|
Agnieszka Wiśniewska, Krytyka Polityczna: Dlaczego zdecydowałeś do cyklu Demokracje włączyć nagranie rekonstrukcji jednej z mokotowskich bitew powstania warszawskiego?
Artur Żmijewski*: Ponieważ jest to wydarzenie polityczne. Oni dokładają się do tej mainstreamowej „kultury powstańczej”. Dotąd dostępnym dla zwykłych ludzi sposobem performatywnego przeżywania historii powstania było chodzenie pierwszego sierpnia na Powązki Wojskowe w Warszawie i palenie tam zniczy. To nie wystarczało, więc pojawili się ci rekonstruktorzy. A później wierne tej „logice powtórzenia” Muzeum Powstania zaoferowało ludziom np. wspólne śpiewanie piosenek powstańczych na pl. Piłsudskiego. Kilka tysięcy ludzi śpiewa „Pierwszy sierpnia dzień krwawy, powstał naród Warszawy” jak pieśń o zwycięstwie. Na nic trzeźwe opinie, że to była krwawa łaźnia, że dwieście dwadzieścia tysięcy zabitych, że do dzisiaj odbudowujemy po tej klęsce miasto. W polskim śnie to jest zwycięstwo.
Pierwszego sierpnia studio wieczornych Wiadomości przenosi się do Muzeum Powstania Warszawskiego i stamtąd nadaje informacje o Muzeum Powstania Warszawskiego jako pomniku Lecha Kaczyńskiego i o zlocie harcerzy z całego świata, którzy działają oczywiście w imię Boże. Poza tym nie ma polityki, jest tylko powstańczy resentyment trwający w jakimś pustym, bezwydarzeniowym świecie. Przez miasto jedzie rowerowa powstańcza Masa Krytyczna w białych koszulkach z logiem Muzeum. To naprawdę działa w marketingowej logice kapitalizmu, który już nie sprzedaje produktów, ale przeżycia. Idee, wiedza historyczna, przekonania, zaczynają wieść życie produktów, zamienionych w doznania.
Czy widziałeś wiele takich rekonstrukcji bitew, jak ta pokazana w Demokracjach?
Oglądałem i zarazem filmowałem dwie takie bitwy.
Czy rozmawiałeś z ich uczestnikami? Co mówili?
Nie rozmawiałem – filmowałem ich. Ale słuchałem rozmów, jakie prowadzili z kombatantami. Są obeznani w historii, oczytani. Zbierają np. elementy swoich strojów historycznych. Mają pewną operacyjną wiedzę o epoce, dzięki której uruchamiają te wehikuły czasu.
Co cię w nich najbardziej zafascynowało?
Polityczność. I potrzeba bezpośredniej dostępności wydarzenia. I jego desakralizacja – wyjęcie go z historii i odegranie.
Prawa strona sceny politycznej o odcieniu narodowym wspiera poprzez tych rekonstruktorów jakiś rodzaj bezpośredniej, uczestniczącej demokracji, opartej na happeningu, na bezpośrednim uczestnictwie, na przeżyciu. Jak w kościele, gdzie uczestnictwo we mszy jest wspólnotową afirmacją sacrum. Wykorzystuje się ten mszalny scenariusz, żeby organizować wspólnotowe wydarzenia oparte na afirmacji. To nie jest uliczny protest, to jest potwierdzanie jakiejś ideologii. Ostatnio ten mszalny skrypt jest wykorzystywany przez ludzi „broniących krzyża”. Oni stworzyli pod pałacem prezydenckim przestrzeń sacrum, w której rozgrywają się wydarzenia zgodnie z odwróconym obrządkiem rzymskim, gdzie nie kapłani, tylko lud celebruje nabożeństwa.
Dla mnie najbardziej poruszająca w Demokracjach jest scena przysięgi składanej przez przebranych za powstańców chłopców. Przysięga brzmi jak powtarzanie pod groźbą rozstrzelania kompletnie niezrozumiałych fraz. Nie miałeś takiego wrażenia?
