|
Artur Żmiejwski: Kiedyś - dawno temu, jeszcze w latach 90. - robiłaś prace, których
nie lubię. Dobrym przykładem są Bibliotekarze w Ziemi Ognistej -
to jedno z tych juweniliów, narcystycznych głupstw, które przydarzają
się każdej artystce, każdemu artyście u początków ich działań. Później
porzuciłaś ten narcyzm i stałaś się w wyraźny sposób świadoma
społecznie. Zaczęłaś się spotykać z ludźmi - z urzędnikami, z
mieszkańcami miast, w których zdarzyło ci się pracować, z
przedstawicielami lokalnych społeczności - i rozmawiać z nimi.
Rozmawiałaś o ich potrzebach i o reakcjach na twoje prace, które
pojawiały się w sąsiedztwie ich domów. Mam na myśli zwłaszcza palmę,
czyli Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich, i Dotleniacz.
Gdy tak się z nimi spotykałaś, stawało się powoli jasne, że nie jesteś
jedną z tych artystek, które zaproszone np. do Izraela, zupełnie nie
zwracają uwagi na wojenny kontekst w jakim się znalazły. Gdy przydarza
ci się coś takiego, to jedziesz na Zachodni Brzeg i mieszkasz kilka
tygodni w Dżenin, pracując ze zdewastowaną przez okupację młodzieżą
arabską. Chcę powiedzieć, że jesteś przeciwieństwem artysty-idioty,
który w dowolnym miejscu na świecie jest w stanie produkować podobne
głupstwa. Sądzę, że na taką postawę mają wpływ twoje poglądy społeczne i
polityczne, twoje wybory obyczajowe. Zacznijmy więc od nich - jakie są
twoje poglądy? Jakie są twoje wybory?
Joanna Rajkowska: Chyba mnie trochę przeceniasz. Ja jestem jak pies, który jak raz złapie
trop, to idzie w dobrym kierunku i jest w stanie odkopać prawdziwą kość.
Ale jak zgubię trop, to się miotam. W połowie lat 90., kiedy zaczęłam
świadomie pracować, wszystkie tropy prowadziły w stronę sztuki
publicznej. Sól, Nie ma oznak…, Pozwól, że wymyję ci
ręce. A potem nastąpiło parę osobistych katastrof - dość ciężka
choroba, strach, zbyt dużo alkoholu, próba odnalezienia się w poprawnym
małżeństwie a następnie jego zupełny rozpad. Zagubienie. Ciężkie pięć
lat. Próbowałam jakoś wyplątać się z pomyłek, rozprawić z własną
seksualnością, pożegnać z marzeniami o pewnego rodzaju życiu. To, co
nazywasz głupstwami, było dla mnie sposobem opowiadania i lustrem życia,
bo nie mogłam sobie z tym życiem poradzić. Moment powzięcia radykalnych
osobistych decyzji przyniósł rewolucję. Okazało się, że ja, zafiksowana
przez lata na własnych niemożnościach, jestem przede wszystkim
zwierzęciem stadnym, Stasią Bozowską i Adamem Słodowym w jednym. I nic
mnie bardziej nie interesuje niż społeczność i sposób jej organizacji,
czyli to, jak ludzie są ze sobą. Krótko mówiąc, teraz już wiem, gdzie
jest kość.
Owszem, może i działasz jak zwierzę, ale mówisz jak intelektualistka.
Więc ponawiam pytanie, choć próbujesz mu się wymknąć: jakie są twoje
poglądy?
Nie wymykam się. Kiedy miałam jakieś osiem lat, dostałam sandały. Były
bardzo niewygodne, więc postanowiłam je przerobić, bo mama była zbyt
biedna, żeby mi kupić następną parę. Coś tam wycięłam, doszyłam klamerkę
i dopiero zaczęłam w nich chodzić. I to kompletnie przemeblowało mi
głowę. Nie traktuję rzeczywistości jak niezmiennego stanu rzeczy, który
muszę z bólem zaakceptować. To, jak sobie urządzimy świat i nasze w nim
współżycie, zależy od nas - mieszkańców kamienicy, miasta, kraju,
świata… Tak więc od czasu tych sandałów jestem człowiekiem lewicy
(śmiech). Musimy sobie sami szyć buty, w których będziemy chodzić. Są
oczywiście fragmenty rzeczywistości, wobec których pozostaję bierna, bo
nie mam konkretnej wizji ich reorganizacji, np. polityka gospodarcza. I
jakkolwiek reprezentuję w tym względzie dość typowy zestaw poglądów
lewicowych, to nie robię wiele, żeby sytuacja uległa zmianie. Są jednak
takie dziedziny, w których moje projekty mogą być użytecznym
instrumentem służącym rozpoznawaniu problemów społeczności. I to od
lewej strony. Tak się dzieje w przypadku prac, które pytają, jakiego
rodzaju wspólnoty tworzymy i co może stanowić spoiwo różnych wspólnot.
