|
Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Czy Stany Zjednoczone są krajem konserwatywnym?
Prof. Richard Wolin: Stany Zjednoczone są krajem, który - jeśli chodzi o kulturę polityczną - nie lubi ekstremów. To zabawne, że jednym z pierwszych gestów nowego kongresu w styczniu było odczytanie przez republikanów amerykańskiej konstytucji – choć wiadomo, że ominęli jej zawstydzające fragmenty, na przykład te, mówiące, że niewolnicy są traktowani jako dwie piąte osoby. Nikt nie postuluje rewolucji. Dotyczy to również obecnej Tea Party. Jej działacze myślą o sobie jako o rewolucjonistach, ale przecież odwołują się do rewolucji sprzed 200 lat i ówczesnej bostońskiej Tea Party. Nikt nie mówi o zmianie reżimu lub konstytucji. Chodzi tylko o różne interpretacje pierwszej – i jedynej – Konstytucji Stanów Zjednoczonych.
Ostatnie cięcia wydatków publicznych Obamy przypominają rządy republikanów.
Nie sądzę. Moim zdaniem Obama rządzi raczej jak Clinton. Za prezydentury Clintona republikański Spiker Izby Reprezentantów Newt Gingrich nazywał siebie rewolucjonistą, mówił o „republikańskiej rewolucji”. W 1995 roku kontrolowany przez republikanów Kongres nie przyjął budżetu zaproponowanego przez administrację Clintona, co doprowadziło do tego, że wiele instytucji rządowych nie mogło działać z powodu braku funduszy. Opinia publiczna źle to odebrała i Gingrich stracił stanowisko.
Obama ustawia się między republikanami a demokratami. Idąc na kompromis z republikanami, Obama stara się osiągnąć tyle, ile może. Obama ich prowokuje, wrzuca piłkę na ich połowę. Jeśli nie będą współpracować, wyjdą na ekstremistów i radykałów urządzających obstrukcję parlamentarną, jak kiedyś Gingrich. Jeśli pójdą na współpracę, Obama będzie mógł powiedzieć, że jego celem jest zgoda, a nie konflikt.
Czy takie nastawione na zgodę podejście do republikanów nie zgubi Obamy? Może powinien zaatakować ich i pokazać, że silnie reprezentuje tych, którzy go wybrali?
Już na to za późno. Powinien był to zrobić w 2009 roku. Wtedy miał mandat, wygrał sześćdziesięcioma procentami głosów, wygrał w stanach, w których demokraci nie wygrywali od kilkudziesięciu lat. Teraz już tego mandatu nie ma. Poparcie dla demokratów spadło i wątpię, by Obama miał wystarczający kapitał polityczny, by to zrobić. W 2008 roku z chęcią głosowałem na Obamę, choć nie popieram wszystkiego, co robił (albo czego nie zrobił). W Stanach mówimy, że trzeba grać tymi kartami, które mamy w ręku. Obama nie ma w tym momencie dobrych kart.
W Wisconsin gubernator Scott Walker pod pretekstem naprawy budżetu chce odebrać związkom zawodowym w sektorze publicznym prawo do zawierania układów zbiorowych pracy, jedno z najważniejszych zadań związków. I Wisconsin nie jest jedynym stanem, gdzie republikanie przeszli do ofensywy.
To prawda. Obama publicznie to skrytykował.
Może powinien więc wykorzystać sytuację, postawić wszystko na jedną kartę i w tym momencie zaprezentować się jako obrońca working-class America?
Nie może, nie pozwala mu na to polityka wyborcza. Nie usprawiedliwiam go, tylko próbuję wyjaśnić pewien proces. W 2010 roku Obama stracił głosy wyborców niezależnych, którzy wynieśli go do władzy w 2008 roku. To odbiło się na wynikach wyborów uzupełniających. Jeśli chce wygrać wybory prezydenckie w 2012, a moim zdaniem ma na to szanse, to musi te głosy odzyskać. To dlatego wygłaszał kiczowate mowy o wygrywaniu przyszłości i mianował pragmatystę Daleya szefem administracji. Nie można zapominać o sytuacji gospodarczej. Poprawa sytuacji gospodarczej nie wiąże się ze wzrostem zatrudnienia. Bankierzy się bogacą, oficjalne bezrobocie wynosi ponad 9 proc., ale nie liczy się w tym ludzi, którzy przestali już szukać pracy, ani tych, którzy pracują w fastfoodach za 80 dolarów tygodniowo. Obama musi zwracać się do niezależnych, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat przestali w niego wierzyć. Znajduje się w bardzo trudnej sytuacji politycznej i robi to, co musi. Przearanżował swój gabinet i zrozumiał błędy, jakie popełnił, m.in. zaniedbanie tworzenia miejsc pracy.
