Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Cnota o świeżości jesiotra |
|
|
Anna Delick, Sztokholm
|
|
20.04.2009 |
Doświadczenia pierwszego Wielkiego Kryzysu nauczyły nas, że w złych
czasach popularności nabierają izolacjonizm, protekcjonizm, populizm i
silna ksenofobia. Nie musiałoby tak być, gdyby lewica potrafiła
sformułować jakąś nową narrację, która jasno tłumaczyłaby przyczyny
kryzysu, pokazywała możliwości jego przezwyciężenia oraz praktyczne
zabezpieczenia na przyszłość. W rzeczywistości istnieją już pewne
pomysły takich zabezpieczeń – formułowali je choćby Stiglitz (pomysł
tzw. global greenbacks – będący odświeżeniem idei Keynesa z roku 1944 oraz plan zupełnie nowego systemu podatkowego), komisja Ingvara Carlssona (on global governance),
David Held czy George Monbiot. Poza kręgami specjalistów są one jednak
mało znane i nie mają przełożenia na aktywność zwykłych obywateli.
Tymczasem, jak zauważył ostatni prawdziwie lewicowy premier Szwecji,
Ingvar Calsson, szwedzkiego „domu ludu” (folkhemmet) nie
zbudowali przecież premierzy Per Albin Hansson czy Tage Erlander,
ekonomiści Gösta Rehn i Rudolf Meider czy Gunnar Sträng – „dom ludu”, z
jego unikalnym solidaryzmem i polityką horyzontalnych transferów
niezależnych od dochodu, zbudowały setki tysięcy aktywnych obywateli,
zrzeszonych w przeróżnych „ruchach ludowych” (folkrörelser) i
wierzących, że „inny świat jest możliwy”. Dziś trudno znaleźć taką
wiarę w Szwecji – i dlatego rozkwita narodowy egoizm i ksenofobia.
Większość ostatnich sondaży wskazuje, że w wyborach 2010 do szwedzkiego
parlamentu wejdzie skrajnie ksenofobiczna, populistyczna i jawnie
faszyzująca partia Sverigedemokraterna (SD). Przeszła ona długą drogę – zaczynała bowiem od grupek „łysych”, w kurtkach z wpiętymi symbolami
nazizmu, organizujących w latach 80. bijatyki po pomnikiem Karola XII.
Wprawdzie w wyborach roku 2006 SD otrzymali tylko 3 proc. głosów w
skali krajowej, ale w równoczesnych wyborach samorządowych zdobyli już
281 mandatów w 144 zarządach gmin. Ich obecny, 30-letni przywódca,
dobry mówca Jimmi Åkesson w niczym nie przypomina „łysola” w wojskowych
buciorach i kurtce z demobilu. Åkesson – fizycznie reprezentujący typ
„marzenie teściowej” (o idealnym zięciu), zawsze w dobrym garniturze – wyrzucił z partii lub poskromił jawnych nazistów, wymyślił świetną
dewizę partyjną „Bezpieczeństwo socjalne i tradycja”, kazał opracować
program, a w rankingu najbardziej opiniotwórczych Szwedów zajął… 27
miejsce. Rzeczywiście nie jest on nazistą, bo jego historycznymi
idolami są Franco, Salazar i Pinochet – choć z ryngrafem do
chilijskiego zbrodniarza nie jeździł. Natomiast jego współczesnym
idolem i wzorem do naśladowania jest naturalnie Pia Kjærsgaard i jej
Dansk Folkeparti, z którą SD zresztą ściśle współpracują. Tytułem
dygresji – nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego Haiderowi i jego
Freiheitliche Partei Österreich prasa polska poświęcała tyle uwagi, gdy
jeszcze bardziej ksenofobiczna i antyunijna Dansk Folkeparti jest w
Polsce praktycznie nieznana. Przecież od roku 2001, kiedy to Dansk
Folkeparti otrzymała 12 proc. głosów w kraju, to właśnie Pia Kjærsgaard
była języczkiem u wagi w duńskiej polityce.
