W roku 2009 nakładem Wydawnictwa „Nisza” ukazał się zbiór 19 literackich portretów autorstwa Ireny Krzywickiej Wielcy i niewielcy, a w tym roku wybór opowiadań Teraz się nie umiera. W roku 2008 Wydawnictwo Krytyki Politycznej wznowiło jej debiutancką powieść Pierwsza krew, w Wydawnictwie Fundacji Feminoteka ukazał się też tom Kontrola współczesności – wybór publicystyki międzywojennej Ireny Krzywickiej, który zebrała i opatrzyła wstępem Agata Zawiszewska (Uniwersytet Szczeciński). 18 czerwca, w piątek, będzie ona gościem Klubu Krytyki Politycznej w Szczecinie na spotkaniu poświęconym Irenie Krzywickiej „Gorszycielka w Domku Grabarza”.
Marta Marska-Błahy, Klub Krytyki Politycznej w Szczecinie: „Byłaby zdziwiona, że ma tak udane życie pozagrobowe” mówi o Irenie Krzywickiej jej syn Andrzej. Mam wrażenie, że ty Agato, również jako specjalistka od twórczości autorki Pierwszej krwi jesteś ostatnio rozrywana: seminarium Gorszycielka w marcu w Nowym Wspaniałym Świecie, majowe spotkanie tamże na temat kobiet piszących w dwudziestoleciu międzywojennym, planowana debata w Szczecinie. Czy uważasz, że – jak stwierdza w lutowym numerze „Polityka” – jest to moda, a moda ma jak wiadomo tendencję do przemijania, czy też Krzywicka teraz o czymś ważnym nam przypomina? Może o tym, o czym pisała w roku 1933 w „Epoce”, a co 77 lat później brzmi zaskakująco aktualnie: „Zmieniały się formy gospodarki społecznej, ale sytuacja życiowa kobiety pozostawała na marginesie tych zmian?”
dr Agata Zawiszewska*: Myślę, że idzie tu o co najmniej cztery różne sprawy. Pierwsza z nich to jedna z cech rynku prasowego czy – szerzej – politycznego. Polega ona na lekceważeniu czy marginalizowaniu interesujących zjawisk przez osoby, pisma czy środowiska, które je przegapiły czy ich nie doceniły. Powiedzenie, że coś jest modne, rozgrzesza z tego, że nie było się pierwszym, który tę modę wprowadził, a zarazem usprawiedliwia brak poważnego namysłu, bo to, co przejściowe, na taki namysł nie zasługuje. To normalna tendencja i nie widzę powodu, żeby się na nią obrażać.
Druga sprawa, która z pierwszą się łączy, jest także zwykła i zrozumiała. Istnieją ludzie, wspólnoty, ideologie, które nie uważają sprawy kobiet za najważniejszą kwestię pod słońcem, nie uważają też Krzywickiej za ważną pisarkę czy publicystkę. Mają inne kryteria oceny i hierarchie wartości. Oczywiście, chciałabym, żeby Krzywicka weszła do kanonu, bo przy okazji ja się podłączę i zaspokoję swoje narcystyczne potrzeby, ale chciałabym, żeby to wejście do kanonu nie było tylko kurtuazyjnym posunięciem się na ławce, na której rozsiadły się już Nałkowska czy Dąbrowska. Prawdziwym zwycięstwem pośmiertnym Krzywickiej byłoby jednak wysłuchanie tego, co ma nam do powiedzenia dzisiaj, odczytanie jej na nowo i wzięcie pod uwagę jej sugestii w naszym konstruowaniu lepszego świata. Bo o lepszy świat jej chodziło, lepszy przede wszystkim dla kobiet. Była autorką zaangażowaną. Wierzyła, że literatura ma moc zmieniania człowieka, że konkretny pisarz komunikuje się z konkretnym człowiekiem, który z kolei zmieni świat na bardziej sprawiedliwy. Kategoria sprawiedliwości pojawia się u niej dość często, ale mam wrażenie, że właśnie ona nie jest w Polsce zrozumiała. Nie chce wchodzić w wyjaśnienia, dlaczego tak się dzieje, nie mam do tego zresztą ani wystarczającej wiedzy, ani kompetencji, mogę jedynie przyznać się do jakiś mglistych intuicji. Sądzę, że chodzi o niedokończone polskie Oświecenie, doświadczenie zaborów i PRL, słabą obecną demokrację itp. Tak czy owak, najsłabsze ogniwa społecznego łańcucha, czyli kobiety, dzieci i zwierzęta, o których prawa Krzywicka się awanturowała, nadal mają w Polsce trudny żywot.