Naprawdę Obama ma szanse na reelekcję? Mam wrażenie, że wielu demokratów jest nim zawiedzionych.
Nie jestem jasnowidzem, ale jest jedna istotna przyczyna, dla której Obama ma szanse: republikanie nie mają kontrkandydata. Jest Sarah Palin, jest Mitt Romney, jest Mike Huckabee, ale czy którakolwiek z tych osób jest w stanie pociągnąć za sobą republikańską bazę? Może Palin, ale ma poparcie na poziomie kilkunastu procent. Ma swoich wyborców, ale nie jest to szerokie grono. Mitt Romney jest mormonem. Ja nie mam nic przeciwko mormonom, ale chrześcijańscy fundamentaliści już tak, a to jest baza, dzięki którego George W. Bush wygrał w 2004 roku. Żeby zdobyć Biały Dom, republikanie muszą mieć kogoś, kto będzie mógł pokonać Obamę, a póki co nie mają. Poparcie dla Obamy wzrosło po przegłosowaniu kilku ustaw, m.in. Financial Reform Act, która ma ochronić konsumentów przed nieuczciwością banków. Obama przedłużył funkcjonowanie obniżek podatków dokonanych przez Busha, podtrzymując w zamian zasiłki dla bezrobotnych. Ludzie uznali to za sukcesy prezydenta i najwyraźniej docenili jego pragmatyzm.
Republikanie już ogłosili swój cel – jest nim uniemożliwienie Obamie reelekcji. A gdzie dobrobyt Amerykanów? Gdzie dobro wspólne? Jeśli to jest republikański przekaz, to nie mają szans na zwycięstwo, niezależnie od tego, jak bardzo ludzie są zawiedzeni Obamą.
Ja się obawiam, że z powodu braku jasno zdefiniowanego politycznego oponenta, Obama może łatwo stracić obecne poparcie, bo nie będzie miał niczego, przeciwko czemu będą mogli się zjednoczyć ludzie sfrustrowani. W to miejsce może wejść Tea Party, która próbuje eskalować frustracje i lęki.
Można stracić wiele politycznej wiarygodności demonizując swojego oponenta. Tea Party wygaduje o Obamie mnóstwo nonsensów: że nie urodził się w Stanach, że jest komunistą i nazistą (swoją drogą, to ciekawe, że po II wojnie światowej CIA ukuło termin komuno-nazista dla określenia nowego wroga USA). Obama słusznie nie gra w tę grę. Jest przekonany, że pokazywaniem, co należy zrobić, można zyskać poparcie większości, i że jest pewna grupa wyborców – z „prawdziwej Ameryki”, wyborców Sarah Palin czy członków Tea Party – do których nigdy nie dotrze. Być może należy zrezygnować z docierania do tych ludzi, by zdobyć poparcie bardziej umiarkowanych. Z kolei rozczarowani wyborcy lewicy, których jest relatywnie niewielu, nie będą mieli alternatywy dla Obamy, ponieważ Ralph Nader nie zamierza startować na prezydenta po raz kolejny, a nie głosując w ogóle, wyborcy ci pomogliby republikanom.
Choć Tea Party nie są rewolucjonistami, to sprawiają wrażenie, jakby buntowali się przeciwko rządowi federalnemu. Jednak jeśli przyjrzymy się temu ruchowi, to łatwo możemy zauważyć, że większość jego członków domagając się mniejszej interwencji rządu w gospodarkę i mniejszej redystrybucji, działa przeciwko swoim interesom. Korzystać może na tym wąskie grono superbogatych w Tea Party. Z czego to wynika? Czy jest to dziedzictwo Reagana i jego antypolitycznej retoryki, czy irracjonalne, autodestrukcyjne wyładowywanie frustracji?
Jedno i drugie. Miasteczka na środkowym zachodzie są bardzo homogeniczne etnicznie, choć to powoli się zmienia. Proszę sobie wyobrazić ich obawy i lęki związane z tym, że prezydentem nie jest biały, tylko Afroamerykanin. To są irracjonalne lęki polityczne. Do tego prezenterzy telewizyjni węszący „liberalne spiski”, tacy jak Rush Limbaugh, w ciągu ostatnich dwóch lat stali się niemal oficjalnymi rzecznikami Partii Republikańskiej.