Mam tu na myśli przede wszystkim Dziennik snów, Przejażdżkę
wokół Wyspy Wojny, Dotleniacz i Linie lotnicze.
Tu wracam do kwestii ciała, do najprostszej definicji współistnienia,
która opiera się na akceptacji faktu, że ktoś żyje obok nas. Ma prawo tu
żyć i nie odpowiadać na pytania: skąd jest, po co tu jest ani jaki
jest? Nie stanowimy wspólnoty dlatego, że Henryk II Pobożny miał u lewej
stopy sześć palców i zginął pod Legnicą, tylko dlatego, że naszemu
sąsiadowi, który przyjechał z Wietnamu, dobrze idzie biznes, ma tu
dzieci, kształci je i po prostu jest szczęśliwy.
Rolę państwa widzę w celowej organizacji naszych wysiłków, aby nikt nie
pozostawał za burtą. Widzę ją także w uczeniu odpowiedzialności za to,
co wspólne. Państwo jest emanacją potrzeb zamieszkujących je wspólnot - i
dlatego, jak sądzę, funkcje państwa powinny i zapewne będą dość szybko
się zmieniać wraz z migracjami ludności. Państwo wielonarodowe,
wielokulturowe powinno sprawować inne funkcje niż państwo monoetnicznie.
Skoro wybieramy polityczną reprezentację, to niech służy ona temu, żeby
każdy, bez wyjątku, kto jakimś cudem się tu znalazł, miał się dobrze.
Brzydzę się ideą państwa narodowego. Marzy mi się państwo beznarodowe
albo ponadnarodowe, w którym jednak wszyscy są za jego kształt i za
dobro publiczne odpowiedzialni. Pełna utopia, szklane domy.
Twój stosunek do świata społecznego jest aktywny - chcesz w nim
działać w jawny, głośny sposób. Więc podsuwasz rozwiązania
identyfikowanych przez siebie problemów - jak zawłaszczanie decyzji w
miastach przez urzędniczą nomenklaturę, odbieranie mieszkańcom prawa do
decydowania o ich najbliższym otoczeniu. Władze miejskie, czy
spółdzielnie mieszkaniowe, patrzą dziś życzliwie na takie akty
segregacji, jak grodzenie osiedli czy na oddawanie parków i ogródków
działkowych pod budowę centrów handlowych, ekspansję natrętnej reklamy,
prywatyzację przestrzeni miejskiej przez klany biznesu i wpisaną w
pomniki nacjonalistyczną wizję historii. Ty traktujesz miasto jak
przestrzeń pozostawioną decyzji jej mieszkańców. Stawiasz więc w
miastach nie pomniki, a „znaki zapytania”, interpelujesz mieszkańców
swoimi obiektami. Taką interpelacją jest palma w Warszawie czy projekt
minaretu w Poznaniu. To są wszystko sprawy istotne w życiu wspólnoty.
Jak zatem definiujesz wspólnotę? Jak rozpoznajesz problemy wspólnot? W
jaki sposób formułujesz, proponujesz i negocjujesz propozycje rozwiązań?
O tym, w jakim stanie jest wspólnota, świadczą miejsca, jakie owa
wspólnota tworzy, bądź na jakie się godzi. Do czego jest w stanie się
przyzwyczaić, a co jest dla niej nieznośne. Korzystam raczej z okruchów
informacji, które jednak w sposób dobitny pokazują powiązania między
ludźmi, zerwane albo kiełkujące relacje, namiętności, potrzeby i
zaniechania. Tropię to, próbuję nie tyle zrozumieć, ile pozwolić sobie
na pozaracjonalną reakcję na owe miejsca. Bo ja widzę wspólnotę jako
grupę ludzi skupioną w pewnym miejscu, postawioną wobec sytuacji, jaką
to miejsce tworzy.
