|
Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Znamy już wyniki drugiej tury wyborów prezydenckich. Wygrał Bronisław Komorowski, ale różnica między nim a Jarosławem Kaczyńskim jest bardzo niewielka. Jak pan odebrał ten rezultat? Spodziewał się pan większego zwycięstwa kandydata PO?
Jacek Żakowski, „Polityka”: To były pierwsze wybory, kiedy naprawdę nie byłem w stanie przewidzieć wyniku. Każdy z kandydatów mógł uzyskać między 45 a 55 procent głosów. Przy tym dynamika poparcia dla Kaczyńskiego była ogromna. Na to się nakładały dodatkowe czynniki: pora roku, specyficzne okoliczności, emocje, a także podobieństwo obu kandydatów. Po raz pierwszy chyba nie miałem żadnych intuicji. Nie jestem jednak zaskoczony. Te sondażowe wyniki oddają przeczucia wielu osób, że raczej wygra Komorowski, ale z niewielką przewagą nad Kaczyńskim. Różnica między nimi była zbyt mała, żeby coś tu przewidywać.
Polaryzacja sceny politycznej po tych wyborach jest tak silna, a poparcie dla obu kandydatów tak wyrównane, że właściwie trudno powiedzieć, kto tu naprawdę przegrał, a kto wygrał. Zgodziłby się pan z opinią, że, biorąc pod uwagę obie tury, Platforma straciła swoją dotychczasową dobrą passę i dynamikę, natomiast PiS bardzo się umocnił?
To zależy, z jakiej perspektywy patrzeć. W końcu poprzednie wybory prezydenckie PO przegrała. Sondaże przedwyborcze przez dłuższy czas odnosiły się do Lecha Kaczyńskiego, który po prostu się nie sprawdził jako prezydent i w tym sensie był wygodnym przeciwnikiem w tej kampanii. Jarosław Kaczyński natomiast zachowywał się w sposób zaskakujący i dzięki temu miał nieporównanie większe szanse, niż miałby jego zmarły brat.
A jakie dokładnie elementy kampanii obu kandydatów wzmacniały ich lub osłabiały?
W przypadku Kaczyńskiego największą rolę odegrał wizerunek polityka, który się uspokoił. To było bardzo ważne i zachęciło wiele osób do głosowania na niego, zwłaszcza tych, którym nie odpowiadał program Platformy. Komorowski pozyskał zdecydowaną większość elektoratu lewicowego, składając bardziej liberalne deklaracje w sprawach obyczajowych.
Ale prawie jedna trzecia wyborców Grzegorza Napieralskiego wsparła jednak kandydata PiS-u.
To zrozumiałe i wiąże się z dwoma nurtami na lewicy: obyczajowym - czy kulturowym - i socjalnym. Część wyborców, dla których sprawy społeczne są istotniejsze, przerzuciła swoje głosy na Kaczyńskiego.
Czy to może być sygnał, że dla głosujących to właśnie kwestie socjalno-ekonomiczne będą miały coraz większe znaczenie, odsuwając w cień dominujące dotąd w Polsce podziały historyczne i kulturowe?
Powiedziałbym raczej, że obserwujemy w Polsce trend znany z zamożniejszych krajów: w miarę bogacenia się społeczeństw wyborcy lewicowi stają się mniej wrażliwi na problemy ekonomiczne, większą wagę przykładają zaś do obyczajowych. U nas nakłada się na to kwestia praworządności, a PiS miał tutaj dużo za uszami. Dla osób o lewicowych poglądach to było bardzo ważne.
Obaj kandydaci, walcząc o głosy przed drugą turą, wycofywali się z niektórych istotnych dla swoich formacji postulatów: Kaczyński zrezygnował z antykomunizmu i rehabilitował Gierka. Komorowski i Platforma z kolei przysięgali na wszystko, że nie chcą prywatyzować szpitali, choć komercjalizacja i prywatyzacja to ważne punkty ich programu i wizji rozwoju Polski, jeśli popatrzeć chociaż na raport Boniego. To będzie ich jakoś ograniczać w przyszłych działaniach?
Myślę, że obie te partie zmierzają w stronę centrum. W PO trwa to już trzy lata, w PiS-ie trzy miesiące. Walka o poparcie kiedyś rozgrywała się na prawej bandzie, dzisiaj odbywa się w środku sceny politycznej.
Czyli PO będzie musiała zrezygnować ze swoich sztandarowych haseł o reformach, w tym wzbudzających szczególne kontrowersje zmian w służbie zdrowia?
Na miejscu Platformy, mając perspektywę rządzenia jeszcze przez kilka lat, nie odważyłby się przeprowadzić komercjalizacji służby zdrowia, którą ma przygotowaną. Bo jej złe skutki szybko spadną władzy na głowę. Widzimy, co się dzieje z próbami komercjalizacji innych istotnych państwowych przedsiębiorstw, jak reformowano PKP, kopalnie, LOT – katastrofa. Platforma będzie musiała poszukać innych, bardziej efektywnych sposobów działania. Sama zresztą zdaje sobie sprawę, że jej radykalizm nie zdał egzaminu.
Obie partie będą więc ograniczać swoją ideową wyrazistość?
Tak. Bardzo ciekawe są te głosy, które się nasiliły w ostatnim czasie, sugerujące już nawet nie kohabitację obu partii, ale ich kooperację. Myślę, że powrót do koncepcji koalicji PO i PiS-u nie jest wykluczony.
A w sytuacji takiego permanentnego „łagodzenia wizerunku” partie te w ogóle będą podejmować istotne decyzje i przeprowadzać większe reformy?
Tak, tylko że te reformy nie będą przebiegać według neoliberalnej recepty – rzucamy bombę i budujemy od zera, stawiając wszystko na głowie. Do tej pory w Polsce obowiązywała logika podbojów: ten, kto zdobywał władzę, starał się wszystko zagarnąć i zrobić po swojemu. Teraz będzie raczej działała logika małych kroków, reformy oparte na kooperacji i konsensusie. Być może obserwujemy właśnie kształtowanie się takiego nowego modelu rządzenia. W dużym stopniu działa on w Stanach Zjednoczonych, gdzie nowe rozwiązania administracja negocjuje z przedstawicielami obu partii w Kongresie. Potem partie negocjują w każdej izbie osobno, a izby uzgadniają swoje wersje najpierw z administracją, potem między sobą, aż w postaci akceptowalnej dla zdecydowanej większości są uchwalane i podpisywane przez prezydenta.
Skoro prawdopodobna jest wizja współpracy PiS-u i Platformy, czy wręcz koalicji tych partii, to kto będzie w tym układzie opozycją, tą trzecią siłą, która mówi „sprawdzam”?
Naturalne by było, że rolę tę odegra SLD, ale jeśli rzeczywiście wytworzy się taki kooperacyjno-konkurencyjny model, to Sojusz będzie raczej jednym z jego wewnętrznych graczy. „Sprawdzanie” rozwiązań w dużej mierze będzie się odbywało w obrębie tego mechanizmu – czyli np. w komisjach sejmowych, a nie gdzieś z zewnątrz.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...