Program SD jest wcale zręczny: więcej pieniędzy na służbę zdrowia i
opiekę nad ludźmi starymi, wyższe pensje dla pielęgniarek i
nauczycieli, niższe podatki i ułatwienia dla drobnych przedsiębiorców, welfare tylko
dla Szwedów i tych imigrantów, którzy od dłuższego czasu płacili w
Szwecji podatki, „nie” dla nowej imigracji zarobkowej – szwedzka praca
przede wszystkim dla Szwedów, żadnej dalszej integracji Unii, a jeżeli
już ta „socjalistyczna” Unia musi istnieć, to tylko jako „Europa
ojczyzn”. Pewien problem mieli z aborcją – najchętniej dopuściliby ją
wśród imigrantek, a zabronili Szwedkom, ale ponieważ nie byłoby to
możliwe, wpisano w końcu do programu postulat zakazu przerywania ciąży
(z wyjątkiem wskazań zdrowotnych, rzecz jasna). Sverigedemokraterna
mają naturalnie jak najbardziej wrogi stosunek do gejów i lesbijek.
Imigranci popełniający jakiekolwiek wykroczenie czy przestępstwo mają
być ze Szwecji automatycznie deportowani – jeżeli są szwedzkimi
obywatelami, to naturalizacja ma być cofnięta (dziś taka możliwość
prawnie nie istnieje). Należy dążyć do tego, aby w Szwecji pozostali
jedynie imigranci z krajów bliskich kulturowo, przede wszystkim z
protestanckich krajów Zachodniej Europy. Przyrost naturalny etnicznych
Szwedów ma być stymulowany bodźcami ekonomicznymi, urlop wychowawczy ma
przysługiwać jedynie kobiecie, a zatem należy znieść dzisiejszą
możliwość dzielenia go między ojca i matkę. Wobec innych zdobyczy
feministycznych SD zachowują dużą ostrożność – sprytny Åkesson wie, że
jego partia ma mniejsze poparcie wśród kobiet i umie wyciągnąć z tego
wnioski. Wyplenił też ze swojej partii jawny antysemityzm i silne
kiedyś nastroje antyamerykańskie. Podstawowym celem polityki SD ma być
„przywrócenie wspólnej tożsamości narodowej i historycznej”. Dla SD – zgodnie z ideologią faszyzmu – naród nie jest bowiem odrębnym tworem
biologicznym (rasowym), ale historyczno-kulturowym.
Jimmi Åkesson jest zdolnym politykiem. Badania – bardzo w Szwecji
dokładne – wykazują, że wśród jego zwolenników, zwłaszcza na prowincji,
są już nie tylko sfrustrowani bezrobotni, ale także robotnicy,
nauczyciele, pielęgniarki, niżsi urzędnicy i mnóstwo emerytów. Zresztą
i bezrobotnych nie należy lekceważyć. Według Centralnego Biura
Statystycznego SCB, w końcu lutego 2009 bezrobocie w Szwecji wynosiło
już 8 proc. (ostatnie dostępne dane), a według prognozy ministerstwa
finansów ma osiągnąć poziom 12 proc. – to nie są żarty. Potencjalni
wyborcy SD to właściwie dawny elektorat tylko dwóch partii: mało
znaczących chadeków (kd) i, niestety, socjaldemokratów. Jedynym opornym
wyjątkiem są socjaldemokraci z centrów dużych miast, zwłaszcza ze
Sztokholmu, ale bynajmniej nie napawa to optymizmem. Jak na łamach
socjaldemokratycznego „Aftonbladet” stwierdziła Åsa Linderborg,
socjaldemokraci z centrów dużych miast to gatunek szczególny: z wyższym
wykształceniem, należący wyłącznie do wyższej klasy średniej i
cechujący się „selektywną solidarnością” – z imigrantami (ale tylko
niektórymi!), z Palestyńczykami w Izraelu, z Żydami w Rosji, z gejami,
lesbijkami, transseksualistami wszędzie, także ze szwedzkimi
alkoholikami i narkomanami (wszak to biedni, chorzy ludzie), ale już
nie ze zwykłymi, szwedzkimi robotnikami. Tych nazywa się pogardliwie Svennebanan,