Reaguję mocno na miejsca chore, w których sieć relacji jest martwa bądź
zastąpiona przez relacje pozorowane. Moją instynktowną odpowiedzią jest
wizja sytuacji nieomalże utopijnej, a następnie mozolna praca nad
realizacją tej wizji przy możliwie najmniejszych kompromisach. Swoje
zamiary zmieniam tylko wówczas, gdy chce tego społeczność. Ponieważ
zmian żądają członkowie tych społeczności, które z danym miejscem czy
znakiem najsilniej się identyfikują, więc nie obywa się bez konfliktów.
Bywa, że się udaje i taka wcielona utopia zastępuje chore miejsce, ale
zwykle silniejsze są zaniechanie i ogólna społeczna martwica. Mówiąc o
miejscu chorym, myślę o Placu Grzybowskim. O wycieczkach izraelskich,
które idą przez Plac Grzybowski, zupełnie nie wiedząc gdzie są, ani czym
w istocie jest prowadząca do placu ulica Próżna. O tym, jak ci
Izraelczycy pompują swoje poczucie wspólnoty traumą i cudzą winą. Myślę o
polskich starszych paniach, które patrzą na to wszystko podejrzliwie, o
psach, co srają, gdzie popadnie i nikt po nich nie sprząta. O
utrzymującym się wokół kościoła Wszystkich Świętych antysemickim smrodku
księgarni Patriotycznej. Przypominają mi się fałszywi Żydzi z pejsami
tańczący na festiwalu Singera i „koszerne” paszteciki wieprzowe
sprzedawane w budce obok. Widzę biznesmenów idących przez ten plac do
pracy w korporacjach i Deutsche Bank, który obsługuje tam swoich
klientów. Figura papieża błogosławi to wszystko ze schodów kościoła, a
harcerze składają kwiaty pod jednym z głazów upamiętniających kolejne
polskie nieszczęścia. Dotleniacz miał być rodzajem oazy
radykalnie zmieniającej nasze postrzeganie tego miejsca, bo inaczej się
patrzy na Próżną zza geranium i chmury tlenu. Miał być miejscem wyjętym z
kontekstu, a zarazem ulokowanym w jego najściślejszym centrum, trochę
jak oko cyklonu. W tej oazie wszystkie relacje miały być ustanawiane na
nowo. Chciałam zainicjować pewien stan publicznej możliwości, odblokować
energię, która była i jest permanentnie kasowana przez wszystkie
powyższe rytuały. Często nie proponuję rozwiązań, ale zmianę optyki,
przesunięcie w identyfikacji grupy, w tożsamości miejsca, iluzję
odmiany. A wszystko po to, żeby pojawiła się energia pozwalająca ludziom
zresetować wszelkie relacje.
Twoja taktyka polega na tym, że stawiasz ludzi wobec faktu istnienia
np. palmy na rondzie De Gaulle’a w Warszawie albo Dotleniacza na
Placu Grzybowskim. Czasem ludzie to akceptują - palma stała się jednym z
symboli miasta, o zachowanie Dotleniacza mieszkańcy okolic Placu
Grzybowskiego stoczyli walkę z urzędnikami. Teraz chcesz dawny komin
fabryczny w Poznaniu zamienić na minaret. Ale tym razem dominująca
reakcja ludzi na ten zamiar, głównie Poznaniaków, jest niechętna, nawet
wroga. Ale ty nie ustępujesz. Działasz przeciw ludziom? W czyim imieniu
występujesz, czyj głos reprezentujesz?
Działam w imieniu tych, których nie widać. W przypadku palmy - w imieniu
wymordowanej społeczności przedwojennych Żydów, w przypadku Dotleniacza
- starszych i pomijanych w politycznym dyskursie mieszkańców Placu
Grzybowskiego, w przypadku Minaretu - w imieniu liczącej około
tysiąca osób społeczności muzułmańskiej. Prezes Ligi Muzułmańskiej,
Essikh Mohamed Saleh w lot to zrozumiał, skoro w jednym z wywiadów
powiedział: „wyznawcy islamu tu żyją, studiują, leczą w szpitalach,
prowadzą interesy. Robimy w Polsce sporo, ale wciąż nas nie widać. Może
minaret to zrekompensuje?”. Są takie miejsca, w których jest zakodowana
pamięć, jakaś wiedza o braku tych ludzi. Ja próbuję ten brak rozkodować,
przenicować, czyli nieobecność przekuć w obecność. Zawsze znajdą się
tacy, którzy nie chcą widzieć innych, nie chcą o nich pamiętać. Wtedy
nie mam wyjścia, muszę się z ich niechęcią skonfrontować. Najważniejsze
jest jednak to, jak się skonstruuje miejsce, w którym ma dojść do owej
konfrontacji. Okazało się, że przy okazji przerabiania komina na
minaret, trzeba przerobić też nasz, Polaków, wizerunek własny i
zastanowić się nad istotą „narodowego dziedzictwa kulturowego”. Ochrona
tego dziedzictwa to argument często używany przeciwko minaretowi.
