czy kupić mieszkania na Östermalm, może ostatecznie zadowolić się Hammarby sjöstad, gdzie nawet fasady bloków kryte są marmurem (oczywiście sprowadzonym z Chin, bo europejski jest za drogi).

Jedna z moich licznych wad polega na tym, że jestem zupełnie pozbawiona świadomości cen, nie wiem nawet, ile kosztuje najprostszy produkt codziennego użytku. Mam jednak przyjaciółkę-lesbijkę, która jest na ceny wyjątkowo wyczulona. Zdarza się, że gdy na rowerach mijamy jakąś parę, Maria mówi: - Minimum czterdzieści pięć. Ma na myśli, że markowe ciuchy mijanej pary to minimum 45 tysięcy koron. Zaznacza przy tym, że nie liczy tulonego przez dziewczynę psa-miniaturki, razem z nim byłoby 60 tysięcy (24 tysiące zł).

Ubranie nie jest naturalnie jedynym wyróżnikiem. Jadąc do przyjaciół we wspomnianym Hammarby sjöstad, zwróciłam uwagę, że spośród wszystkich punktów usługowych najwięcej jest tam salonów fitnessu i odnowy biologicznej. „Klasa kreatywna” musi bowiem – niczym luksusowe call girls – inwestować także we własne ciało. Marcus Wallenberg może nie zwracać uwagi na swoją nadwagę, jemu wolno, jego podwładnym już nie. To Bourdieu pierwszy użył określenia „bourgeoisie z sauny i fitnessu”. Fachowcy potrafią nawet odróżnić, czy zimowa opalenizna pochodzi z trywialnego solarium, czy z alpejskich stoków.

Epatowanie blichtrem jest o tyle konieczne, że pokazuje, iż jeszcze się nie wypadło z „klasy kreatywnej”, że ciągle nas stać. Najlepiej świadczy o tym sposób „bywania” w luksusowych lokalach koło Stureplan. Nie można wejść do jednego z nich i konsumować. Należy wpaść, zamówić butelkę szampana – Kruga czy Dom Pérignon (inną „piankę” pija tylko hołota), wypić tylko jeden kieliszek, porozmawiać ze znajomymi i iść do kolejnego lokalu.

Savoir-vivre wymaga, by jednego wieczoru odwiedzić przynajmniej trzy lokale.
Ludzie „klasy kreatywnej” często mają mniejszą pewność zatrudnienia niż zwykły pracobiorca, często oferuje się im zatrudnienie w projektach, na kontrakty krótkoterminowe etc. W wypadku utraty pracy liczy się nie tyle wykształcenie, ile tzw. network (nie pójdą przecież do biura pośrednictwa), a aby mieć tę sieć kontaktów, trzeba konsumować, aby nie wypaść z „towarzystwa”. Dlatego z reguły nie mają liczących się kapitałów, zdarza się, że ludzie zarabiający miesięcznie odpowiednik 35-40 tysięcy zł polskich nie mają żadnych oszczędności, a nawet długi. Czy tak wygląda „klasa dominująca”?

Prawdziwa elita jest wolna, może żyć, jak chce, ubierać się, jak chce – najbogatszy obywatel szwedzki, słynący z wyjątkowego skąpstwa twórca i właściciel [4] firmy IKEA, Ingvar Kamprad przejawia wręcz ekstrawagancki ascetyzm. To elita pozorna musi być „ocechowana” luksusową konsumpcją – określenie adekwatne, gdyż angielska nazwa marki (brand) jest etymologicznie spokrewniona z dawnym przyrządem do barbarzyńskiego cechowania bydła (branding-iron).

Z uwagi na liczebność „klasy kreatywnej” jej patologiczny snobizm konsumpcji miał jednak ważkie konsekwencje polityczne.