oskarża o to, że są patriarchalni, reakcyjni i nie rozumieją nowych
czasów. Mówiąc krótko, chodzi tu o lewicowców, którzy tzw. polityką
tożsamościową zastąpili dawną politykę klasową i którzy zdradzili
prostych ludzi pracy najemnej. Dwa lata temu Nick Cohen poświęcił temu
smutnemu zjawisku swoją książkę What’s Left, która – moim
zdaniem – powinna być w Polsce wydana właśnie przez Krytykę
Polityczną. Dziś procesy te są już dobrze opisane również w innych
krajach, także w Szwecji, gdzie ostatnio swoją książkę poświęciła im
Jenny Andersson. W stosunku do imigrantów stosunek tej „kawiorowej
lewicy” jest także selektywny – można odczuwać solidarność z turecką
Kurdyjką-lesbijką, ale pracującej na czarno polskiej sprzątaczce żadna
orientacja seksualna nie pomoże, bo czasy są ciężkie i ostatecznie ktoś
musi sprzątać naszą willę za jedną trzecią szwedzkiej stawki. Wbrew
pozorom wielką rolę odgrywają też różnice stylu życia. Co może łączyć
lewicowca-wegetarianina z ekskluzywnego Östermalm, spożywającego
grillowane bakłażany, szparagi w sosie holenderskim i popijającego
sałatę z marynowaną w ziołach mozarellą niezłym Château
Ducru-Beaucaillou z monterem ciężarówek Scania w Södertälje, jedzącym pytt i panna czy ohydną pölsa,
na dodatek czkającym lekko po podłym piwie Pripps Blå? Oczywiście
niechęć metropolitalnej lewicy do Svennebanan oparta jest na
nieporozumieniu. Szwedzcy robotnicy bynajmniej nie są patriarchalni – nie stać ich na to finansowo. To właściciele pałacyków w Djursholm
często żądają, aby ich żony-maskotki były „paniami domu”, za to w
rodzinach robotniczych to najczęściej ojcowie zawożą i odbierają dzieci
z przedszkola oraz dzielą się obowiązkami domowymi. Nie są też
reakcyjni, nawet nie mają nic przeciwko przeciwko polityce
tożsamościowej, o ile oni sami lub ich dzieci też coś z niej mają.
Niestety korzyści ma z reguły klasa średnia. Jest faktem stwierdzonym
ponad wszelką wątpliwość, że mobilność międzyklasowa znacznie zmalała w
porównaniu z latami 60. i 70. Dziś awans klasowy (klassresa mówimy
po szwedzku) uniemożliwia nawet „zły adres”. W takiej sytuacji prości
ludzie pracy najemnej zwracają się do tych, którzy przynajmniej nimi
nie gardzą, a nawet coś im obiecują i mogą to być także
Sverigedemokraterna, zręcznie przedstawiający się jako „partia
centrowa”. To właśnie w biednych gminach na SD głosowało 10 – 12 proc.
wyborców, w centrum Sztokholmu nawet jeszcze nie zaistnieli. Ale też w
centrum Sztokholmu z reguły nie mieszkają ludzie, którzy do sprzedania
mają tylko swoją pracę fizyczną.
Trzeba z przykrością stwierdzić, że szwedzcy dziennikarze nie bardzo
potrafią w ogóle przedstawić SD, brakuje im „uchwytu”. Przykładem niech
będzie sławny program radiowy „Kaliber”. Trzech reporterów Sveriges
Radio wstąpiło do SD i przez sześć miesięcy uczestniczyło w różnych
partyjnych imprezach, nagrywając je ukradkiem. Zarejestrowali np.
popijawę, w czasie której mołojcy z SD – w obecności szefa partii – ryczeli laudatywną śpiewkę o mordercy premiera Palme („…już błyska
broń bohatera i Lisbet zostaje wdową”) czy całe serie rasistowskich
dowcipów (Dlaczego muzułmanie nie jedzą wieprzowiny? Bo oni nałogowo kopulują z prosiętami, a nie zjada się partnerów współżycia).