Przyzwyczailiśmy się myśleć o nas samych jak o narodzie sponiewieranym
historycznymi nieszczęściami, jak o ofiarach przemocy politycznej, a
umknął nam fakt, że staliśmy się po cichu sprzymierzeńcami oprawców i
okupantów. Uczestniczymy lub uczestniczyliśmy w operacjach wojskowych
NATO, takich jak misja w Afganistanie czy wojna w Iraku. Jesteśmy
aktywnymi członkami kampanii „antyterrorystycznej” prowadzonej przez
Stany Zjednoczone i uczestnictwo w interwencji militarnej w Iraku w
marcu 2003 przekonało rząd Izraela o naszej lojalności. Premier Tusk
mówił o bezwzględnym poparciu dla Izraela w wypadku jego konfrontacji z
Iranem. Zacieśnia się też nasza współpraca wojskowa. Służby wywiadowcze
mają wymieniać się informacjami o zagrożeniu terrorystycznym. Polska
chce kupować izraelską broń: samoloty-tankowce i pociski rakietowe do
uzbrojenia samolotów i czołgów. Operacje militarne i broń finansujemy z
naszych podatków, jesteśmy za to wszystko odpowiedzialni.
Przy okazji budowy znaku obecności muzułmanów stało się jasne, że musimy
poddać dyskusji wygodny i nostalgiczny obraz Polaka - ofiary, a zarazem
obrońcy wszelkich wartości.
Uprawiasz rodzaj społecznej praktyki, która pojawia się przed nami
ubrana w kostium sztuki. Myślę, że jesteś jednym z tych ludzi, których
nazwano mylnie artystami - z braku nazwy na ich działania i z braku
innego miejsca dla nich. W psychologii, ludzi pracujących z konfliktami
grupowymi nazywa się facylitatorami. Czy i ty jesteś facylitatorką?
To, co robię, różni się od pracy facylitatora. Rasowy facylitator jest
odpowiedzialny za przebieg pracy grupowej. Ja próbuję raczej uczynić
facylitatorami ludzi z danej społeczności. Kwestia przeniesienia na nich
odpowiedzialności jest najistotniejsza. Robię to za pomocą wizji, która
jest na tyle silna, że ludzie się jej poddają, chcą się jej poddać. Ta
wizja zazwyczaj dotyczy ciała, wchłania ciało, oddziałuje na poziomie
mocnych, fizycznych wręcz potrzeb: potrzeby oddechu, ciepła, potrzeby
podróży, jakiegoś zakłócenia. Kluczowym etapem tej praktyki jest
osiągnięcie stanu, w którym cały ty - czyli twoje ciało, projekcja
twojego ciała, jego potrzeby, nakładają się na siebie tak precyzyjnie,
że możesz wreszcie powiedzieć: „Jestem. Tu i teraz”. Myślę, że taki stan
ogarniał ludzi siedzących godzinami przy Dotleniaczu, którzy nie
robili nic innego poza oddychaniem. A także tych, którzy popłynęli w
rejs wokół Wyspy Wojny w Belgradzie na pokładzie statku „Kowin”. Albo
tych, którzy spali podczas Dziennika snów. Leżysz i śnisz. Pewnie
na wpół świadomy tego, że oddychasz, a może właśnie śnisz, że płyniesz
rzeką. Robisz to jednak razem z innymi ludźmi, w bardzo określonym
kontekście - kolektywnego spania, w dzień, w galerii z ogromnymi oknami,
które wychodzą na ulicę. Nie musisz nikomu wyjaśniać, dlaczego to
robisz, bo inni robią dokładnie to samo. Nie ma w tym żadnej magii, po
prostu jesteś.
W tym stanie ludzie czują siłę, są zdolni do podejmowania zadań i
odpowiedzialności, których zwykle się boją. I wtedy niektórzy z nich
stają się facylitatorami dla własnej społeczności. Ja jestem jedynie
akuszerką pewnej społecznej mocy, pewnej możliwości.