Trzecia sprawa to „moment dziejowy”. Mam wrażenie, że nowy porządek zainstalowany u nas w roku 1989, okrzepł już na tyle, by postawić pewne sprawy na wokandzie, np. prawa kobiet. Dużą rolę odgrywają tu organizacje pozarządowe, np. Ośka, Feminoteka, Efka, Konsola i wiele innych oraz polskie gender studies i krytyka feministyczna, których działania wydawać zaczynają piękne owoce. Zostanę przy swojej profesji. Nowe pokolenie badaczek i badaczy o nachyleniu genderowym przez samą swoją obecność na seminariach licencjackich, magisterskich, doktoranckich itd. sprawia, że tematyka płci staje się coraz bardziej oczywista we wszystkich dziedzinach życia – jedynie politycy opierają się dzielnie, ale też oni mają najwięcej do stracenia na ewentualnej zmianie paradygmatów i sił. Chcę przez to powiedzieć, że wznowień książek Krzywickiej i książek o niej nie byłoby, gdyby nie było tych wszystkich kobiet piszących, moich kobiecych wzorów „uczonych w piśmie”, które przecierały szlaki: Grażyny Borkowskiej, Ewy Graczyk, Ingi Iwasiów, Marii Janion, Krystyny Kłosińskiej, Ewy Kraskowskiej, Anny Nasiłowskiej (wolę ustawić je w porządku alfabetycznym, żeby nie musieć hierarchizować). Podobnie też myślę o moich starszych i młodszych koleżankach, które zajmują się kobietami piszącymi – bez rozmów z nimi wiele pomysłów by nie powstało. W zeszłym tygodniu byłam na konferencji w Gdańsku Dwudziestolecie mniej znane, na której pod opiekuńczymi skrzydłami profesorek Ewy Graczyk i Krystyny Kłosińskiej oraz dr Agnieszki Gajewskiej zostały wygłoszone i przedyskutowane niezwykle ciekawe teksty o kobietach żyjących i piszących w latach 1918-1939. Krzywicka to tylko jedna z nich. Mam nadzieję, że to rosnące zainteresowanie dwudziestoleciem – bo wyszły też ostatnio książki o tak ciekawych osobach jak Maria Morska czy Antoni Sobański – przełoży się w jakiś tajemniczy dla mnie sposób na politykę.
Czwarta sprawa, ostatnia, nie będzie rozwlekła. W ogóle w tym momencie właśnie podjęłam decyzję, że będę się streszczać, bo wychodzi z tego wywiad-rzeka, a ja zaczynam sobie wyobrażać, że jestem co najmniej Miłoszem czy Konwickim a ty Watem czy Michnikiem, i ten patriarchalny obrazek przywołuje mnie do porządku. Tak, sądzę, że twierdzenie Krzywickiej, że rządy się zmieniają, a kobiety cały czas mają przechlapane, jest nadal aktualne. Nadal zarabiają mniej niż mężczyźni na tym samym stanowisku, nadal ich fizjologia nie jest uwzględniana w szkołach i zakładach pracy, nadal nie mają prawa do przerwania ciąży, nadal przemoc słowna, fizyczna i symboliczna wobec kobiet jest karana mniej surowo itd.
W roku 1999, nic wcześniej nie wiedząc o Irenie Krzywickiej kupiłam Długie życie gorszycielki Agaty Tuszyńskiej i przeczytałam od początku do końca w ciągu dwóch dni i dwóch nocy. Niektóre fragmenty podkreśliłam i wracam do nich co jakiś czas. Z perspektywy czasu dostrzegam, że fascynacja tą postacią, drugą po dziecinnej miłości do Janusza Korczaka, świadomie czy podświadomie wpłynęła na moje życie, poglądy, wybory, działalność. Co skłoniło Ciebie jako historyczkę i krytyczkę literatury do zainteresowania Krzywicką?
