|
Wraz z polskim PEN Clubem zapraszamy na spotkanie z chińskim poetą Yang Lianem. Spotkanie poprowadzi Anna Nasiłowska.
27 stycznia, czwartek, godz. 18.00, Nowy Wspaniały Świat, wstęp wolny
Yang Lian urodził się w 1955 roku w Bernie w Szwajcarii, w rodzinie dyplomaty. Wychował się w Pekinie. W latach 1974-1977 był zesłany na wieś na reedukację przez pracę fizyczną. W 1976, po śmierci matki zaczął pisać pierwsze utwory. Po powrocie do Pekinu związany był z grupą młodych poetów, wydających pismo „Dzisiaj”. W latach osiemdziesiątych jego utwory stały się głośne w Chinach, a poemat „Norlang” był krytykowany przez władze w ramach „kampanii anty-spirytualistycznej”. W 1988 roku wyjechał na dłuższy pobyt do Australii i Nowej Zelandii, po masakrze na placu Tienanmen - zdecydował się na emigrację. Od 1993 roku mieszka w Londynie. Jego wiersze nie mogą być drukowane w Chinach, ale - dzięki przekładom - są dobrze znanena Zachodzie, gdzie jego poezja budzi duże zainteresowanie. W 2009 roku prezentował swoje utwory na amerykańskich uniwersytetach - Brown, Yale i Harvard. Yang Lian jest poetą „ciemnym”, zaliczanym do „misty poets”. Charakterystyczne dla niego jest zamknięcie w obrębie świata wewnętrznego, introwertyczne skupienie na refleksach rzeczywistości przetworzonej w wizję lub sen, w którym powracają koszmary zesłania i symbole. Czerpie zarówno z tradycji poezji chińskiej jak i tradycji zachodniego modernizmu.[a.n.]
PISANIE NA WYGNANIU
Nie ma tu mnie
I pustka martwym ptakiem krąży po twarzy
Księżyc po pogrzebie
Zwraca moje życie wstecz
Wertuje stronice na których brak mnie
Gdy piszę
Wykreślanie siebie
napisane wymiata wichura
ręka odcięta
zatem moja specjalność
Głos jakby cudzy
Wyssane kości od niechcenia wyplute w kąt
Cichy szmer na powierzchni wody
Niekiedy zmienia się w oddech
Jakiegoś Li
Że stos czaszek na ziemi to ty
Przez jedną noc postarzały między słowami
Własnego wiersza który niewidzialnie przeniknął świat
by nie rozpoznano
LONDYN
Rzeczywistość jest częścią mnie
Wiosna znów się zgadza by umarli strzelili zielenią
Ulice przyjmują więcej pogrzebów jeszcze czarniejszych pod kwieciem
Czerwone budki telefoniczne w deszczu jak ostrzeżenie
Czas to część moich wewnętrznych organów głos ptaków
Otwiera wszystkie postarzałe twarze na ławkach
Oczy wpatrzone w noc widzą złożony przypadek
Wymazany kolejny dzień
Wylać na papier całe moje szaleństwo zlizać pianę z piwa
Dźwięk dzwonu w mózgu ptaka wibruje ponury wiersz
Miasto to część słowa
Pokazuje
Na spleśniałą baranią skórę za oknem
Wspomnienie baraniny dobija
Umieranie w soczewce
Pośród stronic druku jest grób a za grobem ocean
Londyn
jestem bez znaczenia
i najstraszliwsza część mnie
udzielając zgody
bez czucia
ŚWIETLISTA DYNASTIA MING
Teraz nikt nie umiera po tamtej stronie mostu jest przeszłość
W długich rękawach trzysta lat sztuk pięknych
Śni ptasi sen o błyszczących dachach Do łoża
Przybija popchnięta łódź całą noc mały strumyk płynie poprzez ciało
Za drewnianą ramą okna szata księżycowego blasku
Zrzucona
Biała jak śnieg dłoń czasu obserwuje
śmierć tak podobna rozwiązaniu trudnej kwestii
Bez ruchu co jest za mostem po naszej stronie.