Masz rację mówiąc, że sztuka w tym przypadku to jedynie kostium. Ale
sądzę, że wizję można uruchomić tylko za pomocą sztuki - performatywną
siłą obrazów. Wizja najczęściej dotyczy ludzkich relacji z jakimś
miejscem. Żeby przetworzyć to miejsce, potrzebna jest sztuka i jej rzemiosło.
A co z polityką i jej rzemiosłem - czy to cię interesuje?
Moja uwaga skupiona jest nie tyle na tożsamościach zbiorowych, które są
podstawą wszelkiej polityki, ile na RELACJACH pomiędzy jednostkami -
między indywidualnymi tożsamościami, a miejscem. Koncentruję się na tym,
co się dzieje między jednostkami, a miejscem. Nie na relacji my-oni, a
na relacjach ja-ty i ja-ty-miejsce. Pracując z konkretnym miejscem,
sprowadzam te powiązania do relacji fizycznych, bo wszelka lokalna
polityka zaczyna się od tego, jak się wobec siebie ustawiamy i jak
wyznaczamy dla siebie nawzajem terytorium. A także jak rytualizujemy
wzajemne zachowania. Mój domowy przepis polega na zaproponowaniu pewnej
wizji, która dotyczy ciała. Ta wizja zagarnia i rewolucjonizuje ludzkie
zachowania, bo poddaje ludzi wspólnym, mocnym przeżyciom. A to kasuje
wszelkie dotychczasowe hierarchie i produkuje konieczność komunikacji -
uwspólnotowienia tych przeżyć. Ta wizja kasuje nie tylko hierarchie, ale
również rytualne formuły zachowań i powoduje, że bycie ze sobą staje
się inne, że język relacji trzeba tworzyć na nowo. To się właśnie
wydarzyło przy Dotleniaczu. Jedna z dozorczyń przychodziła tam w
przerwach między pucowaniem klatek schodowych. Specjalnie się na te
wyjścia przebierała. Jej relacja z mieszkańcami przybrała formę
świątecznego spotkania. Wdawała się w rozmowy o „jeziorku”, rybach czy
uzdrawiającym wpływie tlenu, albo po prostu spędzała wspólnie z nimi
czas przy Dotleniaczu. Właśnie to zmieniło relacje tej kobiety z
mieszkańcami - jej pracodawcami.
Zatem wygląda to tak, że stwarzasz warunki dla pojawienia się wizji,
generujesz je. Czy zawsze da się to tak kontrolować, czy ciało zawsze
jest tak posłusznym medium? Co z bezwiedną pracą fantazji?
Nie wiem, czy pamiętasz, jak w 2005 roku wylądowałam w krakowskim
szpitalu i wycięli mi z szyi cystę wielkości 2,3 na 3 cm. Rok wcześniej
pojechałam do Auschwitz - pierwszy raz w życiu. Był listopad. Starałam
się niczego nie widzieć, nie słyszeć i trzymałam emocje na wodzy, żeby
za wiele nie czuć. I faktycznie niewiele pamiętam. Miałam wrażenie, że
powietrze się tam zupełnie nie ruszało. Przemarzłam tak bardzo, że
przestałam czuć ręce i nogi. Następnego dnia nie mogłam niczego
przełknąć, poszłam więc do lekarza, myśląc że mam anginę. Lekarz
zdiagnozował guza. Okazało się, że to nie guz, tylko potężna cysta,
która dokładnie dzień wcześniej spowodowała zakażenie. Przez rok
szukałam odpowiedniego chirurga - trzeba ją było usunąć operacyjnie.
Mówię o tym, żeby zobrazować pewien sposób reakcji, który uderza
bezpośrednio w ciało. Tym razem to nie ja zrobiłam projekt w Auschwitz.
To Auschwitz zrobiło projekt we mnie.
Używasz głównie intuicji. Polscy politycy też jej chętnie używają,
chociaż raczej po to, by prowadzić politykę wykluczenia, by konfliktować
jedne grupy społeczne czy zawodowe z innymi. Zamienianie zbioru
wrażliwych wspólnot, jakim jest społeczeństwo, w planszę do szachów,
nazywa się talentem politycznym. Zaś ludzi, którzy świetnie manipulują
naszymi emocjami i uprzedzeniami, zamiast załatwiać razem z nami nasze
sprawy, nominuje się na członków politycznych elit. Sądzę, że ty
opowiadasz się swoimi działaniami za innym modelem wykorzystania
społecznej intuicji i za innym modelem polityki. Jeśli tak, to za jakim?
