Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Cnota o świeżości jesiotra Drukuj
Anna Delick, Sztokholm   
20.04.2009
Doświadczenia pierwszego Wielkiego Kryzysu nauczyły nas, że w złych czasach popularności nabierają izolacjonizm, protekcjonizm, populizm i silna ksenofobia. Nie musiałoby tak być, gdyby lewica potrafiła sformułować jakąś nową narrację, która jasno tłumaczyłaby przyczyny kryzysu, pokazywała możliwości jego przezwyciężenia oraz praktyczne zabezpieczenia na przyszłość. W rzeczywistości istnieją już pewne pomysły takich zabezpieczeń – formułowali je choćby Stiglitz (pomysł tzw. global greenbacks – będący odświeżeniem idei Keynesa z roku 1944 oraz plan zupełnie nowego systemu podatkowego), komisja Ingvara Carlssona (on global governance), David Held czy George Monbiot. Poza kręgami specjalistów są one jednak mało znane i nie mają przełożenia na aktywność zwykłych obywateli. Tymczasem, jak zauważył ostatni prawdziwie lewicowy premier Szwecji, Ingvar Calsson, szwedzkiego „domu ludu” (folkhemmet) nie zbudowali przecież premierzy Per Albin Hansson czy Tage Erlander, ekonomiści Gösta Rehn i Rudolf Meider czy Gunnar Sträng – „dom ludu”, z jego unikalnym solidaryzmem i polityką horyzontalnych transferów niezależnych od dochodu, zbudowały setki tysięcy aktywnych obywateli, zrzeszonych w przeróżnych „ruchach ludowych” (folkrörelser) i wierzących, że „inny świat jest możliwy”. Dziś trudno znaleźć taką wiarę w Szwecji – i dlatego rozkwita narodowy egoizm i ksenofobia.

Większość ostatnich sondaży wskazuje, że w wyborach 2010 do szwedzkiego parlamentu wejdzie skrajnie ksenofobiczna, populistyczna i jawnie faszyzująca partia Sverigedemokraterna (SD). Przeszła ona długą drogę – zaczynała bowiem od grupek „łysych”, w kurtkach z wpiętymi symbolami nazizmu, organizujących w latach 80. bijatyki po pomnikiem Karola XII. Wprawdzie w wyborach roku 2006 SD otrzymali tylko 3 proc. głosów w skali krajowej, ale w równoczesnych wyborach samorządowych zdobyli już 281 mandatów w 144 zarządach gmin. Ich obecny, 30-letni przywódca, dobry mówca Jimmi Åkesson w niczym nie przypomina „łysola” w wojskowych buciorach i kurtce z demobilu. Åkesson – fizycznie reprezentujący typ „marzenie teściowej” (o idealnym zięciu), zawsze w dobrym garniturze – wyrzucił z partii lub poskromił jawnych nazistów, wymyślił świetną dewizę partyjną „Bezpieczeństwo socjalne i tradycja”, kazał opracować program, a w rankingu najbardziej opiniotwórczych Szwedów zajął… 27 miejsce. Rzeczywiście nie jest on nazistą, bo jego historycznymi idolami są Franco, Salazar i Pinochet – choć z ryngrafem do chilijskiego zbrodniarza nie jeździł. Natomiast jego współczesnym idolem i wzorem do naśladowania jest naturalnie Pia Kjærsgaard i jej Dansk Folkeparti, z którą SD zresztą ściśle współpracują. Tytułem dygresji – nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego Haiderowi i jego Freiheitliche Partei Österreich prasa polska poświęcała tyle uwagi, gdy jeszcze bardziej ksenofobiczna i antyunijna Dansk Folkeparti jest w Polsce praktycznie nieznana. Przecież od roku 2001, kiedy to Dansk Folkeparti otrzymała 12 proc. głosów w kraju, to właśnie Pia Kjærsgaard była języczkiem u wagi w duńskiej polityce.