Zmiana punktu siedzenia

Tage Erlander był premierem aż przez 23 lata (rekord wśród demokratycznych państw Zachodu), w czasach największego rozkwitu Szwecji, najbogatszego wówczas państwa Europy. Przez wiele lat Tage Erlander mieszkał z rodziną w czynszowym (sic!), trzypokojowym mieszkaniu w skromnej dzielnicy Sztokholmu – Alvik. Gdy w roku 1969 twórca folkhemmet odchodził z funkcji premiera, otrzymał w darze od partii skromny domek w Bommersvik i zamieszkał tam ze swoją ukochaną Ainą. Premier Szwecji nie miał nawet żadnej służbowej rezydencji letniej. Dopiero w roku 1952 bogaty kapitalista, Carl August Wicander zapisał państwu szwedzkiemu swój pałacyk Harpsund w gminie Flen pod warunkiem, że będzie on wykorzystywany przez premierów Szwecji do celów reprezentacyjnych. Po długich wahaniach i uzyskaniu zgody parlamentu Tage Erlander przyjął darowiznę.

Poprzednik Erlandera, Per Albin Hansson mieszkał ze swoją partnerką – „konkubiną”, według terminologii obowiązującej w polskim zaścianku katolickim – w robotniczym domku szeregowym w Ålsten. Właśnie wracając do tego domku z oficjalnego przyjęcia, premier Hansson zmarł na zawał serca 6 października 1946 na przystanku tramwajowym, gdyż poruszał się tym środkiem lokomocji i naturalnie bez żadnej ochrony. W Ålsten czy pobliskim Äppelviken mieszkało wielu wybitnych socjaldemokratów. W dzień odbioru makulatury przy ich furtkach leżały wielkie sterty gazet świadczące, że mieszkają tam ludzie prenumerujący trzy poranne dzienniki. Jeszcze w końcu lat 70. lokalny oddział socjaldemokracji w Äppelviken miał więcej członków i organizował więcej debat niż w jakiejkolwiek innej dzielnicy Sztokholmu.
Mijały lata, w Ålsten i Äppelviken wyburzono część domków szeregowych, które jeszcze w latach 30. stawiał seryjnie znany przedsiębiorca budowlany Olle Engkvist. Na obszernych parcelach spadkobiercy wybudowali kosztowne wille. Przed ich furtami nie leżały już stosy dzienników. Już w wyborach 1991 socjaldemokraci dostali w Ålsten… 5 proc. głosów. Coś się zmieniło w Ålsten/Äppelviken. Punkt widzenia zależy jednak od punktu siedzenia.

Dawni socjaldemokraci byli z reguły ludźmi zwykłych zawodów, którzy później – najczęściej przez związki zawodowe – trafili do partyjnego aparatu. Dzisiejsi socjaldemokraci są często tzw. brojlerami – ludźmi, którzy w żadnym zawodzie nie przepracowali godziny, często nawet nigdy w życiu nie byli w biednej dzielnicy, a cała ich kariera związana jest z partyjnymi funkcjami. Dotyczy to także managerów instytucji i firm państwowych – w ciągu dziesięciu lat ich pensje wzrosły o 107 proc., do średniego uposażenia rocznego 4 260 300 koron. W tym samym czasie pensje robotników przemysłowych wzrosły o 28 proc., do średniego uposażenia 269 tysięcy koron rocznie. Rekordy pobił generalny dyrektor poczty, Lars G. Nordström zarabiający miesięcznie 900 tysięcy koron (tyle co 45 listonoszy).

