Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Żakowski: Polska najważniejsza, Polacy się nie liczą |
|
|
Jacek Żakowski* w rozmowie z Magdaleną Błędowską
|
|
12.06.2010 |
Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Sięgnęłam ostatnio ponownie po pana Nauczkę. To jest analiza wydarzeń, które doprowadziły do zasadniczej zmiany na polskiej scenie politycznej – ustanowienia hegemonii Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Kończy się w 2007 roku, gdy PiS traci władzę. Wróciłam do tej książki, bo minęły trzy lata, są kolejne wybory, a ja mam wrażenie, że ciągle siedzimy w tych samych okopach. Były jakieś drobne nadzieje na ożywienie sceny politycznej, ale katastrofa w Smoleńsku z nową siłą wepchnęła nas pod te same sztandary.
Jacek Żakowski: Naprawdę? Nie mam takiego wrażenia. Sytuacja jest podobna w sensie podmiotowym: nadal jest Jarosław Kaczyński, jest Donald Tusk, jest SLD. Ale w sensie przedmiotowym jest kompletnie inaczej. Cała scena polityczna przesunęła się na lewo.
To tu mnie pan zaskoczył. Na lewo?
SLD właściwie nie ma. W sensie programowym to jest zero, istnieje raczej z przyzwyczajenia – stoi jak stare, martwe drzewo. Platforma jest dziś tam, gdzie był Sojusz. A Prawo i Sprawiedliwość przesunęło się tam, gdzie była PO. Na prawo od PiS-u nic już nie ma. Ta zmiana jest bardzo poważna, ma charakter programowy. Zresztą zaszła w wielu innych częściach świata.
Czyli według pana PO jest teraz – jak SLD – partią liberalną z jakimś odcieniem socjalnym?
Konserwatywno-socjalliberalną.
A jakie miałyby być wyznaczniki tej społecznej wrażliwości Platformy? Sygnały, że przesuwa się na lewo?
Choćby nieobecność Leszka Balcerowicza. On już żyje tylko w „Gazecie Wyborczej”. Został zastąpiony – jako guru – tandemem Rostowski – Boni. To jest przykład odejścia od twardej, monetarystycznej, neoliberalnej szkoły myślenia. Do tego dochodzi stymulacja budżetowa za pomocą deficytu w wysokości 50 miliardów, co jest maskowane na różne sposoby z uwagi na konserwatywny charakter polskich rynków, zwłaszcza finansowego. To było nie do pomyślenia jeszcze za czasów Zyty Gilowskiej. Dodajmy model rozwoju przez kapitał społeczny. To nie są jeszcze programy, które moglibyśmy nazwać lewicowymi w nowoczesnym sensie, ale są to już socjalliberalne style myślenia.
Oczywiście, jeśli patrzymy od tej strony na Platformę, chociażby na Michała Boniego i jego plan „Polska 2030”, to zauważamy, że pojawił się inny język: kapitał społeczny, spójność i tak dalej. Tylko że ta zmiana jest płytka. Oni wreszcie dostrzegają pewne mechanizmy społeczne i inaczej mówią, ale sposób myślenia o samych podstawach systemu, choćby sposobie finansowania różnych świadczeń i roli państwa, pozostał taki sam.
I z tym się zgadzam, bo mówimy przecież o propozycjach socjalliberalnych, a nie lewicowych. Między Platformą Obywatelską a Krytyką Polityczną wciąż jest zasadnicza różnica ideowa. Ale to przesunięcie sceny politycznej jest niewątpliwe. Choćby sięgnięcie teraz po Belkę. To przecież on upowszechnił wsparcie publiczne dla edukacji wyższej, rozciągając system stypendialny na szkolnictwo prywatne. Można było zaproponować na stanowisko prezesa NBP wielu innych ekonomistów, łatwiejszych do przyjęcia dla liberalnych wyborców.
No tak, ale przy okazji Belka był zwolennikiem cięć budżetowych i prezentował typowo technokratyczny styl rządzenia.
Akurat Belka był pierwszym polskim ekonomistą po 1989 roku, który pełniąc wysoki urząd pamiętał, że motory rozwoju mają charakter społeczny. Mówię o ekonomistach sprawujących władzę. Bo między światem ekonomistów akademickich a polityką ekonomiczną są ogromne różnice.