Nota bene, Sarah Palin zrezygnowała ze stanowiska gubernatorki Alaski, żeby zostać gwiazdą mediów, podobnie Mike Huckabee. Dlaczego się na to zdecydowali? Otóż piastując oficjalne stanowisko narażaliby się na poważną krytykę za popełnione błędy. Takie błędy zostają później w historii politycznej danej osoby. Natomiast gwieździe medialnej nie grozi nic w tym rodzaju. Poza tym można dotrzeć do szerszej publiczności. Jest to interesująca strategia, ale też niebezpieczna ponieważ pozwala na uniknięcie politycznej odpowiedzialności. Wracając do postawionego pytania: Tea Party to mieszanka obu czynników – antyetatyzmu Reagana i tradycyjnych uprzedzeń. To jest też jeden z powodów, dla którego Obama stara się przedstawiać jako polityk umiarkowany. Wydaje mi się, że im dłużej Obama rządzi, tym chętniej ludzie będą mu ufali. Proszę pamiętać, że George W. Bush przez pierwsze dwa lata miał niskie notowania. Amerykanie długo musieli sie do niego przekonać.
Ale tym, co zjednoczyło Amerykanów wokół Busha juniora, były ataki z 11 września. Wskazał wroga i powiedział, że trzeba bronić amerykańskiego stylu życia.
Ale popełnił też bardzo poważne błędy i pod koniec jego drugiej kadencji poparcie dla niego było najniższe w historii USA. Żaden poprzedni prezydent nie miał tak niskich notowań. Wojna w Iraku była bardzo niepopularna i podzieliła ludzi. Obama wygrał częściowo dlatego, że wskazywał na porażkę tej wojny. USA są bardzo podzielonym krajem i jednym z haseł kampanii Obamy było poprowadzenie Amerykanów ponad podziałami. I myślę, że miał rację, USA nie potrzebują teraz kogoś, kto jeszcze bardziej podzieli Stany, ale kogoś, kto będzie bardziej umiarkowanym głosem. Potrzebujemy odrobinę trzeźwości. Cały czas zmagamy się z kryzysem finansowym i wysokim bezrobociem. W wyborach prezydenckich w 2012 wygra ten, kto będzie potrafił wzbudzić zaufanie.
Wielu lewicowych teoretyków polityki, odwołując się m.in. do Carla Schmitta, uważa, że kluczowe jest właściwe zdefiniowanie wroga. Z tego, co pan mówi, odnoszę wrażenie, że nie jest pan zwolennikiem działania politycznego zorientowanego na konflikt.
Jestem zwolennikiem konfliktu, ale nie definiowanego w taki sposób, jak to robił Carl Schmitt. Konflikt polityczny zbudowany na relacji przyjaciel-wróg nie jest receptą dla demokracji, to recepta dla prześladowań. Schmitt nie był demokratą i nie można czytać go selektywnie, ograniczając się tylko do podziału na przyjaciół i wrogów. Był teoretykiem autorytaryzmu i mówił o homogeniczności, która miała podtekst rasowy. Teoretycy tacy jak Chantal Mouffe, uważający, że Schmitt może być przydatny do tworzenia podwalin teorii demokracji, muszą się do tych kwestii odnieść. To nie jest dobra podstawa dla demokracji. Wierzę w konflikt polityczny, ale w demokracji chodzi raczej o kanalizowanie konfliktu i rozładowywanie go za pomocą instytucji.
Ale sama Mouffe jest zwolenniczką demokracji parlamentarnej. Poza tym uważa, że napięcie między homogenicznością demokracji (tak rozumie demokrację Schmitt) a różnorodnością liberalizmu nie musi prowadzić do rozpadu liberalnej demokracji, tak jak twierdzi Schmitt, ale do napędzanej konfliktem polityki demokratycznej. I jeśli przyłożymy jej obserwacje do sytuacji w USA, może wyciągnąć bardzo użyteczne wnioski, na przykład taki, że wskazanie wroga skutecznie mobilizuje elektorat.
Ale Obama już próbował tej taktyki. Gdy jego poparcie zaczęło spadać, zaczął wchodzić w polemiki z dużymi instytucjami finansowymi, występując nieco jako trybun ludowy, uprawiał politykę konfliktu klasowego. Uważam, że Obama powinien działać na rzecz bezrobotnych i to zrobił w przypadku Wisconsin. Ale nie jest prezydentem z partii socjaldemokratycznej w stylu europejskim, która reprezentuje interesy klasy pracującej. Jako prezydent reprezentuje cały kraj i musi być bardzo uważny, w tym co i jak robi. Z pewnością nie chciał przedłużać obowiązywania ulg podatkowych dla bogatych wprowadzonych jeszcze przez Busha, ale nie ma większości w Izbie Reprezentantów, musi być realistą.