Program SD jest wcale zręczny: więcej pieniędzy na służbę zdrowia i opiekę nad ludźmi starymi, wyższe pensje dla pielęgniarek i nauczycieli, niższe podatki i ułatwienia dla drobnych przedsiębiorców, welfare tylko dla Szwedów i tych imigrantów, którzy od dłuższego czasu płacili w Szwecji podatki, „nie” dla nowej imigracji zarobkowej – szwedzka praca przede wszystkim dla Szwedów, żadnej dalszej integracji Unii, a jeżeli już ta „socjalistyczna” Unia musi istnieć, to tylko jako „Europa ojczyzn”. Pewien problem mieli z aborcją – najchętniej dopuściliby ją wśród imigrantek, a zabronili Szwedkom, ale ponieważ nie byłoby to możliwe, wpisano w końcu do programu postulat zakazu przerywania ciąży (z wyjątkiem wskazań zdrowotnych, rzecz jasna). Sverigedemokraterna mają naturalnie jak najbardziej wrogi stosunek do gejów i lesbijek. Imigranci popełniający jakiekolwiek wykroczenie czy przestępstwo mają być ze Szwecji automatycznie deportowani – jeżeli są szwedzkimi obywatelami, to naturalizacja ma być cofnięta (dziś taka możliwość prawnie nie istnieje). Należy dążyć do tego, aby w Szwecji pozostali jedynie imigranci z krajów bliskich kulturowo, przede wszystkim z protestanckich krajów Zachodniej Europy.  Przyrost naturalny etnicznych Szwedów ma być stymulowany bodźcami ekonomicznymi, urlop wychowawczy ma przysługiwać jedynie kobiecie, a zatem należy znieść dzisiejszą możliwość dzielenia go między ojca i matkę. Wobec innych zdobyczy feministycznych SD zachowują dużą ostrożność – sprytny Åkesson wie, że jego partia ma mniejsze poparcie wśród kobiet i umie wyciągnąć z tego wnioski. Wyplenił też ze swojej partii jawny antysemityzm i silne kiedyś nastroje antyamerykańskie. Podstawowym celem polityki SD ma być „przywrócenie wspólnej tożsamości narodowej i historycznej”. Dla SD – zgodnie z ideologią faszyzmu – naród nie jest bowiem odrębnym tworem biologicznym (rasowym), ale historyczno-kulturowym.