A nie uważa pan, że to była czysto kampanijna zagrywka, żeby przyciągnąć elektorat SLD?
Może, ale Platforma mogła sięgnąć po wiele innych nazwisk. Moim zdaniem Belka będzie dobrą parą dla Boniego. To jest część istotnego manewru. Tylko że ruchy takich wielkich partii jak PO przypominają manewry tankowca – muszą iść wielkim łukiem. Ale zmiana jest widoczna. Natomiast PiS zaczął mówić językiem dawnej Platformy: to jest taki umiarkowany autorytaryzm w stylu Rokity, a może nawet mniej twardy. I to jest zła wiadomość dla lewicy. Bardzo łatwo było budować lewicę w opozycji do Rokity, Giertycha i Kaczyńskiego z 2005 roku. Wobec Boniego, Joanny Kluzik-Rostkowskiej, a nawet Tuska czy dzisiejszego Kaczyńskiego jest już dużo trudniej.
Nie niepokoi pana stopniowe zamykanie się polskiej sceny politycznej? Fakt, że jeszcze po wyborach w 2005 roku do Sejmu weszło sześć partii, w 2007 już tylko cztery, a teraz mamy de facto dwie?
Wciąż są cztery partie.
Formalnie tak, ale o ile jeszcze w 2007 roku LiD stawiał na jakąś programową odrębność, odróżnienie się od dwóch głównych sił, o tyle teraz, patrząc na ruchy w SLD, widać, że to wszystko dąży do kompletnego rozmycia się i zaniku. Start Napieralskiego wygląda bardziej na czysto wewnętrzną partyjną rozgrywkę niż jakikolwiek sensowny ruch budujący lewicową tożsamość. A wejście dla nowych aktorów politycznych jest kompletnie zablokowane.
To jest ciekawy problem, ale bardzo złożony. Jeśli popatrzymy na współczesne demokracje, to widać, że one właśnie w tę stronę ewoluują. Wszystko zmierza w stronę układu dwóch dużych partii. Ewentualnie dwóch plus jednej mniejszej albo dwóch, jednej mniejszej i jedenastu zupełnie malutkich. Tak jest na przykład w Niemczech…
Wielka Brytania byłaby tu jednak przykładem procesu odwrotnego: po wielu latach doszła tam do głosu naprawdę licząca się trzecia siła.
Myślę, że to przejściowe. Działa tu bardzo prosty mechanizm: media wymuszają taki dwubiegunowy układ. Chcą mieć szeryfa i bandytę. W narracji współczesnych mediów tylko takie jasne podziały dają się opowiedzieć. A światem rządzą media. To jest zmiana o charakterze cywilizacyjnym. Pluralizm realizuje się więc wewnątrz partii, które są czasem bardzo zróżnicowane, tak jak Platforma – od Palikota do Gowina. A myślę, że będzie się jeszcze bardziej rozszerzać.
Rozumiem, że mówi tu pan o pewnej obiektywnej tendencji. Ale postrzega ją pan jako coś pozytywnego czy negatywnego? A może jest to proces na tyle nieuchronny, że nie ma nawet sensu tego roztrząsać w tych kategoriach, tylko trzeba się nauczyć jakoś działać w tym systemie?
Roztrząsanie zawsze jest potrzebne, służy właśnie temu, żeby się nauczyć w tej nowej sytuacji poruszać. Mówię teraz zupełnie intuicyjnie, choć przydałoby się zacytować odpowiednie badania na temat reprezentacji. Mnie się wydaje, że nadmierne rozdrobnienie partyjne prowadzi do nieodpowiedzialności programowej. W systemie naprawdę wielopartyjnym głosuje pani na socjalistę, który potem jest zmuszony do koalicji z chadekiem i wprowadza podatek liniowy. Jeśli mamy dwie partie, to co prawda reprezentacja jest mniejsza, ale odpowiedzialność większa. W Polsce to jest oczywiście wyjątkowo zaburzone, zwłaszcza teraz, kiedy kampania wyborcza jest przykryta różnymi latającymi smokami, ale zasadniczo wyborca w takim systemie wie, czego może się spodziewać. Duże partie formułują konkretny program i ponoszą za niego większą odpowiedzialność. Oczywiście takie programy nigdy nie obejmują pełnego spektrum postaw i poglądów, ale w żadnym systemie nie będzie pani tego miała. Jeśli w Polsce jest na przykład dziesięć procent zwolenników aborcji na życzenie, to raczej w żadnym układzie nie zrealizują oni swoich aspiracji.