Wciąż wierzę w liberalną demokrację. Mimo wszelkich rozczarowań. Myślę
jednak, że bez pracy nad podstawową sprawą, jaką jest odpowiedzialność
za wspólnotę i za miejsca, które ta wspólnota wytwarza, demokracja
będzie ulegać dewiacjom i nadużyciom. Dlatego pracuję nie tyle nad
rozwiązywaniem problemów społecznych, ile nad sposobami tworzenia
sytuacji, w których ludzie chcą brać odpowiedzialność za siebie i grupę,
której są częścią. Potem wszystko działa na zasadzie domina - jedna
inicjatywa rodzi następną, ludzie zaczynają czuć, że jeśli nie zajmą
stanowiska, mogą coś stracić. Ale to musi działać na poziomie nieomalże
instynktu. Zaraziłam się koncepcją radykalnej demokracji i przestrzeni
agonicznej Chantall Mouffe i Ernesto Laclau. Taką przestrzeń chciałam
zaproponować uczestnikom Linii Lotniczych na pokładzie starego
radzieckiego samolotu, ale spotkały nas poważne turbulencje. To było w
Budapeszcie. Pasażerami byli członkowie różnych mniejszości
mieszkających na Węgrzech: ludzie z Syrii, Mongolii, Nigerii, Bułgarii,
Rosji, Serbii, z Wielkiej Brytanii i z Chin. Był bezdomny, gej, dwóch
Cyganów, Żyd i lesbijka. Mieli różne poglądy polityczne, także skrajnie
prawicowe. Niektórzy nienawidzili Cyganów lub byli antysemitami. Wszyscy
mieli się zmieścić na pokładzie Lisunova Li-2 z 1949 roku i wspólnie
odbyć lot nad Budapesztem. Ale kiedy tylko oderwaliśmy się od ziemi,
zaczęło nami gwałtownie rzucać. Wszyscy potwornie się bali. Tym, co nas
naprawdę wówczas połączyło, był strach przed katastrofą. I tak pewnie
jest zawsze. Przestrzenie publiczne są z natury niestabilne, podlegają
na naszych oczach przekształceniom i są przedmiotem bezwzględnej walki o
dominację. Nie uważam jak Mouffe, że walka o hegemonię odbywa się
jedynie w ramach dyskursu politycznego. Jest wiele dziedzin ludzkiego
życia, gdzie toczy się walka o hegemonię i gdzie kształtuje się nasze
trudne współistnienie. W próbie ustanowienia przestrzeni agonicznej
pożądana jest nie tyle harmonia, ile możliwość wielości. Chodzi o to,
żeby ludzie byli stale przygotowani na trudną obecność innych ludzi,
których nie rozumieją. Stworzenie sytuacji takiej gotowości jest jednym z
fundamentalnych zadań sztuki. Taka gotowość to stan umysłu, ale też
pewien stan somatyczny. Jestem przekonana, że ludzie nie muszą ani
negocjować, ani rozumieć natury różnicy między nimi. Nie wierzę w
konsensus ani w celowość użycia języka werbalnego w ustanawianiu
relacji. Sądzę, że droga do współistnienia prowadzi przez ciało, przez
porzucenie rytualnych formuł, zniekształcających nasz wzajemny stosunek.
Pracuję nad tym, żeby - choć na krótko - nasze bycie ze sobą stało się
nagie, bezbronne, niezręczne.
Tylko że w Polsce sprawnie buduje się hierarchie, dzieli się ludzi,
segreguje, wyklucza - najczęściej do tego nam służą różnice. Rzadziej
zaś do tego, by z zainteresowaniem przyglądać się „innemu”. Może efektem
będzie lokalna hegemonia białych Słowian, zjednoczonych pod godłem
Chrystusa Króla?
To ja wtedy wyjadę. Brzydzę się ekskluzywnym monopolem na polskość
białą, katolicką i jednowymiarową, tak zwaną polskość „normalną”. Chcę
Polski z akcentem, pulsującej, różnorodnej, z poczuciem
odpowiedzialności za wydarzenia na Bliskim Wschodzie, w Serbii i w
Boliwii. Nie chcę Polski zaściankowej, zafiksowanej na rozgrywkach
lokalnych kacyków. Chcę sąsiadów z Iranu, Afganistanu i Jemenu, chcę,
żeby nie musieli wiedzieć, kim jest Roman Giertych. Chcę, żeby w Polsce
były minarety, meczety, synagogi, świątynie hindu i ich wyznawcy. Wiesz,
jak nas nazywają na Ukrainie? Amerykańskie walonki. Myślę, że tak
właśnie jest. W tych walonkach nie zajdziemy daleko.
