|
Jakub Majmurek: Do kin właśnie wchodzi nakręcony przez pana film Ewa – rozgrywająca się na Śląsku historia żony bezrobotnego górnika, która próbując utrzymać rodzinę i uratować ją przed zupełną pauperyzacją, zostaje wciągnięta w prostytucję. Do tej pory znaliśmy pana raczej jako twórcę teatralnego. Dlaczego zdecydował się pan zająć kinem?
Ingmar Villqist: Jestem dramatopisarzem i reżyserem teatralnym. Ten zawód wykonuję od 2000 roku. Wcześniej byłem kuratorem wystaw sztuki współczesnej między innymi wicedyrektorem warszawskiej Zachęty, zastępcą Andy Rottenberg w latach 1994 – 2000. A także nauczycielem akademickim – w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w latach 1997 – 2004, na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach w okresie 2004 – 2010. Zainteresowanie kinem to konsekwencja mojej pracy jako dramatopisarza i reżysera teatralnego. Ale przede wszystkim efekt wieloletniej przyjaźni i współpracy z wybitnym operatorem filmowym Adamem Sikorą – współscenarzystą i współreżyserem Ewy. Od wielu lat realizowaliśmy razem różne projekty filmowe, teatralno-filmowe, plastyczne, reżyserskie. Bardzo się przyjaźnimy i rozumiemy jako pięćdziesięciokilkuletni artyści.
W 2005 roku Adam Sikora był autorem zdjęć do mojego niskobudżetowego filmu Helmucik – adaptacji mojej sztuki pod tym samym tytułem, którą wcześniej wystawiłem w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Niewielkie pieniądze na tę produkcję (złożyły się Biuro Kultury miasta Essen i Fundacja dla Śląska) ograniczyły czas zdjęć do pięciu dni. Przez pięć dni pracowaliśmy razem z kilkunastoosobową obsadą i wtedy miałem okazję obserwować, w tych ciężkich, frontowych, partyzanckich warunkach, jak znakomitym artystą jest Adam Sikora. Powstał półtoragodzinny film. Bez doświadczenia filmowego Adama Sikory byłoby to niemożliwe. Po tej wspólnej pracy Adam zaproponował, żebyśmy razem zabrali się do pisania scenariusza Ewy. Wspólnie napisaliśmy ten scenariusz, wspólnie reżyserowali film.
Jakie specyficzne możliwości daje kino i język filmu, jakich nie daje teatr, czy literatura?
Film to otwarta przestrzeń spotkania z widzem, możliwości są tu nieskończone. Dlatego tak trudno zrobić film dobry. Pisząc dramat, posługujemy się dialogiem, który musi generować całą paletę doznań percepcyjnych. Pisząc scenariusz, wywołujemy w wyobraźni kolejne obrazy. Teatr to mozolna praca tygodniami nad jedną sceną, powolne dojrzewanie w aktorach stwarzanych postaci, które albo się urodzą na premierze, albo nie. Praca na planie filmowym to dyscyplina, czas, dyktat technologii i pełne zaufanie do autonomii twórczej aktora. To, co powstaje w głowie reżysera teatralnego na licznych próbach, reżyser filmowy musi mieć w głowie przed rozpoczęciem zdjęć.
Film rozgrywa się na Śląsku – regionie często pojawiającym się ostatnio w polskim kinie. Czy mieli państwo w głowie te filmowe obrazy Śląska, chcieli się jakoś do nich odnieść polemicznie?
Z założenia nie oglądaliśmy z Adamem Sikorą tych śląskich filmów z ostatnich lat. Nie było to nam potrzebne, nie chcieliśmy w żaden sposób wchodzić w jakikolwiek dyskusje z innymi historiami filmowymi o Śląsku. Obaj z Adamem jesteśmy Ślązakami – jesteśmy narodowości śląskiej, nasz film rozgrywa się na Śląsku, jest grany w języku śląskim. A przy tym dane nam jest pracować i w Polsce i za granicą, dlatego bardzo zależało nam bardzo, żeby nasz film mógł zrozumieć każdy – także widz niemający pojęcia o Śląsku. Takie historie, jak nasza, mogły by się zdarzyć i pewnie zdarzają się, niestety, na całym świecie.
Czy Ewa to film polityczny? Mamy w nim obraz polskiego kapitalizmu, rozpad tradycyjnej śląskiej rodziny, obraz dezindustrializacji Śląska, gdzie zamknięto kopalnie i huty, za to świetnie prosperują firmy udzielające lichwiarskich pożyczek. A jednocześnie ten film jest biegunowo odmienny estetycznie, od tego, co zwykło u nas uważać się za kino społeczne. Estetycznym kluczem do niego jest raczej surrealizm, groteska…
Jeśli rozumiemy polityczność jako jednoznaczne opowiedzenie się za bezbronnymi wobec dyktatu historii, za bezradnymi i naiwnymi, za elementarnymi wartościami, w które już nikt nie wierzy, za ludzką godnością, to pewnie można tak powiedzieć – nasz film jest polityczny. Trudno sobie wyobrazić, żeby jakiś artysta żyjący i tworzący w kapitalistycznym świecie opowiadał, jak wygląda zwykły dzień istot bogatych, najedzonych i drapiących się po swędzących szwach kolejnych operacji plastycznych. Bo to nikogo nie obchodzi, a już najmniej powinno obchodzić artystę.
Większość historii zawiera w sobie elementy groteski i surrealizmu – nasza także. Zależało nam bardzo na stworzeniu jak najbardziej sugestywnej, prawdziwej relacji emocjonalnej między dwójka głównych bohaterów. Wizerunek rodziny naszych bohaterów musiał być jednoznaczny – oni się naprawdę kochają, dbają o siebie, tworzą spójny, czysty, czteroosobowy świat. My nie pokazujemy po raz kolejny jakiejś patologicznej rodziny w przysłowiowym familoku. Nasza rodzina to kochający się rodzice dwójki dzieci, żyjący w normalnej kamienicy, pracujący, troszczący się o dzieci. I nagle wszystko się zmienia. Polityczne zawirowania, zmiana ustrojowa przełomu lat 80. i 90. XX wieku niszczy znaną im rzeczywistość. Żeby przetrwać, muszą mieć w sobie niezwykłą siłę miłości – niezależnie od wszystkiego, co zgotował im los. Zostają wystawieni na okrutną próbę. Kontekst społeczny jest jednak tylko jednym z czynników określających tą czteroosobową rodzinę. Najważniejsza była historia miłości tych ludzi. Ciekawsza była dla nas próba wyjścia od jednostkowego przypadku i dojścia do jakichś ogólnych definicji, niż społeczna panorama problemu zazwyczaj prowadząca do banalnych uogólnień i zatarcia tego, co najważniejsze, czyli pojedynczych ludzkich historii.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...