Ale taki dwubiegunowy system jest bardzo niekorzystny dla wszystkich wyborców o poglądach oddalonych od dominującego akurat dyskursu. Co z nimi?
Jedna z tych dwóch dużych partii może być na przykład za aborcją ze względów społecznych. Aby zrealizować taki postulat, wystarczy mieć trzydziestoprocentowy elektorat. W systemie z dwudziestoma pięcioma partiami ta jedna, malutka, reprezentująca taką akurat proaborcyjną frakcję nigdy się nie przebije. Obserwowaliśmy to w okresie względnej siły SLD – to była duża partia i mimo tego nie była w stanie w rozdrobnionym Sejmie zrealizować swoich postulatów, wtedy jeszcze dość otwartych obyczajowo.
Tu wracamy do nieśmiertelnej kwestii, czy w ogóle zamierzała…
To osobny problem. Tak czy inaczej ten dwupartyjny system nie musi być zły. Życie parlamentarne, pluralistyczne uzgadnianie konsensów zaczyna się toczyć wewnątrz dwóch wielkich partii, z których jedna akurat sprawuje władzę, a druga ma szansę sprawować ją niebawem. Ale ten system też nie musi być oczywiście dobry.
No dobrze, ale co to oznacza w polskich realiach? Gdyby chcieć na przykład zbudować od zera nową, stricte lewicową partię?
To jest się skazanym na niszę. Taka partia nie ma szans na udział we władzy. Nie uda się jej więc zgromadzić wokół i utrzymać zawodowych polityków. Ale to nie znaczy, że postulaty lewicowe nie mogą być reprezentowane. Trzeba odróżnić dwie rzeczy: reprezentację instytucjonalną i programową. Przy tej specyfice medialnej wyborca wyraźnie lewicowy, podobnie jak wyborca wyraźnie prawicowy, nie ma szans na odrębną reprezentację instytucjonalną. Natomiast w każdej z wielkich partii ma szanse na reprezentację programową, choć w ograniczonym zakresie. Trochę tak, jakby te dwie wielkie partie były dwoma parlamentami na zmianę sprawującymi władzę. Jeden może być lewicy trochę bliższy w sprawach kulturowych czy obyczajowych, a drugi w sprawach socjalnych czy ekonomicznych.
Ale to by oznaczało następujący scenariusz: wyborca o lewicowych poglądach obstawia odpowiednich polityków, a ci z kolei są skazani na wchodzenie do tych wielkich partii i tam granie w środku.
Powiedziałbym, że są dwie drogi. Pierwsza to właśnie wejście do jednej z dużych partii i wywieranie nacisku wewnątrz. To się może udać lub nie – Michał Boni, który jest socjalliberałem, ma ogromny wpływ na obecny rząd. A jest tylko jednym człowiekiem. Jak w PO był Rokita, to była to partia autorytarno-neoliberalna. Wszystko więc zależy od składu osobowego. Weźmy też przykład Baracka Obamy: właściwie europejski socjaldemokrata. A jaka była wcześniej Partia Demokratyczna? Członkowie Ku-Klux-Klanu, jastrzębie wojenne, neoliberałowie. Pamiętamy, co Hillary Clinton opowiadała jeszcze parę lat temu, choćby o wojnie w Iraku. Potem przyszedł Obama i przestawił tę partię w inną stronę. Druga droga, o której jeszcze nie mówiliśmy, to ruchy społeczne wywierające presję na wielkie struktury polityczne przez akcje społeczne, badania, naukę, kulturę. Dużo można w ten sposób osiągnąć. W sprawie osób LGBT czy ekologii mamy ogromny postęp właśnie poprzez presję społeczną. Za pomocą reprezentacji politycznej nie udałoby się tego osiągnąć, bo ona byłaby niszowa.
Trochę to przypomina PRL, gdzie żeby coś robić, trzeba było – jak młody Kuroń – zapisać się do partii, albo – jak Kuroń dojrzały – stworzyć ruch społeczny.
Właściwie cały czas mówimy o jakiejś formie kapitulacji.
Wobec cywilizacji.
Przede wszystkim wobec mediów.