Ci radiowi dziennikarze – być może z powodu młodego wieku – zupełnie
jednak nie potrafili pokazać, dlaczego właściwie zwolennik SD nie
miałby na nich głosować.
Jan Guillou jest dziś dla mnie postacią mało przyjemną: stylizuje się
na wielkiego macho, w wolnych chwilach biega obwieszony bronią po lesie
mordując zwierzęta, z dumą mówi, że jest seksistą. Pamiętam jednak, jak
w roku 1973 to właśnie on i jego równie młody kolega, Peter Bratt,
ujawnili na łamach lewackiego „Folket i Bild/Kulturfront” największą
aferę w historii Szwecji – istnienie tajnej (nawet dla większości
członków rządu) socjaldemokratycznej bezpieki IB, opartej o wywiad
wojskowy i aparat związków zawodowych, a przeznaczonej do
rozpracowywania i zwalczania komunistów[1]. Za tę publikację – która
wywołała wielki skandal międzynarodowy – autorzy poszli do więzienia,
skazani za szpiegostwo (?), ale socjaldemokraci utracili władzę.
Później Jan Guillou zarobił miliony koron, pisując literacko dość
kiepskie, sensacyjne powieści szpiegowskie (niektóre z nich
sfilmowano), i to chyba nadmiar pieniędzy zrobił z niego pozera-macho.
Jako publicyście nie można mu jednak odmówić dużej dozy zdrowego
rozsądku. Właśnie serię reporterów „Kaliber” dotkliwie wykpił Jan
Guillou na łamach socjaldemokratycznego „Aftonbladet”. Guillou słusznie
zauważył, że gdyby dziennikarze Sveriges Radio przez sześć miesięcy
nagrywali biesiady MUF – młodzieżówki rządzącej dziś partii moderatów – to niewątpliwie też utrwaliliby przesycone nienawiścią przyśpiewki o
premierze Palme, który 23 lata po swej śmierci nadal pozostaje dla
szwedzkiej prawicy wrogiem-upiorem numer jeden. Gdyby nagrywali
imprezki młodzieżówki chłopskiej partii Centrum, to w utrwalonym
materiale na pewno nie zabrakłoby rasistowskich wulgaryzmów. W wypadku
młodzieżówki socjaldemokratycznej nie potrzeba nawet tajnych nagrań,
napisał Guillou – wszak była przewodnicząca SSU, Anna Sjödin została
odwołana z tego stanowiska i skazana przez sąd za czynną napaść na
czarnoskórego ochroniarza, w czasie której używała rasistowskich
inwektyw nie nadających się do druku. Guillou konstatuje, że SD należy
zwalczać przy pomocy rzeczowych argumentów politycznych. Przede
wszystkim trzeba przygwoździć kłamstwa partii, która twierdzi, iż
demontaż Folkhemmet następuje,
gdyż pieniądze podatnika przeznaczane są na unijne dotacje dla biedaków
ze Wschodniej Europy, na pomoc dla Afryki i na zasiłki socjalne dla
imigrantów żyjących w Szwecji. Trzeba wykazać absurd twierdzeń SD o
„wyższości” szwedzkiej kultury nad cudzoziemską. Nie unikać dyskusji o
płacowym dumpingu, który w wypadku imigrantów zarobkowych z Europy
Wschodniej rzeczywiście ma miejsce. Trzeba wręcz zmuszać aktywistów SD
do publicznych debat – Sverigedemokraterna kreują się bowiem na
„męczenników”, którzy chcą wypowiedzieć prawdę przemilczaną przez
elitę, i których wyklucza się za to z publicznego dyskursu. I trzeba
dysponować rzeczowymi, opartymi o fakty argumentami – a w debacie Mony
Sahlin z Jimmy Åkessonem szefowa socjaldemokracji nie wypadła
olśniewająco.