Jimmi Åkesson jest zdolnym politykiem. Badania – bardzo w Szwecji dokładne – wykazują, że wśród jego zwolenników, zwłaszcza na prowincji, są już nie tylko sfrustrowani bezrobotni, ale także robotnicy, nauczyciele, pielęgniarki, niżsi urzędnicy i mnóstwo emerytów. Zresztą i bezrobotnych nie należy lekceważyć. Według Centralnego Biura Statystycznego SCB, w końcu lutego 2009 bezrobocie w Szwecji wynosiło już 8 proc. (ostatnie dostępne dane), a według prognozy ministerstwa finansów ma osiągnąć poziom 12 proc. – to nie są żarty. Potencjalni wyborcy SD to właściwie dawny elektorat tylko dwóch partii: mało znaczących chadeków (kd) i, niestety, socjaldemokratów. Jedynym opornym wyjątkiem są socjaldemokraci z centrów dużych miast, zwłaszcza ze Sztokholmu, ale bynajmniej nie napawa to optymizmem. Jak na łamach socjaldemokratycznego „Aftonbladet” stwierdziła Åsa Linderborg, socjaldemokraci z centrów dużych miast to gatunek szczególny: z wyższym wykształceniem, należący wyłącznie do wyższej klasy średniej i cechujący się „selektywną solidarnością” – z imigrantami (ale tylko niektórymi!), z Palestyńczykami w Izraelu, z Żydami w Rosji, z gejami, lesbijkami, transseksualistami wszędzie, także ze szwedzkimi alkoholikami i narkomanami (wszak to biedni, chorzy ludzie), ale już nie ze zwykłymi, szwedzkimi robotnikami. Tych nazywa się pogardliwie Svennebanan, oskarża o to, że są patriarchalni, reakcyjni i nie rozumieją nowych czasów. Mówiąc krótko, chodzi tu o lewicowców, którzy tzw. polityką tożsamościową zastąpili dawną politykę klasową i którzy zdradzili prostych ludzi pracy najemnej. Dwa lata temu Nick Cohen poświęcił temu smutnemu zjawisku swoją książkę What’s Left, która – moim zdaniem – powinna być w Polsce wydana właśnie przez Krytykę Polityczną.  Dziś procesy te są już dobrze opisane również w innych krajach, także w Szwecji, gdzie ostatnio swoją książkę poświęciła im Jenny Andersson. W stosunku do imigrantów stosunek tej „kawiorowej lewicy” jest także selektywny – można odczuwać solidarność z turecką Kurdyjką-lesbijką, ale pracującej na czarno polskiej sprzątaczce żadna orientacja seksualna nie pomoże, bo czasy są ciężkie i ostatecznie ktoś musi sprzątać naszą willę za jedną trzecią szwedzkiej stawki. Wbrew pozorom wielką rolę odgrywają też różnice stylu życia. Co może łączyć lewicowca-wegetarianina z ekskluzywnego Östermalm, spożywającego grillowane bakłażany, szparagi w sosie holenderskim i popijającego sałatę z marynowaną w ziołach mozarellą niezłym Château Ducru-Beaucaillou z monterem ciężarówek Scania w Södertälje, jedzącym pytt i panna czy ohydną pölsa, na dodatek czkającym lekko po podłym piwie Pripps Blå? Oczywiście niechęć metropolitalnej lewicy do Svennebanan oparta jest na nieporozumieniu. Szwedzcy robotnicy bynajmniej nie są patriarchalni – nie stać ich na to finansowo. To właściciele pałacyków w Djursholm często żądają, aby ich żony-maskotki były „paniami domu”, za to w rodzinach robotniczych to najczęściej ojcowie zawożą i odbierają dzieci z przedszkola oraz dzielą się obowiązkami domowymi. Nie są też reakcyjni, nawet nie mają nic przeciwko przeciwko polityce tożsamościowej, o ile oni sami lub ich dzieci też coś z niej mają. Niestety korzyści ma z reguły klasa średnia. Jest faktem stwierdzonym ponad wszelką wątpliwość, że mobilność międzyklasowa znacznie zmalała w porównaniu z latami 60. i 70. Dziś awans klasowy (klassresa mówimy po szwedzku) uniemożliwia nawet „zły adres”. W takiej sytuacji prości ludzie pracy najemnej zwracają się do tych, którzy przynajmniej nimi nie gardzą, a nawet coś im obiecują i mogą to być także Sverigedemokraterna, zręcznie przedstawiający się jako „partia centrowa”. To właśnie w biednych gminach na SD głosowało 10 – 12 proc. wyborców, w centrum Sztokholmu nawet jeszcze nie zaistnieli. Ale też w centrum Sztokholmu z reguły nie mieszkają ludzie, którzy do sprzedania mają tylko swoją pracę fizyczną.

Trzeba z przykrością stwierdzić, że szwedzcy dziennikarze nie bardzo potrafią w ogóle przedstawić SD, brakuje im „uchwytu”. Przykładem niech będzie sławny program radiowy „Kaliber”. Trzech reporterów Sveriges Radio wstąpiło do SD i przez sześć miesięcy uczestniczyło w różnych partyjnych imprezach, nagrywając je ukradkiem. Zarejestrowali np. popijawę, w czasie której mołojcy z SD – w obecności szefa partii – ryczeli laudatywną śpiewkę o mordercy premiera Palme („…już błyska broń bohatera i Lisbet zostaje wdową”) czy całe serie rasistowskich dowcipów (Dlaczego muzułmanie nie jedzą wieprzowiny? Bo oni nałogowo kopulują z prosiętami, a nie zjada się partnerów współżycia). Ci radiowi dziennikarze – być może z powodu młodego wieku – zupełnie jednak nie potrafili pokazać, dlaczego właściwie zwolennik SD nie miałby na nich głosować.