Nie miałem. Choć od słów tej przysięgi wieje grozą, wszystko chcą tam robić w imię Chrystusa Pana. Mówi się, że w powstaniu warszawskim zginęła elita intelektualna młodej przedwojennej Warszawy. Ale nie dodaje się, że to była głównie taka pobożnościowa elita, gotowa umierać z Bogiem na ustach. Powstańcy do dziś nie mają wątpliwości, że dobrze zrobili i domagają się hołdów dla siebie. Nie domagają się krytyki swojego działania, a wyłącznie jego afirmacji. Co by było, gdyby oni nie zginęli, tylko tą swoją energię chrystusowej ofiary wpompowali w następne pokolenia?
Poruszająca jest też scena golenia przez powstańców głowy zatrzymanej kobiety. Ale też sceny robienia sobie zdjęć z rekonstruktorami grającymi żołnierzy niemieckich. Jak myślisz, czemu ludzie robią sobie takie zdjęcia?
Bo to jest niezwykła okazja posiadania pamiątkowej fotki z esesmanem. Tworzy się alternatywna historia, w której można mieć przyjazne relacje z „oprawcami”. Można doświadczyć golenia głowy zdrajczyni, bycia „szwabską kurwą”, czy bycia w plutonie egzekucyjnym. Różne role są dostępne – nie tylko role szlachetnych powstańców i ofiar terroru. To jest potencjalnie wywrotowe wobec polskiej ofiarniczej martyrologii. Oni to robią bezwiednie, choć efektywnie naruszają polskie historyczne status quo, bo wprowadzają do niego innych aktorów niż tylko ofiary.
Po temat powstania warszawskiego sięgnąłeś też jako redaktor artystyczny „Krytyki Politycznej”. Pamiętam jak podczas Zjazdu Klubów KP w 2009 roku zacząłeś opowiadać o kolorowankach, które widziałeś w sklepiku Muzeum Powstania Warszawskiego i jak się nagle ożywiłeś mówiąc o tych książeczkach. Co cię w powstańczych kolorowankach zaciekawiło?
Ich cwanie brutalna ideologiczność i brak wszelkich skrupułów etycznych. Wejdź w tor myślenia ludzi, którzy to wymyślili, narysowali i wydrukowali. Jest w nich gorący cynizm, że tak powiem. Cynizm fanatyków „umierania w słońcu”. Twórcy tych kolorowanek nie mają wątpliwości etycznych, że dzieciarnia powinna śpiewać „Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, za każdy kamień twój stolico, damy krew”. Mają niebezpieczne umysłowości, ale efekt ich działania spotyka się z powszechną akceptacją, ze wsparciem władz miasta, ze wsparciem mediów.
Powstańcze kolorowanki pokazały jak powszechny jest bezmyślny narodowo-patriotyczny konformizm wśród artystów. Artyści chętnie malują murale w Muzeum Powstania Warszawskiego, chętnie rysują komiksy o umieraniu w sierpniowej Warszawie. Ludzie z MPW ożywili i zalegitymizowali prawicowo-narodowy z ducha nurt artystyczny. „Powstańcze” murale na ul. Konwiktorskiej, na Powiślu, na Rybakach, na Senatorskiej, na Prostej są tego dowodem. W środowisku artystycznym dominuje naiwny pogląd, że sztuka krytykuje władzę, że ją kontestuje, itd. Tymczasem na naszych oczach urodził się ruch artystów wspierających władzę, władzę kreującą politykę historyczną i narzucającą nam sposoby pamiętania, konstruującą nasze narodowo zorientowane tożsamości.
Chciałam zapytać, skąd pomysł dania kolorowanek powstańczych dziecku do malowania, ale zorientowałam się, że to idiotyczne pytanie. Poprosiłeś sześcioletniego Lucka, żeby pomalował kolorowanki i efekt tego malowania zamieściłeś w 19 numerze „Krytyki Politycznej”. No i jednak muszę zapytać w głupi sposób: skąd pomysł dania kolorowanek dziecku?