I żeby mieć taką Polskę, jakiej chcesz - niebojącą się Islamu,
nietwierdzącą, że Arabowie wysysają religijny fanatyzm z mlekiem matki,
zaproponowałaś przebudowę fabrycznego komina na minaret. Jak to się
zaczęło - jak zwykle od wizji?
Tak, od wizji, choć lepszym słowem byłoby przywidzenie, które sugeruje
obecność pomyłki, przypadku. Tak było w przypadku palmy. Wpatrywałam się
w pocztówkę, którą znaleźliśmy kiedyś na Starym Mieście w Jerozolimie.
Była tam spieczona ziemia, wzgórek, skarlała palma i podpis
„Pozdrowienia z Hebronu”. Obrazek z pocztówki nałożył mi się na widok
Ronda de Gaulle’a w Warszawie. Gdzieś w tle działała toksyczna energia
konfliktu etnicznego i moja niemożność poradzenia sobie z nim, co w
końcu wyprodukowało wizję - czyli warszawską palmę. Podobnie było z
minaretem. Przyjechałam wtedy do Poznania wprost z Dżenin, gdzie każdy
dzień jest próbą przetrwania izraelskiej okupacji. I nagle zamiast
starego fabrycznego komina zobaczyłam wieżyczkę, kamienne okładziny,
kute balustrady. Jak u Słowackiego po jego podróży na wschód: „Jeszcze
widzę przed oczyma / Róże, palmy, wieże, gmachy…” . Takich
przywidzeń nie należy lekceważyć. Czy projekt minaretu powstał dlatego,
że myślałam wtedy o rosnącej nienawiści do muzułmanów, o tym, że polski
antysemityzm w sposób zadziwiająco łatwy objął swoją niechęcią Islam? Te
przywidzenia są, zdawałoby się, tak poboczne, niemal na granicy
świadomości, że wymagają czujności. To jest wysiłek podobny do tego,
który towarzyszy próbie zapamiętania snu.
Na twoje działania, na twoje interpelacje padają wyraziste
odpowiedzi. Ludzie siedzą nad oczkiem wodnym Dotleniacza, a
później bronią go przed likwidacją. Szwedzi z małego miasteczka chcą
budować razem z tobą sztuczny wulkan. Może kiedyś Poznaniacy, i w ogóle
Polacy, będą bronić minaretu. Kim ty jesteś, że tak ci ulegają? Jak
można opisać „metodę Rajkowskiej”?
Nie mogę patrzeć, jak łatwo ludzie poddają się niemocy, słodkiej
niemożności. Nic mnie nie rozsierdza bardziej niż społeczna impotencja,
która zawsze kończy się wzajemną niechęcią i toksyną, bo innych
obarczamy winą, za to, że jest, jak jest. Więc chcę, żeby ludzie
chcieli. Jak to robię? Szamańskimi metodami chcę społecznikować. Brzmi
to pretensjonalnie, ale kiedy patrzę trzeźwo na swoje działania, to
widzę, że najskuteczniejsze wizje powstają w wyniku pracy - w konkretnym
miejscu - z własnym ciałem. Muszę jednak zachować dyscyplinę i
świadomość celu. Tak więc idę w pewne miejsce i staram się być czujna
wobec własnych, instynktownych reakcji - jest to pewien stan uważności.
Trzeba się wsłuchać we własne ciało. Potem próbuję sytuację odtworzyć
tak, aby inni też mogli się w niej znaleźć: tworzę miejsce, buduję jakiś
obiekt albo organizuję warsztaty z ludźmi.
Wizja to może nie najlepsze słowo, bo są to różnego rodzaju próby
symulacji. Cel jest jeden - uruchomienie społecznej mocy. Jest to
ryzykowne, bo uruchamiane są niestety wszelkie moce.
Sztuka dla większości widzów i krytyków to zadawanie pytań. Zgoda -
ale czy, my artyści, oczekujemy odpowiedzi? Czy owe pytania zadajemy
konkretnym, zdefiniowanym podmiotom? Akurat tobie się to zdarzało. Twoje
prace to pytania zadawane lokalnym społecznościom i decydentom - słabym
i silnym aktorom pola władzy. O co pytałaś i jakie otrzymywałaś
odpowiedzi?