Jan Guillou jest dziś dla mnie postacią mało przyjemną: stylizuje się na wielkiego macho, w wolnych chwilach biega obwieszony bronią po lesie mordując zwierzęta, z dumą mówi, że jest seksistą. Pamiętam jednak, jak w roku 1973 to właśnie on i jego równie młody kolega, Peter Bratt, ujawnili na łamach lewackiego „Folket i Bild/Kulturfront” największą aferę w historii Szwecji – istnienie tajnej (nawet dla większości członków rządu) socjaldemokratycznej bezpieki IB, opartej o wywiad wojskowy i aparat związków zawodowych, a przeznaczonej do rozpracowywania i zwalczania komunistów[1]. Za tę publikację – która wywołała wielki skandal międzynarodowy – autorzy poszli do więzienia, skazani za szpiegostwo (?), ale socjaldemokraci utracili władzę. Później Jan Guillou zarobił miliony koron, pisując literacko dość kiepskie, sensacyjne powieści szpiegowskie (niektóre z nich sfilmowano), i to chyba nadmiar pieniędzy zrobił z niego pozera-macho. Jako publicyście nie można mu jednak odmówić dużej dozy zdrowego rozsądku. Właśnie serię reporterów „Kaliber” dotkliwie wykpił Jan Guillou na łamach socjaldemokratycznego „Aftonbladet”. Guillou słusznie zauważył, że gdyby dziennikarze Sveriges Radio przez sześć miesięcy nagrywali biesiady MUF – młodzieżówki rządzącej dziś partii moderatów – to niewątpliwie też utrwaliliby przesycone nienawiścią przyśpiewki o premierze Palme, który 23 lata po swej śmierci nadal pozostaje dla szwedzkiej prawicy wrogiem-upiorem numer jeden. Gdyby nagrywali imprezki młodzieżówki chłopskiej partii Centrum, to w utrwalonym materiale na pewno nie zabrakłoby rasistowskich wulgaryzmów. W wypadku młodzieżówki socjaldemokratycznej nie potrzeba nawet tajnych nagrań, napisał Guillou – wszak była przewodnicząca SSU, Anna Sjödin została odwołana z tego stanowiska i skazana przez sąd za czynną napaść na czarnoskórego ochroniarza, w czasie której używała rasistowskich inwektyw nie nadających się do druku. Guillou konstatuje, że SD należy zwalczać przy pomocy rzeczowych argumentów politycznych. Przede wszystkim trzeba przygwoździć kłamstwa partii, która twierdzi, iż demontaż Folkhemmet następuje, gdyż pieniądze podatnika przeznaczane są na unijne dotacje dla biedaków ze Wschodniej Europy, na pomoc dla Afryki i na zasiłki socjalne dla imigrantów żyjących w Szwecji. Trzeba wykazać absurd twierdzeń SD o „wyższości” szwedzkiej kultury nad cudzoziemską. Nie unikać dyskusji o płacowym dumpingu, który w wypadku imigrantów zarobkowych z Europy Wschodniej rzeczywiście ma miejsce. Trzeba wręcz zmuszać aktywistów SD do publicznych debat – Sverigedemokraterna kreują się bowiem na „męczenników”, którzy chcą wypowiedzieć prawdę przemilczaną przez elitę, i których wyklucza się za to z publicznego dyskursu. I trzeba dysponować rzeczowymi, opartymi o fakty argumentami –   a w debacie Mony Sahlin z Jimmy Åkessonem szefowa socjaldemokracji nie wypadła olśniewająco.

Nadmienię tu, że polemika z SD nie jest łatwa w czasie kryzysu. Gdy premier Wielkiej Brytanii mówi, że tamtejsze miejsca pracy powinny być przede wszystkim dla Brytyjczyków, a premier Szwecji wypowiada się w podobnym tonie, trudno atakować SD za to, że od dawna głoszą takie poglądy. Jednak bezradność, którą szwedzcy dziennikarze okazują przy opisie SD, jest trochę zastanawiająca. Szwedzi zawsze byli dumni, że choć z wszystkich pięciu państw nordyckich mają najwyższą liczbę imigrantów – aż 12,6 proc. mieszkańców Szwecji jest urodzonych poza tym krajem – to w przeciwieństwie do Norwegii czy Danii, w szwedzkim parlamencie nie ma partii ksenofobicznej. Teraz rozlega się wielki lament, że w roku 2010 Sveriges riksdag straci dziewictwo. Jest to pogląd śmieszny i w dodatku sprzeczny z prawdą.  