Najgorsze, że zaraza jest już w Grenadzie czyli w związkach zawodowych, na których opiera się cała potęga szwedzkiej socjaldemokracji. AMF jest socjaldemokratycznym funduszem emerytalnym, w którym zechciało ulokować – obowiązuje wolny wybór – swoje składki wielu robotników i niższych urzędników. Okazało się, że dyrektor AMF, Christer Elmehagen ryzykownymi spekulacjami naraził firmę na wielkie straty (a gdy się zorientował, usiłował wycofać z AMF własne składki, czemu sprzeciwił się personel). Christer Elmehagen (62 lata) został odwołany i otrzymał emeryturę oraz „złoty spadochron” w łącznej wysokości 62 milionów kr (działo się to właśnie w czasie, gdy wszyscy emeryci w Szwecji otrzymali informację, że ich emerytury nie tylko nie będą indeksowane, ale zostaną nawet obniżone – wszak jedna czwarta ulokowanych nieszczęśliwie w akcjach naszych składek emerytalnych poszła z kryzysowym dymem). Tę monstrualną odprawę dla Elmehagena podpisała przewodnicząca zarządu AMF, Vanja Lundby-Wedin, będąca równocześnie szefową Organizacji Krajowej (LO) związków zawodowych – tłumaczyła się, że uczyniła to przez pomyłkę. Jako szefowa LO pani Lundby-Wedin zarabia 717 300 kr rocznie – rzeczywiście niewiele jak na tak wysokie stanowisko. Zasiada jednak w zarządach różnych firm socjaldemokratycznych i otrzymuje z tego tytułu 421 000 kr rocznie (w tym z AMF – 80 tysięcy). Czy za ten odpowiednik 32 tysięcy zł z AMF nie można wymagać od niej, aby czytała podpisywane dokumenty?

Po tej rzeczywiście szokującej aferze „ogary poszły w las”, oczywiście tropem pani Lundby-Wedin. I okazało się, że nie jest to taka socjaldemoratyczna święta. Jej własny mąż, Lennart Wedin, zatrudniony przez związek zawodowy IF Metall odszedł na przedwczesną emeryturę. Otrzymał ją w wysokości 33 tysięcy kr i został zatrudniony na identycznym stanowisko na pół etatu. Lennart Wedin pracował w szkole IT związku Metall, gdzie uczono robotników dość zaawansowanych technik komputerowych. Z chwilą jego przejścia na emeryturę szkoła Metall została szkołą LO, gdzie emeryt Lennart Wedin otrzymał tę połówkę etatu. Oznacza to, że teraz związki zawodowe płacą jego emeryturę (ca 400 tysięcy koron rocznie) plus 200 tysięcy koron rocznie za półetatową pracę. W rezultacie ma wyższe dochody niż gdy normalnie pracował. Vanja Lundby-Wedin oświadczyła, że przecież ona nie podejmowała tej decyzji, a jedynie jej podwładni. Raczej wątpię, aby wytłumaczenie to przyjęli Szwedzi, którym zmniejszono emerytury.

„Przecież musimy”

Nikogo nie dziwi, gdy monstrualna chciwość wykazują managerowie sektora prywatnego. Obecny rząd mieszczański Szwecji – ustami premiera i ministra finansów – ostro potępił praktykę przyznawania wysokich „bonusów” wyższej kadry, ale business słowa rządu totalnie lekceważy. Związek zawodowy IF Metall zgodził się na obniżenie pensji swoich członków o 20 proc. w nadziei zapobieżenia redukcjom, choć ekonomiści przestrzegali, że przykład innych krajów wskazuje, iż obniżanie wynagrodzeń nie daje żadnego efektu. I tak sie stało. W takim Volvo z 30 tysięcy zatrudnionych zwolniono 9752 – co trzeciego, ale dyrektor Leif Johansson (pensja roczna: 12,3 milionów koron) otrzymał bonus (3,4 milionów koron) plus ruchomy dodatek – łacznie 20,7 milionów rocznie. Leif Östling – dyrektor Scania, gdzie chwilowo zwolniono tylko co piątego – otrzymał bonus w wysokości 8,6 milionów (łacznie 24,1 milionów rocznie). Miło mi nadmienić, że tylko dwóch wielkich dyrektorów zrezygnowało z bonusów i były to jedyne w tym gronie kobiety: Annika Falkengren, dyrektorka SEB i Mia Brunell Livfors, dyrektorka koncernu Kinnevik – podwładni Mii nie poszli zresztą za przykładem głownej pani dyrektor, np. Marc Beuls zgarnał bonus w wysokości 10 milionów koron.