Nie tylko. Cała cywilizacja się zmienia. Kiedyś był jasny podział klasowy. I były trzy partie: socjalistyczna, liberalna i konserwatywna. Teraz społeczeństwo jest inne i w związku z tym podział polityczny nie jest już oczywisty, nie ma już tej klasowej konotacji. Trzeba się pogodzić z tym, że demokracja się zmienia, ale w każdej formule, także dwupartyjnej, można sobie wyrąbać swoje miejsce. Jeżeli tylko jest się zdeterminowanym i wie się, czego chce.
A jak ta wizja przekłada się na nasze wybory w tym najbliższym, prezydenckim głosowaniu? Skoro prawdziwe życie polityczne toczy się wewnątrz tych największych partii, to jakie ma znaczenie, na którego z dwóch kandydatów dominujących ugrupowań zagłosujemy w drugiej turze? To jest pytanie i o różnice między PO i PiS-em, i o indywidualne wybory ludzi o lewicowych poglądach.
Bez wątpienia to ma znaczenie. A wybór jest dość paskudny. Z jednej strony mamy osobowość wyraźnie autorytarną…
W jakim sensie?
Kaczyński jest politykiem, który takie kwestie jak prawa człowieka uważa za drugorzędne. Jego hasło wyborcze jest specyficzne. „Najważniejsza jest Polska”. Polacy się nie liczą. To jest spuścizna jeszcze XIX-wiecznych nurtów myślenia. Masowość. Polska jako wielka fabryka. To niebezpieczne moim zdaniem, bo nowoczesne społeczeństwo potrzebuje czegoś innego. I dalej stoi za Kaczyńskim ten ultrakonserwatywny sojusz. To nie oznacza, że on sam taki jest. Moim zdaniem tylko takiego udaje, ale ten sojusz go pompuje. A z drugiej strony mamy Komorowskiego, który wielu bardzo poważnych spraw społecznych nie przemyślał. Jego postawa w różnych kwestiach jest dysfunkcjonalna, ale nie z powodu jakiejś ideologicznej obsesji, tylko dlatego, że on się na tym po prostu nie zna. Jest ileś takich prostych haseł, jak podatek liniowy czy okręgi jednomandatowe, które łatwo rzucić i które on popiera. I ta reforma służby zdrowia, zupełnie absurdalna, którą chce przeprowadzić Platforma i którą on akceptuje… Jeśli oni to szybko uchwalą, to może być bardzo szkodliwe.
I to powstrzyma pana przed głosowaniem na Komorowskiego?
Gdybym chciał tę sytuację po szekspirowsku udramatyzować, to powiedziałby, że pytanie w tych wyborach jest takie: czy lepiej, żeby ludzie umierali w aresztach czy w szpitalach? To przesadne oczywiście, ale w jakimś sensie o to właśnie chodzi. Każdy wybór jest zły. Komorowski jest mi kulturowo bliższy, ale programowo dalszy. Czasami jednak myślę, że nic strasznego się nie wydarzy, bo PO już tyle czasu rządzi i nic się nie stało. A z kolei jak patrzę na Kaczyńskiego, to mam poczucie, że on – mimo całej socjalnej retoryki – z tymi szpitalami zrobiłby to samo.
W przypadku wygranej Komorowskiego to jest pytanie, co zrobi Platforma, gdy zniknie alibi w postaci wiecznie wetującego i rzekomo torpedującego jej plany prezydenta.
Słowo „alibi” może tu być kluczowe. Jeśli to było tylko alibi, to możliwe, że teraz sobie znajdą inne, żeby przypadkiem czegoś nie zrobić. Największy dramat z polską klasą polityczną polega na tym, że ona udaje głupszą, niż jest. PO i PiS cały czas podtrzymują mity z okresu burzy i naporu IV RP. Jednomandatowe okręgi wyborcze czy podatek liniowy jako hasła są puste. Trzeba by wszystko doprecyzować. Systemów okręgów jednomandatowych jest na świecie kilkanaście. Są takie, które radykalnie rozdrabniają scenę polityczną, i takie, które tę scenę bardzo koncentrują. Efekt zależy między innymi od tego, jak się liczy głosy. Podobnie podatek liniowy: czy ktoś z nich kiedykolwiek powiedział, o jakim właściwie podatku liniowym myśli? A skala podatkowa i kwota wolna radykalnie zmienia sens tego podatku. Można je ustalić tak, że uwolni się całą biedniejszą część społeczeństwa od płacenia PIT-u. I można też ustawić je tak, że biedni będą płacili jeszcze więcej, a bogaci jeszcze mniej. Przy stopie w wysokości piętnastu procent i bez kwoty wolnej biedni stracą, a bogaci zyskają. Przy stopie czterdzieści procent i kwocie wolnej na poziomie na przykład czterdziestu tysięcy rocznie – biedni dużo zyskają, a bogaci stracą. Na tym między innymi polega dziś dramat klasy politycznej: duża jej część zdaje już sobie sprawę, że te wszystkie hasła są zupełnie puste, ale boi się przyznać, że robiła społeczeństwu wodę z mózgu.