Jesienią 1991 Szwecja – trapiona akurat zaczynającym się kryzysem finansowym – przeżyła polityczny szok: istniejąca zaledwie od kilku miesięcy partia o dziwacznej nazwie Ny demokrati (Nyd) zdobyła w wyborach 6,7 proc. głosów i 25 mandatów w parlamencie. Poparła utworzenie rządu mieszczańskiego i na jedną kadencję stała się języczkiem u wagi. Partia miała formalnie dwóch przywódców, którymi byli hrabia Ian Wachtmeister i businessman-milioner Bert Karlsson – media, które za Nyd nie przepadały, ochrzciły tę parę „hrabia i lokaj”. Nie była to wprawdzie partia faszystowska, ale skrajnie ksenofobiczna, nieustannie operująca retoryką antyimigrancką. Ian Wachtmeister nieco się jeszcze miarkował, ale już pozujący na „swojskiego chłopa” w białych skarpetkach (sic!) Bert Karlsson – którego z uwagi na pewną osobliwość gastryczną dziennikarze nazywali Fjärt (=Pierd) Karlsson – nie miał żadnych hamulców. Pozostanie chyba tajemnicą katolickiej duszy polskiej, dlaczego Nyd tak bardzo podobała się osiedlonym w Szwecji Polakom. Mieszczański establishment był nieco zakłopotany poparciem „hrabiego i lokaja”, no ale władza jest władzą. Tylko ówczesny wicepremier i przywódca liberalnej Folkpartiet, słynący z krystalicznej uczciwości Bengt Westerberg wyszedł z telewizyjnego studia po tym, jak wszedł do niego Bert Karlsson. Na szczęście Nyd składała się – używając języka Wałęsy – głównie z „popaprańców”. Wpierw odszedł Ian Wachtmeister, potem wyrzucono Berta Karlssona, przewodniczącą partii została patologicznie już rasistowska Harriet Colliander. Przerażona coraz gorszym poparcie w sondażach postanowiła odwołać się do feminizmu i utworzyła prezydium partii z samych kobiet. Próżny był to trud, w kolejnych wyborach Nyd zdobyła zaledwie 1,4 proc. głosów i odeszła w polityczny niebyt.

Nie można więc powiedzieć, że w szwedzkim parlamencie nie zasiadała dotąd partia ksenofobiczna i że dopiero teraz, wraz z nieuchronnym raczej awansem Sverigedemokraterna, riksdagen straci reputację i cnotę – jest bo bowiem raczej cnota o świeżości jesiotra z niezapomnianego bufetu Andrieja Fokicza.