Skrót SAP (Socialdemokratiska arbetarpertiet) oznacza Socialdemokratyczną Partię Robotniczą. Gdy zapytałam kiedyś koleżankę-działaczkę SAP – dobrze zarabiającą, choć mającą długi – czy jej córka-uczennica ostatniej klasy szkoły średniej koniecznie musi ze swoim chłopakiem opalać się na brazylijskich plażach, usłyszałam w odpowiedzi, że niczego nie rozumiem, bo nie mam dzieci. Network zaczyna się budować już w szkole średniej, dziecko musi żyć „jak wszyscy”. Nawet trafna konstatacja, ale ci „wszyscy” to nie jest nauczyciel szkoły średniej, robotnik Skanska, pielęgniarka Karolinska, urzędniczka Kasy Ubezpieczeń, ani nawet lekarz pracujący na kontrakcie w przychodni imigranckiej dzielnicy Rinkeby. „Wszyscy” to „klasa kreatywna”, ta pozorna elita, która swoim – częściowo wymuszonym – modelem konsumpcji niszczy szwedzki folkhemmet. Prawdziwa elita może zacierać ręce.

 — 
[1] Prawnym właścicielem firmy Investor jest założona w roku 1917 Fundacja Knuta i Alice Wallenbergów (Knut och Alice Wallenbers stiftelse).
[2] „Planowanie podatkowe” może też oznaczać praktyki zupełnie legalne – po to istnieją doradcy podatkowi.
[3] W roku 1998 Wallenbergowie sprzedali większościowy pakiet akcji „Svenska Dagbladet” norweskiemu koncernowi Schibsted.
[4] Z woli Kamprada IKEA nie jest notowana na giełdzie.
Komentarze
Dodaj nowy
wojnier  - Gratulacje dla redakcji   |31.05.2009 10:42:02
za "pozyskanie" w osobie Anny Delick tak dobrej felietonistki,
odbiegającej poziomem merytorycznym od pozostałych autorów. Czytałem z dużą
przyjemnością.
I wracając do głównego problemu lewicy w Polsce, jak szanowni
adwersarze L.Balcerowicza wyobrażają sobie nawiązanie przez polski rząd do
szwedzkich osiągnięć w gospodarce? Chciałbym od razu odradzić pomysł
wynalezienia machiny czasu i weryfikacji historii, zwłaszcza przebiegu I i II
Wojny Światowej.
blaise   |31.05.2009 11:20:31
Oczywiście. Nie należy wzorować się na obcych ponieważ każde państwo ma inną
historię, tradycje, kulturę,doświadczenia historyczne, przecież to oczywiste.
Nic obcego nie przyjmie się na polskiej ziemi. Musimy wzorować się tylko sami na
sobie.. lub na stanach Zjednoczonych, jak chciałby Leszek Balcerowicz. A Annie
Delick należałoby by pogratulować nowego, błyskotliwego czytelnika, jakże
odbiegającego poziomem od pozostałych.
kot   |01.06.2009 17:29:05
Anna Delick odbrązawia Szwecję -kraj postrzegany przez lewicę w jego
specyfice socjalistycznej, pokazując że kapitalizm w Szwecji jest mocny,
zakorzeniony i nikt go nie chce likwidować. Wyznawcom neoliberalizmu, którzy
zostawili nauczeni, że jeśli coś źle działa, to przez ten nie do końca
wypleniony, cholerny socjalizm- w to graj. Zgodzą się, że w Szwecji jest
dobrze, bo jest kapitalistyczna, a nie dla tego, że jest i taka i taka:
kapitalistyczna i socjalistyczna, że decyduje wzajemna relacja.
Nie
rozumiem tego zdurnienia obecnej socjologii i ekonomii, które nie są w stanie
uwolnić się
schematu już nie-funkcjonujących pojęć -mówiąc językiem
Staniszkis dysfunkcyjnych.
Tak jakby od dziewiętnastego wieku nic się nie
zmieniło.
Liczna w Szwecji klasa kreatywna, najwyższy na świecie poziom
innowacyjności to poza Szwedzką siatką bezpieczeństwa socjalnego dowód na to,
że tworzenie infrastruktury socjalnej opłaci się nie tylko przeciętnemu