Ale czy da się reprezentować całe społeczeństwo? Niektóre interesy są nie do pogodzenia.
To prawda, ale – tu powtórzę się – można stworzyć sobie poważne problemy polityczne głosząc, że reprezentuje się interesy tylko jednej grupy lub klasy społecznej. Różnica między teraźniejszością a czasami New Deal jest taka, że wtedy 30 proc. Amerykanów było bezrobotnych. Obecnie trzeba spluralizować swoją lojalność.
Jak w takim razie powinniśmy się sprzeciwiać pozornie przezroczystej dominacji mechanizmów rynkowych, jeśli nie poprzez ponowne wprowadzenie polityczności?
Mam wrażenie, że ta rama teoretyczna jest nieco myląca. Polityczność nigdzie nie uciekła. Jest obecna na przykład w protestach pracowników sektora publicznego przeciwko poczynaniom republikanów. Podstawową wadą krytyki parlamentaryzmu – autorstwa tak Schmitta, jak i Mouffe – jest aprioryczna dewaluacja polityki instytucjonalnej na rzecz polityki stanu wyjątkowego. To dewaluuje polityczną normalność. Nie wierzę, że można mieć funkcjonującą nowoczesną demokrację w oparciu o takie założenia. Jestem zwolennikiem powiązania zaangażowanego obywatelstwa z jednej strony i zinstytucjonalizowanego procesu politycznego z drugiej, ale nie kupuję krytyki parlamentaryzmu, która wszędzie doszukuje się ukrytych interesów i korupcji. Zwycięstwo Obamy jest moim zdaniem dowodem na to, że polityczny zdrowy rozsądek może zwyciężyć.
Pańskim zdaniem podział na lewicę i prawicę się skończył?
Nie, ale jest bardziej skomplikowany niż w przeszłości i bardziej spluralizowany. Nie żyjemy już w społeczeństwie podzielonym tylko przez podziały klasowe. Obama nie może zwracać się tylko do klasy niższej czy klasy pracującej, ponieważ obecnie klasa pracująca to jakieś 25 proc. populacji. Jestem zwolennikiem podziału na lewicę i prawicę, ale dostosowanego do dzisiejszych realiów.
Czym w takim razie jest w tym momencie lewica w USA?
Lewica popiera internacjonalizm, a nie unilateralizm, popiera utrzymanie porządnego zestawu zasiłków społecznych, popiera regulację sektora finansowego, który doprowadził do kryzysu finansowego a potem wypłacił sobie obscenicznie wysokie bonusy, popiera redystrybucję w dół, lewica chce realizować sprawiedliwość społeczną i zapewnić osobom z niższych warstw społecznych szanse awansu (dzięki np. akcjom afirmatywnym), lewica jest w końcu za respektowaniem suwerenności ludu i praw człowieka.
Lewica jest bardziej demokratyczna?
Bez wątpienia. Patriot Act George’a W. Busha, który zwiększył władzę rządu federalnego kosztem wolności obywatelskiej, miał w sobie zalążki autorytarne – zawieszenie habeas corpus, tortury, tajne więzienia, nadzwyczajne przekazywanie więźniów do innych państw, gdzie mogą być poddawani torturom, z pominięciem nakazów sądowych (co, zresztą, Obama utrzymał)… Natomiast Tea Party jest libertariańska i tym się różni od Busha. Jest to mieszanka libertarianizmu z chrześcijańskim fundamentalizmem. To jest też problem dla samej Partii Republikańskiej, ponieważ umiarkowani kandydaci przegrywają w niektórych miejscach z ekstremistami z Tea Party. Więc to jest również wyzwanie dla prawicy.
*Richard Wolin, profesor na City University of New York, wykłada historię i nauki polityczne, zajmuje się m.in. myślą polityczną szkoły frankfurckiej i historią myśli republikańskiej.
Richard Wolin przyjechał do Polski na zaproszenie Res Publiki Nowej i Ambasady USA, by wraz z Chantal Delsol, Marcinem Królem, Andrzejem Waśkiewiczem i Wojciechem Przybylskim wziąć udział w debacie pt. Trzy kolory: idea republikańska we Francji, Polsce i Stanach Zjednoczonych (22 lutego 2011). Redakcja Res Publiki ponadto zorganizowała z nim dyskusję o funkcji utopii w zmianie społecznej z udziałem Andrzeja Ledera (23 lutego 2011). Dziękujemy organizatorom za umożliwienie rozmowy.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...