Wynikało to trochę z sytuacji zawodowej, trochę z osobistej. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, to pisząc doktorat o „Wiadomościach Literackich”, taką w zasadzie bibliografię zawartości tego, co pisano w nich o literaturach obcych, wielokrotnie stykałam się z nazwiskiem Krzywickiej. Zaskoczyło mnie, że tak dużo jej tekstów było drukowanych w WL w latach 30. XX w., ale opracowania naukowe rzadko o niej wspominały. Zaczęłam czytać Krzywicką dokładniej, zbierać i składać tom Kontrola współczesności, a wreszcie pisać o nich książkę, która ukaże się jesienią pt. Życie świadome. Jak zwykle bywa z zainteresowaniami, także i to zrodziło się na marginesie innych prac, jakby niepostrzeżenie, i narastało powoli. I znów na jego obrzeżach rozwija się powoli zainteresowanie kolejne, wcześniejszym pokoleniem emancypantek, a dokładniej Pauliną Kuczalską-Reinschmit, którą podsunęła mi Matka Pio, czyli Joanna Piotrowska. A jeśli chodzi o życie osobiste, to zainteresowanie feminizmem i Krzywicką nałożyło się na czas rozstania z mężem. W tym kontekście żałuję bardzo, że zainteresowałam się feminizmem tak późno, bo gdybym wykonała wcześniej związaną z nim pracę intelektualną i w ogóle tożsamościową, to – taką mam przynajmniej nadzieję – mniej bym skrzywdziła swojego ówczesnego partnera.
Myślę, że Irena Krzywicka nigdy, przynajmniej od lat 90. XX w. nie była zupełnie zapomniana, a raczej niedoceniana. Może dzięki filmowi dokumentalnemu Marii Zmarz-Koczanowicz, jej późnej autobiografii Wyznania gorszycielki czy pośmiertnym wspomnieniom o pisarce zebranym przez Agatę Tuszyńską w Długim życiu gorszycielki chętniej i częściej czytaliśmy o niej jako o barwnej postaci, kronikarce epoki, bohaterce kawiarnianej plotki lub wreszcie uosobieniu swoistego mitu wampa i skandalistki, niż sięgaliśmy po jej utwory. Urszula Chowaniec w posłowiu do wznowienia Pierwszej krwi pisze, że „długie życie Krzywickiej to w istocie przypowieść o losie kobiety w XX wieku”. Czy zgodzisz się, że to życie w paradoksalny sposób przyćmiło twórczość?
To prawda, ale dziwna prawda. Bo z jednej strony ważna jest ta opowieść o życiu nieprzeciętnej kobiety, a z drugiej opatrywanie jej etykietką „skandalistki” odbiera tej historii i jej wymiar emancypacyjny, i wymiar tragiczny. Zamiast więc biografii polskiej publicystki i reformatorki obyczajów pochodzenia żydowskiego, a więc biografii zawierającej wszystkie dramatyczne elementy dwudziestowiecznego polsko-żydowskiego romansu, albo zamiast biografii kobiety, która wybiła się na niepodległość w środowisku skamandrycko-wiadomościowym, zostaje plotka o kobiecie, która „puszczała się na cały regulator” – jak Krzywicka mówiła o jednej ze swych koleżanek. A i to akurat nie była prawda. Skupianie się na biografii „skandalistki” wpisuje Krzywicką w długi szereg faworyt królewskich, sławnych kurtyzan czy muz, i nie pozwala pójść dalej, np. przeczytać jej tekstów i zobaczyć w niej osoby, której o coś bardzo konkretnego chodziło. To smutne, że miano skandalistki, które nadali jej w dwudziestoleciu przedstawiciele obozu konserwatywnego, używane jest obecnie bezrefleksyjnie nawet przez sympatyków feminizmu, jakby to miał być powód do chwały. Zaiste – jak mawia Agnieszka Gajewska – nie wolno nie doceniać patriarchatu.
