Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Henryka Krzywonos jest silniejsza od Herkulesa. Bo „Herkules dupa, kiedy ludzi kupa”, a pani przekrzyczała całą gwiżdżącą salę.
Henryka Krzywonos: Ja mam po prostu taki charakter, nie dam się wygwizdać.
Przyznam, że podziwiam Janusza Śniadka - miał odwagę spróbować pani przerwać. Ja bym się bał…
On też się bał (śmiech). Podchodził do mnie i szeptem mówił, żebym nie robiła wstydu. Nie miałam wrażenia, że robię wstyd. Uważam, że tak należało postąpić. Bo siedzenie tak jak, za przeproszeniem, Herkules-dupa, i słuchanie tego, co mówił Jarosław Kaczyński, to jak podpisanie się pod jego słowami. I pod słowami Janusza Śniadka również. Przecież w swoim przemówieniu zasugerował, że „Solidarność” teraz dopiero działa, a wcześniej nie robiła nic. A to obecna „Solidarność” nie robi nic. Przejęła pałeczkę po nas i powinna zająć się żłobkami, przedszkolami, powinna walczyć o trzyletni urlop macierzyński, jak było w postulatach. Na początku mieliśmy taki urlop, ale został skrócony. Wtedy walczyliśmy o to, żeby kobiety mogły w 55 roku życia odchodzić na emeryturę, a teraz wiek emerytalny się podnosi. Tę kwestię też powinni podjąć związkowcy. Nikt nie broni pracowników, każdy myśli tylko o tym, żeby dorwać się do żłobu, czym wyżej usiądzie, tym lepiej. To mi się nie podoba! Lech Wałęsa mówi, że powinno im się odebrać nazwę „Solidarność”. Ja nie jestem za tym. Jestem za tym, żeby oni byli związkiem, a nie jakąś partią.
To nie konkretne osoby wygrały trzydzieści lat temu, tylko wygraliśmy wszyscy. Zakłady stały w całej Polsce. Gdy dziś słucham tego wszystkiego, że Śniadek mówi „to ja”, to mnie krew zalewa. Już nawet Wałęsa przestał mówić „ja”, zaczął mówić „my”. Dla mnie Śniadek to jest przewodniczący, który się nie sprawdził. Był w radzie nadzorczej Stoczni Gdynia i wtedy, kiedy był w tej radzie, to Stocznia padła - więc o czym my mówimy…
Podczas przemówienia powiedziała pani, że słowo „solidarność” zobowiązuje. Gdzie tej solidarności pani zdaniem brakuje?
Wszędzie. Co rozumiem przez słowo „solidarność”? We wtorek chciałam o tym przypomnieć. „Solidarność” po tych 30 latach to nie tylko związek, który sobie wywalczyliśmy. Solidarność to też szacunek dla innego człowieka, dzielenie się z nim. Może to śmiesznie zabrzmi, ale jak przyszłam do Krytyki Politycznej, gdy się jeszcze na Nowym Świecie rozkładaliście, to tu widziałam solidarność. Widziałam solidarność w Krytyce w Gdańsku, gdy przygotowywali tam świetlicę. Widziałam, jak lokal wyglądał przedtem i jak wygląda teraz, wykończony. Gdy zauważyłam, że piją wodę z plastikowych kubeczków, poszłam do domu i przyniosłam kubki. To jest solidarność.
Który ze słynnych 21 postulatów „Solidarności” został najlepiej zrealizowany?
Wywalczyliśmy sobie msze transmitowane przez radio i telewizję. I korzysta się z tego w ten sposób, że mamy Rydzyka, który wykorzystuje ludzi. Boli mnie, że tych starszych ludzi się okrada – sama widziałam, że w Gdańsku rozdaje się blankiety do wysyłania pieniędzy dla Rydzyka. I ci starsi ludzie płacą, a to idzie na telewizję. Rydzyk zwyzywał kiedyś Marię Kaczyńską od czarownic. Miałam pretensje do Lecha, że nie stanął w obronie swojej żony, choć przecież kochał ją nad życie. Ja wiem, bo ja się z nimi kolegowałam, Lechu był moim przyjacielem.
Dzisiaj, jak tego słucham, to mnie krew zalewa. Jak ja mogę siedzieć i udawać, że nic się nie stało? No, nie mogę. Nauczyłam się, że trzeba pieprznąć ręką w stół i powiedzieć „zastanówcie się nad tym, co robicie”. Taki był mój cel w poniedziałek. Pewnie kiedyś też powinnam powiedzieć Rydzykowi, co na ten temat myślę. Nie wiem, czy to by cokolwiek dało, poza kupą telefonów – takich, jakie dostawałam po mojej wizycie w Białym Miasteczku, od pań długo leżących krzyżem: „Ty stara ku..o, jak ty tak możesz”. Ja uważam, że mogę mówić głośno – bo tu się urodziłam, tu wychowałam, tu walczyłam o wolność. Jestem wierząca, choć nie chodzę do kościoła i nie leżę krzyżem.
A które postulaty nie zostały zrealizowane?
Najbardziej boli mnie podnoszenie wieku emerytalnego dla kobiet, to, że nie ma żłobków, przedszkoli ani trzyletniego urlopu macierzyńskiego. Wolne soboty i niedziele też nie wszyscy mamy. Bo niby się mówi, że pracownik ma wolną sobotę – ale gdy wokół nie ma pracy, a pracodawca powie pracownikowi, że ma przyjść w sobotę, bo inaczej go zwolni, to on pójdzie i nic nie powie.
Z czego jest pani najbardziej zadowolona po trzydziestu latach „Solidarności”?
Najbardziej jestem zadowolona, że byłam trzydzieści lat temu na stoczni. Wchodząc do stoczni, nie należałam do wolnych związków ani do KOR-u. Miałam inne obowiązki, wychowywałam siostrę, myślałam tylko o niej. W 1980 roku, gdy wyszła za mąż, wiedziałam, że jej się nic nie stanie, że mogę się zająć innymi rzeczami. Weszłam na stocznię – i koleżanki, i koledzy mnie ukształtowali; nauczyli, czym jest polityka. Nauczono mnie, że jestem potrzebna i że inni mogą się ze mną dzielić. Dlatego ta pierwsza „Solidarność” jest dla mnie taka ważna.
Wczoraj odbyła się premiera pani biografii, książki Agnieszki Wiśniewskiej pt. Duża Solidarność, mała solidarność – z udziałem m.in. Jolanty Kwaśniewskiej. Co to dla pani znaczy?
Dałam Agnieszce Wiśniewskiej cząstkę swojego życia. Nie wszystko da się w książce zawrzeć, o części spraw nie chciałam wspominać. Ale gdy Agnieszka zaproponowała mi napisanie książki, to z chęcią na tę propozycję przystałam.
Natomiast prezydentowa Kwaśniewska jest bardzo bliską mi osobą. I nie dlatego, że mi pomogła, jak byłam w potrzebie. Gdy do mnie zadzwoniła, jak nie mogłam spłacić rachunków za remont domu dziecka, popełniłam największą gafę w życiu. Powiedziałam, że przepraszam, ale nie głosowałam na jej męża. Ona na to mi odpowiedziała, że nie będziemy rozmawiać o polityce, tylko o dzieciach. Tym mnie urzekła.
Czytaj też:
Krzywonos: Solidarność do mnie przyszła. Relacja z konferencji prasowej
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...