Odpowiedź wydaje się oczywista: ponieważ te kolorowanki są przeznaczone dla dzieci. To część patriotycznego prania mózgu i rugowania stamtąd krytycznej refleksji. Ale należało sprawdzić, co z takimi kolorowankami zrobi dziecko. I okazało się, że Lucek przejechał się po tych książeczkach w inny sposób, niż ten zakładany przez ich autorów. Oni spodziewali się zapewne jakiegoś dziecięcego konformizmu, sądzili, że dzieci rysując, będą nasiąkać powstańczą treścią. Tymczasem Lucek rysował potwory i skautów zmartwionych tym, że jeden z nich zrobił kupę. Swoimi rysunkami rozebrał to ideologicznie i ośmieszył.
Kłopot jest jednak taki, że ekipa MPW uczy się na błędach. I oni za jakiś czas pewnie skorygują taką kolorowankę i wypuszczą nową jej wersję – o wiele bardziej przebiegłą ideologicznie. Dyrektor MPW to wyznawca idei powstańczej, wyznawca tej krwawo-ofiarniczej ideologii. Ludzie z Muzeum będą w to brnąć pod jego przewodem. Podejrzewam, że mają za sobą niesamowite fantazmatyczne przekonanie, że powstanie zwyciężyło, i że to był koniec wojny. Że Polacy wygrali całą wojnę pierwszego sierpnia 1944 roku. Dlatego ci powstańcy są wciąż symbolicznie ekshumowani i nie mogą umrzeć. Trwają w liminalnej przestrzeni między dwiema śmierciami, nawiedzając żywych jak zombi. To się zresztą przekłada na wydarzenia po katastrofie smoleńskiej – prezydent i jego małżonka Maryja Kaczyńska wciąż żyją – trwają i nawiedzają nas jak zombi.
Podejrzewam też, że scenariusz katastrofy smoleńskiej i to, co później wydarzało się w mieście, nie było w polskiej historii sytuacją wyjątkową. Farsa, absurd, nabożeństwa na ulicach – to samo działo się zapewne i w powstaniu warszawskim, a może także w części solidarnościowych strajków, które odbywały się „pod opieką” Jerzego Popiełuszki. To jest jakiś skrypt, matryca absurdu, która produkuje te wydarzenia jako tragifarsy. Odwrócił bym sąd, że wydarzenie najpierw pojawia się jako tragedia, a później jako farsa. Najpierw pojawia się jako farsa, a później wraca zsakralizowane w kostiumie powagi, np. w filmach. Te wszystkie Kanały, piosenki Kaczmarskiego itp. podejmowały wysiłek opowiedzenia nam farsy, idiotyzmu, jako czegoś niezwykle poważnego i tragicznego. I to było tragiczne, ale ukrywaliśmy przed sobą absurdalność tych powstań, oprawiania „polskich dekad” w krzyżyki i w papieża. I mamy kolejną polską dekadę – katastrofę samolotu na zboczu smoleńskiego jaru, która rozgrywa się wg. podobnego skryptu.
„Pressje” napisały ostatnio, że pomysł podrzucenia kolorowanek wydanych przez Muzeum Powstania Warszawskiemu sześcioletniemu Luckowi jest „brawurowy”. Ale efekt pracy Lucka redaktora „Pressji” nie zachwyca. Dla kogo więc, jak nie dla dzieci (bo prace dziecka się nie spodobały), przeznaczone są kolorowanki z Muzeum?
No faktycznie – dać dziecku kolorowanki dla dzieci to pomysł wręcz straceńczy. Efekt nie miał zachwycać, ale sprawdzać efektywność tego narzędzia prania mózgu dla dzieciaków. A kolorowanki są oczywiście dla tych przyszłych dorosłych, którymi będą dzisiejsze dzieci. Te kolorowanki to patriotyczny fanatyzm indukowany w trybie zabawy: bezbolesny, łatwy, słodki.
*Artur Żmijewski - reżyser i fotograf, artysta multimedialny związany z Fundacją Galerii Foksal. Studiował na Wydziale Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni Grzegorza Kowalskiego. Twórca m. in. filmów „Oko za oko” „Lekcja śpiewu 2”, „KR WP”,”Powtórzenie”. Opublikował m.in. manifest „Stosowane sztuki społeczne” postulujący zaangażowanie sztuki w dyskusje polityczne. („Krytyka Polityczna” nr 11-12/2007). Redaktor artystyczny „Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...