Szwedowi ale także kapitalizmowi stwarzając dobre warunki rozwoju i ekspansji
napędzanej przez innowacyjność, która rozkwita w takich warunkach.
blaise   |01.06.2009 18:19:30
Ale to klasa kreatywna, co by o niej nie mówić jest w pewnym sensie obiektem
wyzysku ("w pewnym sensie" - więc niech licznie zgromadzeni tu
antymarksiści dadzą sobie spokój zawczasu) Jest tp wyzysk dwojakiego rodzaju,
po pierwsze wykorzystuje się ich kreatywność i wyciska z nich ile się da,
pracują oni dla korporacji (których, właścicielami są przedstawiciele ukrytej
elity), po drugie - muszą oni uczestniczyć niemal obowiązkowo w konsumpcyjnych
rytuałach - na drogich imprezach, gdzie zawierają nowe pożyteczne znajomości,
wkręcają się w kolejne projekty. Ich życie rozrywkowe jest po części pracą po
godzinach. Muszą odpowiednio wyglądać, bywać tam gdzie bywać się powinno, czyli
powielać obowiązujący w tych kręgach styl życia. Nie mają stałej pracy ani
pewności zatrudnienia. (To różni ich od opisywanych rodzin bogatych posiadaczy,
ci mogą cieszyć się całkowitą wolnością stylu życia). Natomiast w Polsce ta
"elita" (czyli twórcy gospodarki symbolicznej) bardzo mało zarabia i
jest zatrudniona na jakieś dziwne umowy.
kot   |02.06.2009 03:26:34
Jednym z pojęć, które ostało się jako bezwzględne w baumanowskiej, płynnej
rzeczywistości jest: wyzysk kapitalistyczny. A to dlatego, że nie ma uznanej
miary jaką należy stosować przy podziale wyników społecznego procesu
produkcji: ile dla dysponenta kapitału, a ile dla pozostałych jego uczestników.
Miarę tę tworzy dynamiczny stosunek sił społecznych i typ obowiązującego języka
symbolicznego.
Kapitalizm zmienia się i nie zmienia: inny jest kapitalizm,
surowy protestancki i taki jak teraz w Szwecji, inny jest, ten współczesny
-rozpasany. Ale jego istota nie zmienia się (trudno mu z tego powodu robić
zarzuty, tak jak nie można tygrysowi, który musi- żeby żyć- zabijać) Jego
natura pchająca go do wyzysku we wczesnym, surowym, ewangelicznym okresie, tak
jak teraz , zmusza go do maksymalizowaniu zysku, który chciał nie chciał idzie
w parze z wyzyskiem.
Wyzysk opisywany przez Dickensa i Zolę -kiedyś, nie
zmienił się na jotę, wobec stosowanego przez współczesne, światłe,
cywilizowane w swoich krajach korporacje- w Bangladeszu. Natomiast zmienił się
choćby w Szwecji w której bezrobotni latają samolotami do ciepłych krajów aby
sobie zapełnić nadmiar czasu. Lecz, czy to wynika z tego, że się zmienił
kapitalizm, czy ze żmudnej, codziennej pracy szwedzkich socjaldemokratów i
tych jajogłowych, którzy się przyczynili, tworząc odpowiedni język symboliczny.
A że Szwecja nie jest ideałem, i ma swoje problemy, nonsensy, to świadczy tylko
o tym, jak mało jest czegoś co miałoby charakter bezwzględny.
kot   |02.06.2009 03:37:53
Uwaga!
Za wyzysk nie można więc winić kapitalizm ale tych, którzy do tego
dopuszczają.
Z dedykacja dla blaise.
wojnier  - Tylko liberałom zależy   |02.06.2009 09:12:21
na unikaniu wyzysku, wystarczy pozwolić by pracodawców przybyło. Wymaga to
dobrego prawa antytrustowego i silnego państwa prawa do pilnowania tegoż. Ale to
jest zbyt proste no i niepotrzebna robi się armia negocjatorów związkowych tak
potrzebna do budowania elektoratu socjalnego.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.06.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.96540 Seconds