Irena Krzywicka miała, jak pisze we wstępie do Pierwszej krwi Hanna Samson, świadomość zachodzących zmian i tych, które zajść muszą. W jej, przez wielu najbardziej cenionym, zbiorze reportaży ze sprawy Gorgonowej Sąd idzie Krzywicka przeciwstawiała się dominacji mężczyzn w życiu społecznym, między innymi nieobecności kobiet w gronie sędziów. „Ich nieobecność tutaj, gdzie chodzi o los kobiety, jest niewłaściwa, jest niemal obrażająca” – pisała, a w roku 1932 Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości o Aplikacji Sądowej umożliwiło kobietom dostęp do stanowisk sędziowskich. Dziś faktem jest wręcz feminizacja zawodu sędziego, jednak nadal – jak słusznie podkreśla autorka wstępu – „o sprawach kobiet w wielu gremiach decydują mężczyźni”. Co twoim zdaniem najbardziej oburzałoby czy też drażniło „Gorszycielkę” w dzisiejszej Polsce?
Chyba to, o czym już mówiłam na samym początku, czyli rozziew między deklarowaną przez państwo pomocą dla kobiet i dzieci doznających przemocy a brakiem rzeczywistych działań, sprawa nierównych zarobków i reprezentacji we władzach, kwestia zdelegalizowania aborcji, czyli generalnie drażniłoby ją lekceważenie feministycznego ABC.
Złośliwi wytykali Krzywickiej, że choć walczyła o prawa kobiet, tak naprawdę „nie lubiła się z babami”, że kobiety zaczęły się liczyć w jej życiu, kiedy mężczyźni odeszli. Jak sama twierdziła, chciała być dobrego zdania o kobietach: „Cóż, kiedy wciąż jeszcze takie niedorosłe i takie tchórzliwe, takie nieporadne i takie posłuszne […] Kiedy to minie? Za dziesięć lat? Za dwadzieścia? Dajcie znać, kiedy się będzie można z wami porozumieć”. Jak sądzisz, czy Krzywickiej dziś, po Kongresie Kobiet, po zebraniu 150 000 podpisów pod projektem ustawy o parytetach chciałoby się już z nami gadać?
W filmie biograficznym Marii Zamrz-Koczanowicz, o którym już wcześniej była tu mowa, Andrzej Krzywicki powiedział zastanawiającą rzecz, na którą wcześniej nie zwróciłam uwagi. Otóż Krzywicka, kiedy mówiono w domu o jakiejś osobie, wcześniej jej nieznanej, zwykle zaczynała od pytania o to, co ta osoba w życiu osiągnęła. Z tego punktu widzenia kobiety współczesne raczej by ją zachwycały swoimi osiągnięciami i solidarnością. Natomiast nie do końca jestem przekonana, czy miałaby zrozumienie dla takiego wyboru, który polegałby na życiu po prostu, czy szczęśliwe, zwykłe życie – cokolwiek ono znaczy – uznałaby za „osiągnięcie”.
Agata Zawiszewska* – krytyczka literacka, biografka Krzywickiej
— -
Klub Krytyki Politycznej w Szczecinie zaprasza na pierwsze z cyklu
spotkań poświęconych książkom wydawanym przez Wydawnictwo KP.
Gośćmi spotkania wokół debiutanckiej powieści Ireny Krzywickiej Pierwsza
Krew będą:
- dr Agata Zawiszewska - krytyczka literacka, biografka
Krzywickiej;
- dr Aleksanadra Łukaszewicz Alcaraz - fotografka, filozofka i
feministka;
- prof. US dr hab. Andrzej Skrendo - dziennikarz, krytyk i
historyk literatury.
Prowadzenie: Marta Marska-Błahy - adwokatka, członkini Klubu
Krytyki Politycznej w Szczecinie
18 czerwca, piatek, godz. 18.00
Domek Grabarza, Park
Żeromskiego, ul. Storrady 2
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...