Nadmienię tu, że polemika z SD nie jest łatwa w czasie kryzysu. Gdy
premier Wielkiej Brytanii mówi, że tamtejsze miejsca pracy powinny być
przede wszystkim dla Brytyjczyków, a premier Szwecji wypowiada się w
podobnym tonie, trudno atakować SD za to, że od dawna głoszą takie
poglądy. Jednak bezradność, którą szwedzcy dziennikarze okazują przy
opisie SD, jest trochę zastanawiająca. Szwedzi zawsze byli dumni, że
choć z wszystkich pięciu państw nordyckich mają najwyższą liczbę
imigrantów – aż 12,6 proc. mieszkańców Szwecji jest urodzonych poza tym
krajem – to w przeciwieństwie do Norwegii czy Danii, w szwedzkim
parlamencie nie ma partii ksenofobicznej. Teraz rozlega się wielki
lament, że w roku 2010 Sveriges riksdag straci dziewictwo. Jest to
pogląd śmieszny i w dodatku sprzeczny z prawdą.
Jesienią 1991 Szwecja – trapiona akurat zaczynającym się kryzysem
finansowym – przeżyła polityczny szok: istniejąca zaledwie od kilku
miesięcy partia o dziwacznej nazwie Ny demokrati (Nyd) zdobyła w
wyborach 6,7 proc. głosów i 25 mandatów w parlamencie. Poparła
utworzenie rządu mieszczańskiego i na jedną kadencję stała się
języczkiem u wagi. Partia miała formalnie dwóch przywódców, którymi
byli hrabia Ian Wachtmeister i businessman-milioner Bert Karlsson – media, które za Nyd nie przepadały, ochrzciły tę parę „hrabia i lokaj”.
Nie była to wprawdzie partia faszystowska, ale skrajnie ksenofobiczna,
nieustannie operująca retoryką antyimigrancką. Ian Wachtmeister nieco
się jeszcze miarkował, ale już pozujący na „swojskiego chłopa” w
białych skarpetkach (sic!) Bert Karlsson – którego z uwagi na pewną
osobliwość gastryczną dziennikarze nazywali Fjärt (=Pierd) Karlsson – nie miał żadnych hamulców. Pozostanie chyba tajemnicą katolickiej duszy
polskiej, dlaczego Nyd tak bardzo podobała się osiedlonym w Szwecji
Polakom. Mieszczański establishment był nieco zakłopotany poparciem
„hrabiego i lokaja”, no ale władza jest władzą. Tylko ówczesny
wicepremier i przywódca liberalnej Folkpartiet, słynący z krystalicznej
uczciwości Bengt Westerberg wyszedł z telewizyjnego studia po tym, jak
wszedł do niego Bert Karlsson. Na szczęście Nyd składała się – używając
języka Wałęsy – głównie z „popaprańców”. Wpierw odszedł Ian
Wachtmeister, potem wyrzucono Berta Karlssona, przewodniczącą partii
została patologicznie już rasistowska Harriet Colliander. Przerażona
coraz gorszym poparcie w sondażach postanowiła odwołać się do feminizmu
i utworzyła prezydium partii z samych kobiet. Próżny był to trud, w
kolejnych wyborach Nyd zdobyła zaledwie 1,4 proc. głosów i odeszła w
polityczny niebyt.
Nie można więc powiedzieć, że w szwedzkim parlamencie nie zasiadała
dotąd partia ksenofobiczna i że dopiero teraz, wraz z nieuchronnym
raczej awansem Sverigedemokraterna, riksdagen straci reputację i cnotę – jest bo bowiem raczej cnota o świeżości jesiotra z niezapomnianego
bufetu Andrieja Fokicza.
[1] W języku polskim ukazał się tylko jeden, ale bardzo obszerny i
kompetentny tekst o IB, ujawniający wiele szokujących szczegółów
operacyjnych: Marek Ross – „Bezpieka doskonała”, w: miesięcznik „Dziś”,
nr. 5 i 6/2002. Można domniemywać, że autorowi IB znana jest nie tylko
z literatury.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 20.04.2009 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...