[1] W języku polskim ukazał się tylko jeden, ale bardzo obszerny i kompetentny tekst o IB, ujawniający wiele szokujących szczegółów operacyjnych: Marek Ross – „Bezpieka doskonała”, w: miesięcznik „Dziś”, nr. 5 i 6/2002. Można domniemywać, że autorowi IB znana jest nie tylko z literatury.
Komentarze
Dodaj nowy
Rylew  - Ważny tekst,   |20.04.2009 15:46:41
także dla kaczorów.
Wygląda na to, że zamiast modelu szwedzkiego będziemy mieli
modelowe szambo.
Socjaldemokraci wszędzie tracą poparcie po tym jak stracili
cnotę.
bedzie_dobrze   |21.04.2009 05:47:40
System peka w miejscu gdzie jest niespojny. Rownouprawnienie i atomizacja
jednostek daje jakas forme indywidualnej wolnosci. Ale ta indywidualna wolnosc
jednostek w skali globalnej powoduje, ze spoleczenstwo nie reprodukuje sie
biologicznie i zwyczajnie wymiera. Zastepowanie ludzi wychowanych w takim
zatomizowanym spoleczenstwie importowanymi osobami ze spoleczenstw
patriarchalnych i klanowych powoduje, ze idea indywidualnej wolnosci przestaje
miec wyznawcow. Bo przeciez ci sprowadzeni ludzie reprodukuja to co znaja. A
jesli nie beda reprodukowac, to i tak ciagle bedzie trzeba sprowadzac nowych.
Pojawia sie wiec nierozwiazywalny dylemat - albo sie zgodzic na to, ze wolnosc
jednostek od patriarchalnej rodziny i dozywotnich zobowiazan wobec partnerow i
dzieci bedzie ekskluzywna, a "fabryka ludzi" bedzie gdzie indziej i
wtedy z czasem zostaniemy zalani przez ludzi ktorzy beda nas uwazac za
dramatycznie starzejacych sie samotnych bialych dziwakow, albo sie izolowac
calkowicie i zwyczajnie wymrzec.
Podobny dylemat mamy w sferze ekonomii. Jesli
chcemy wykonywac "inteligentne prace" musimy sie zgodzic na to, ze
materialne prace bedzie wykonywal ktos inny gdzie indziej, albo ktos
zaimportowany i niedrogi u nas na miejscu. Jesli zrezygnujemy z
"inteligentnych prac" i zechcemy sami nauczyc sie znowu pracowac rekami,
nasz styl zycia tego nie wytrzyma. W gruncie rzeczy nie osiagnellismy niczego.
Jedynie przesunelismy problemy zwiazane z materia do Azji.
kot   |21.04.2009 07:18:32
To ciekawe wymagające zastanowienia się obserwacje socjologiczne, ale ciągle
nie wiem jak Szwedzi reagują na kryzys. Czy tak samo jak w kryzysie lat
dziewięćdziesiątych gdy mimo kryzysu i bezrobocia nie zmniejszyli poziomu
dochodów
i wydatków przeciętnego Szweda.
bedzie_dobrze   |21.04.2009 14:30:19
Robia to samo co wszyscy inni poki co. Wymyslaja kolejna wirtualna konstrukcje
pozyczkowa i szukaja nastepnego idioty, co im w nia jeszcze uwierzy na tyle, by
przez jakis czas dawac benzyne, buty, samochody, cement i lekarstwa w zamian w
zamian za papier z nadrukiem. Moze sie uda.
kot   |22.04.2009 07:21:41
Interesuje mnie pytanie: dlaczego skoro jest tam tak źle, to jest tam tak
dobrze. Moja intuicja mówi mi,że ustrój szwedzki jest silniejszy od różnych
koniunkturalnych politycznych zawirowań. Zarówno potwierdzenie jak jego
negacja
są istotne.
kot   |22.04.2009 07:25:08
Jeśli Szwecja ma być dla nas ustrojowym odniesieniem.
kot   |22.04.2009 07:28:06
Jak sobie radzi socjalistyczny ustrój Szwedzki z współtworzącym go systemem
kapitalistycznym.
Rylew  - bedzie_dobrze   |22.04.2009 09:02:19
Zmiany jakie zachodzą w społeczeństwach krajów europejskich wydają się
nieuchronne.
Nie wiem co mogłoby dzisiaj spowodować chęć Europejczyków do
zakładania rodzin o modelu wielodzietnym. Nie potrafi tego uczynić nawet KK
swoją propagandą miłości. Poza tym następuje sekularyzacja.
O wiele bardziej
potrzebny byłby cud powszechnego dobrobytu na co się nie zanosi, a raczej jego
odwrotność przy coraz wiekszym rozwarstwieniu jest rzeczywistością. To ostatnie,
warto pamiętać jest także skutkiem ubocznym liberalizmu i jego następstwa -
indywidualizmu.

W tej sytuacji ludność napływowa z biednego południa
uzupełnia braki kadrowe ku zadowoleniu tak zwanej gospodarki, wnosząc
jednocześnie swoją kulturę. Europa dla autochtonów jest już raczej stracona i
nie pomogą różne nacjonalistyczne podrywy tu i tam.
Jeżeli to nie zaowocuje
jakąś wzajemną rzezią w pewnym momencie lub wprowadzeniem jakiegoś religijnego
totalitaryzmu cuchnącego średniowieczną stęchlizną to będzie to także cud. To są
nasze lęki, które nie muszą się spełnić w rzeczywistości.

Globalizacja i tak
zwany wolny handel nie skutkuje powszechnym dobrobytem jak się spodziewano lecz
raczej indywidualnym bogactwem jednostek i grup, które uzyskały wpływ na
kształtowanie polityki gospodarczej i społecznej w czołowych krajach świata.
Następująca finansjeryzacja czołowych gospodarek światowych nie rozwiązuje wcale
ich problemów, a raczej stwarza nowe i stała się narzędziem dalszej polaryzacji
kapitału.
Postęp technologiczny, który nastąpił nie idzie w parze z postępem
społecznym w wymiarze światowym. Nie potrafimy upowszechnić korzyści płynących z
niego.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 20.04.2009 )
 
« poprzedni artykuł
Generated in 0.94384 Seconds