Na każdym rogu ulicy wisi samotny cesarz
Lampy uliczne
Doskonałość ciała czas skręca się w napiętą strunę
Rozpostarta w jego cieple głupia dynastia
Piękno trwonione nie dba że zniweczy je dreszcz
Przebudzenia
Tam za mostem Dynastii Ming ciemne strony
Tak mówią nam duchy śląc wiedzę o tym co teraz
rozświetlają międlące czas zegary
omywa rzeźbiona pułapka oddechu
ŚNIEG
Kiedy stajesz się sobie obcy nawiedza cię śnieg
I rozświetlając przenika wilgocią
Czystość rozmów bez końca w białym pokoju
O północy jesteś nastroszony jak ptak
Nasłuchujesz śniegu w śniegu
Ukrytego w wodzie
Ukrytego w ręce która pisze twe imię na śniegu, na piasku
Nagle przezroczystych sześć stopni nieba
Rzucasz się do ucieczki
Śmiejesz się bo tak wypada z dni ciągle niszczonych
Możesz zajrzeć w przestrzeń dobrze znanej muzyki
Schowanej w każdym ciemnym grobie
Pióra całkiem opadły
Co srebrzy gwiazdozbiory na niebie
Biel niezrównana
Jedyna rzecz to nagość ducha
to pierwszy napad szaleństwa
kamienie piją z ciebie
zostało światło
Przełożyli z chińskiego Bogusław Zakrzewski i Anna Nasiłowska
[„Odra” 2009 nr 6]
1989
Kto powiedział, że zmarli odchodzą?
skrępowani jak konie
za oknem srebrnosiny blask
zmarli tak stoją
nie bardzo odległe
szaleńcy przywiązani do łóżek
sztywne stalowe paznokcie
naklejają znaczki ciemności
codziennie trumna odprowadza dzień aż po jego kres
widoczne w poświacie
i minione dni
Kto powiedział, że zmarli umarli? Zmarli
zatrzymani w ich dniach ostatnich
są mistrzami wieczności
Na cztery strony świata na czterech ścianach twarze
wciąż powraca masakra
to ten sławny pejzaż
śpiąc pod nagrobkiem byliby szczęśliwi
jutro w coraz głośniejszym pisku mew
to jest bez wątpienia ten nasz doskonale zwyczajny rok
krew
ale się obudzą
Wiesz dotyczy masakry na placu Tienanmen 4 czerwca 1989 roku.
ZA KŁAMSTWAMI: DLA DZIEWIĘCIOLATKI ZABITEJ W MASAKRZE
Powiedzieli to przez czerwoną opaskę gdy przeskakiwałaś
z klasy do klasy narysowanej kredą na chodniku
tego dnia gdy spadł niesamowicie ciężki deszcz
Na twoim ciele słodko rozrastało się dziewięć dziur
powiedzieli igrałaś z księżycem i straciłaś miarę
zielona trawa wyrzyna się na grobie
to nowe ząbkowanie
Dorastając w miejscu gdzie nie ma śmierci
nie umrzesz
ciągle siedzisz w szkolnej ławce powiedzieli
Wyraźny stukot za tablicą
nagle dzwonek, niespodziewanie, wakacje
to zabłąkana ślepa kula
zabija twoją śmierć
Powiedzieli
co roku będziemy czcić twoje urodziny
tak jakbyś nigdy nie umarła
teraz
jesteś kobietą, matką nawet
Przełożyła Anna Nasiłowska
[Publ. „Odra” 2010 nr 6]
ULICA Z MOJEGO OKNA
Na ulicy którą widzę z okna nigdy nie pada deszcz
tylko pod moim parapetem
rozciąga się pusto i cicho jak wymieciona
czeka
milcząca kobieta
nadfrunie jak zmęczona mewa nad brzeg
z rękami ciążącymi jak kamienie
na jej ramieniu w szarej torbie na zakupy pełnej jedzenia
cytryna powoli zmienia swoją postać