A co miałoby być narzędziem zmuszającym polityków do precyzyjnego formułowania własnych postulatów, tak żeby polskie dyskusje przestały być jałowe, a spory zmistyfikowane?
Media. Debata publiczna. Inteligentne obnażanie pustki. Niech na przykład Krytyka albo Napieralski zgłoszą projekt podatku liniowego z kwotą wolną czterdzieści albo sześćdziesiąt tysięcy rocznie i stawką pięćdziesiąt procent. Zobaczymy, jak zareagują wyznawcy podatku liniowego, którzy twierdzą, że chodzi tylko o prostotę, wygodę i niższe koszty poboru, a nie o interes klasowy bogatszej mniejszości. Może to by Platformę zaskoczyło. I może zaczęłaby się wreszcie jakaś prawdziwa rozmowa.
Według pana lewica w Polsce też się kurczowo trzyma pewnych haseł, nie próbując wymyślić na nowo, jak osiągać swoje cele innymi niż dotychczas narzędziami?
W Polsce lewica i prawica to wciąż są puste terminy. Tak się u nas złożyło – nie że tak jest na całym świecie – że one nie mają desygnacji. Tak więc sprawę głosowania w najbliższych wyborach każdy musi rozstrzygnąć we własnym sumieniu. Mówię poważnie. W wyborach parlamentarnych w 2005 roku wiedziałem, że muszę głosować na SLD. Nie dlatego, że to była fantastyczna partia, ale dlatego, że groziło jej zniknięcie ze sceny politycznej. W tym sensie było to oczywiście głosowanie cyniczne. W ostatnich wyborach prezydenckich głosowałem z kolei na Lecha Kaczyńskiego. Nie dlatego, że Kaczyński był moim idolem, ale dlatego, że wyobraziłem sobie prezydenta Tuska i premiera Rokitę wprowadzających w życie hasło 3 x 15%, niszczących służbę zdrowia, głodzących publiczne instytucje w myśl „taniego państwa” i szarpiących cuglami wymiaru sprawiedliwości. To byłby koniec nowoczesnej Polski. Dzisiaj sytuacja jest bardziej złożona. Przynajmniej do wyborów parlamentarnych Platforma nie pobryka ze swoimi szaleństwami ideologicznymi. Będzie się musiała liczyć z socjalną częścią elektoratu. Podobnie Kaczyński. To oczywiście optymistyczne scenariusze. A jeżeli ktoś przez półtora roku będzie udawał, że jest szczerym demokratą…
…to w końcu w to uwierzy [śmiech].
A pani na kogo zagłosuje?
Nie wiem jeszcze, co zrobię. Nie rozumiem jednak nadal, dlaczego przy takich założeniach uważa pan, że Komorowski jest lepszy od Kaczyńskiego.
Bo nie będzie robił międzynarodowej afery o kartofle. Nie poniesiemy niepotrzebnych dodatkowych kosztów tego i tak trudnego wyboru. A z Platformą będzie się można jakoś dogadać.
Z prosocjalnym nurtem w PiS-ie już nie? Tej partii nie można odmówić jednej rzeczy: jako pierwsza po 1989 roku na serio wprowadziła do polskiej debaty ileś społecznych kwestii związanych z konsekwencjami transformacji czy nierównością.
Zupełnie cynicznie. I co potem zrobili? Znieśli podatek spadkowy, dając najbogatszym wielomiliardowy prezent. Reagan ani Thatcher się na to nie odważyli, bo to jest szczyt klasowego egoizmu, którego nie akceptują nawet neoliberałowie. Rozwalili ZUS jednym ruchem, zabierając mu dwadzieścia miliardów rocznie ze składek. Balcerowicz by się na to nie odważył, bo ZUS jest podstawą bytu biednej części społeczeństwa żyjącej na emeryturze czy rencie. A kto skorzystał na likwidacji trzeciego progu podatkowego, dzięki czemu dobrze zarabiający pracownicy zamiast czterdziestu procent oddają trzydzieści dwa? Głownie posłowie i wyżsi urzędnicy państwowi, bo biznes i specjaliści korzystają ze stawki dziewiętnastoprocentowej. Aktyw PiS-u sam sobie dał ulgę, bo liczył, że już wiecznie będzie na wysokich państwowych posadach.
Naprawdę myśli pan, że to było cyniczne? Abstrahując od konkretnych fatalnych posunięć i rozwiązań, wydaje się, że akurat prospołeczne postulaty Kaczyńskich były częścią pewnego etosu, który wyznawali – propaństwowego, piłsudczykowskiego.
Wie pani, z PiS-em to jest trochę tak jak z ojcem Rydzykiem: pochyla się nad biednymi emerytkami, a potem pędzi przez kraj maybachem kupionym z ich datków. Oczywiście jest tam na przykład Joasia Kluzik-Rostkowska, które chce dobrze i myśli prawidłowo. Ale jej partia jest inna.
Kiedyś napisał pan o Kaczyńskim, że to jest metapolityk. Nie gracz, który chce władzy dla niej samej, i nie administrator, który zarządza zasobami, tylko ktoś, kto ma wizję Polski. I to go odróżnia od reszty klasy politycznej. Powtórzyłby pan dziś tę diagnozę?
To z całą pewnością nie jest ktoś, kto dryfuje na falach. On raczej sam stara się kształtować polityczne fale. Z lepszym lub gorszym skutkiem. Ma ambicje demiurga.
Demiurga – czyli ma zbyt wielkie wyobrażenia o tym, co sam może wymyślić, zrobić i narzucić innym?
Jest jedna kwestia, która mnie różni od większości współczesnej lewicy: otóż uważam, że obowiązkiem elity czy władzy jest świadoma inżynieria społeczna. Jestem w tym bliski Kaczyńskiemu co do zasady, ale nie co do kierunku podejmowanych działań. On ma odwagę oddziaływać, ale dokonuje zupełnie woluntarystycznych wyborów. Może tym zresztą różni się demiurg od lidera. Kaczyński nie wkłada specjalnego wysiłku w zrozumienie, jak ta inżynieria powinna wyglądać, żeby odnieść pożądane skutki. Świadomie korzystał na przykład z efektu demonstracji, żeby zmniejszyć poziom korupcji w Polsce. Zdawał sobie sprawę, że droga biurokratyczna, którą przez lata szliśmy – kolejne zaświadczenia, tabelki i tak dalej – nie zdaje egzaminu. Doszedł więc do wniosku, że trzeba wywołać zmianę kulturową, z czym się zgadzam. Tyle że nie wziął po uwagę efektów ubocznych demonstracji, które stosował, czyli obniżenia społecznego zaufania, co samo w sobie napędza korupcję. To było nieodpowiedzialne. Coś tam usłyszał, przeczytał i stwierdził: to zrobimy tak. Rzucimy bombę na Pułtusk, to Wyszków się przestraszy.
A jak powinna wyglądać ta świadoma inżynieria społeczna? I dlaczego właściwie miałoby to pana odróżniać od współczesnej lewicy? Bo jeżeli pod tym terminem rozumiemy kształtowanie świadomości ludzi za pomocą edukacji, kultury czy prawa, to nie ma między nami sporu.
Sądziłem, że po doświadczeniu sowieckim lewica wyklęła inżynierię społeczną. Ja wierzę, że władza powinna ją stosować, choć to etatystyczny punkt widzenia. Przez metodykę przedszkolną i szkolną chociażby. Przez większy udział w kulturze. Cierpliwie, długookresowo, budując zaufanie. To nie przynosi natychmiastowych efektów. Nowoczesny etatyzm wynika ze świadomości, że państwo tak czy inaczej zmienia społeczeństwo, czyli uprawia inżynierię społeczną. Pytanie tylko, czy robi to świadomie, z poczuciem odpowiedzialności za odległe skutki.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 12.06.2010 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...