Na ulicy którą widzę z okna leży śnieg
przez całą zimę
w opuszczonym samochodzie i siedem dzikich kotów
na ulicy tylko bezdomny śpi
albo osiem identycznych par oczu
jak puste łupiny
tak poważne
przyrzekli sobie karmić się swoimi ciałami
obiecując sobie
wydrążone z uczuć
jestem pewien
będę wcieleniem łagodności
BUCHENWALD, ZIMNO O ZMIERZCHU
Nie ma ostatniego autobusu rozkład jazdy niepewny
niczego nie rozstrzyga
pierwsze zimno oblega różową skórę
czekamy na autobus czekamy na zmierzch
po którym dzień będzie pogrążoną w mroku czytelnią
noc wydziela się z naszych ciał
czekając na ciemność kamienie osadzają się na swoich miejscach
gałęzie ciszą obwieszone w czarnych perłach
ostatnie promienie światła na słupku rtęci
Za górą jest życie
w ślad za słońcem
na czubkach przemarźniętych palców kryształ starego dzwonu
trochę popiołu odłożyło się w kościach
postępowanie trzeba sprawdzić
horyzont oczyszony do nicości
kropla skamieniałej spermy twardej jak meteoryt
czekajac na bezludną przyszłość
wystarczy skok i tam będziesz
bez końca schylającym się za metalowy parapet
w małym słowniku krzywd
leży w cementowej vaginie
dawno odszedł ostatni autobus
HARMONICA
pod zimnym niebem kwiaty wyglądają asurdalnie
tylko zarysy ich wyjątkowe rzeczna woda
nastawia małe uszy by usłyszeć śpiewający
język przeszłości lizać po nieobecne dno
półton po półtonie kamienie przybijają i odbijają
czas wiosenny wdycha i wydycha
trzcin mylne drogi na wietrze?
utopić słowa nie ciąży aż tyle co kłamstwo
czy to światło czy rybie ości
świat jest jak chmury przeganiane dzwięczą
gdy niezdarnie zielone palce uczą się szeptać
ból cię znajdzie
życie się uprości do tylko tego życia
nurt rzeki płynie dalej
właśnie teraz jest najostrzejszy najgłębiej wnika
albo uciśnij opuszki
kochając jeszcze raz wytrysk ciemnego źródła w głośnikach
na dłużej niż przyszłość
zrób użytek z bielejącego paznokcia
odarte ze skóry znów
BERLIN, STORKWINKEL NUMER 122
Dramat śmierci przepalił zmysły
nie przypomina sobie śmiechu i strachu rozpierzchłych dzieci
wejście kompletnie puste
Wrzesień właśnie roznosi po świecie złoto
poleruje mosiężny numer z elegancją ekscentryka
napisy na klatce schodowej
niezwykła pora nastała
krusząc brzegi oceanu
nikt już
drzewo w niespokojnych gałęziach
samotny kapelusz w pokoju
świetlista i wyniosła
krew
nie opowiada bajek
tylko
odzyskana moc umarłych milcząc zawiewa znów
ku domowi uschłe jesienne liście
list zwyczajnie kłamie
zerwane wraz z naszymi
te najdoskonalsze ukazują całą ludzką niedoskonałość
a mapa nieba polerowana dziecięcymi dłońmi
kogo przyzywa wycie wiatru
wasze nazwiska
widma tylko na starej fotografii
nie wdepnij w czarny jad
śmierć
wiersz to jedyny adres możliwego odrodzenia
Przełożyła Anna Nasiłowska
Na podobny temat
|
znamienne, że głos w tej sprawie zabi...
@Spokojny "Overall proponuje...