Zazwyczaj pytam o możliwość zajęcia pewnego konkretnego terenu, gdzie
projekt będzie realizowany. Taki wniosek zawsze pojawia się przy
realizacji projektów publicznych i jest męką dla lokalnych decydentów.
Wywołuje straszliwy zamęt i próby uniknięcia odpowiedzialności za
ewentualną społeczną inicjatywę uruchomioną „przekazaniem” terenu. Bo
faktycznie nie jest to zajęcie terenu, a kwestia przeniesienia władzy
nad przestrzenią publiczną na artystę. Decydenci odpowiedzialni za tego
rodzaju decyzje, np. ci zasiadający w zarządach terenów publicznych
zrobią wszystko, żeby przestrzeń publiczna nie podlegała przemianom,
żeby zachowywała status quo. Kiedy czytam komentarze komisji konkursowej
SARP-u z Poznania, która uznała za stosowne skomentować projekt
postawienia minaretu, to widać, że czai się tam strach przed utratą
władzy symbolicznej. Zdaniem komisji realizacja „jest obca kulturowo,
nakłada się na osie widokowe w kierunku na katedrę i na pobliski budynek
dawnej synagogi, może być odebrana jako prowokacja o charakterze
religijnym, może być odebrana jako próba ośmieszenia symbolu religijnego
- minaretu, poprzez jego realizację na kominie przemysłowym,nie posiada
żadnych istotnych walorów artystycznych związanych z wydarzeniami
kulturalnymi miasta Poznania”. [komunikat wydany przez Sąd Konkursowy SARP-u].
Ja oczekuję zdecydowanie innych odpowiedzi. Chcę, żeby dzielono się ze
mną władzą symboliczną. Chcę, żeby ze mną o tym rozmawiano. Uważam, że
jako obywatelka mam do tego prawo. Moim obowiązkiem jest następnie
przekazanie tej władzy lokalnej społeczności. Taki ze mnie damski Robin Hood.
Lokalni decydenci różnych szczebli boją się też utraty pracy. A ja byłam
wielokrotnie powodem tego strachu. Tak było np. przy realizacji
Pozdrowień z Alej Jerozolimskich. Ale najgorsi są prywatni
właściciele terenu. Tacy jak Balticgruppen AB, która posiada tereny na
wzgórzu Hamrinsberget w Umeå, w Szwecji. Budowa wulkanu na czubku
Hamrinsberget mogła pokrzyżować plany postawienia tam hotelu. Wszelkie
próby kontaktu spełzły na niczym. Nikt ze mną nie rozmawiał, nie odpisał
ani na e-mail, ani na list. Zbyli mnie. Co ciekawe jeden z właścicieli
Balticgruppen AB ufundował w tym samym mieście park rzeźby. Sztuka,
której wytycza się zamknięty teren, jest jak zwierzę na wybiegu - może
dobiec tylko do płotu, więc nie ukąsi. Tu właśnie tkwi podstawowa
różnica między oddziaływaniem sztuki publicznej i sztuki opatrzonej
tabliczką „uwaga, sztuka!” Jeśli działania artysty niepostrzeżenie
wykraczają poza przynależny jej teren, jakim jest galeria, muzeum czy
nawet park rzeźby, i zaczynają w niepokojący sposób mieszać się z
rzeczywistością, kiedy granice jej oddziaływania zaczynają być rozmyte,
wtedy sztuka zaczyna być niebezpieczna.
A inni aktorzy… Może to brzmi zaskakująco, ale ja często nie rozmawiam
z mieszkańcami przed realizacją projektu. Rozmowy o tym, co ma powstać,
są zazwyczaj piekłem, bo projekt nie ma formy, a to ona decyduje jednak
o odbiorze - brak mu kształtu, koloru, skali. Ludzie zaczynają
precyzyjnie reagować dopiero po fakcie. Zaczynają wsłuchiwać się,
przyglądać, chłonąć.
Często działasz poza galerią. Umieszczasz swoje prace na miejskich
placach, w rzekach, pasożytujesz na istniejących budynkach, próbując
zmieniać ich przeznaczenie, kładziesz się na ulicach obcych miast. Takie
działanie zamienia ulicę w galerię, a przechodniów w widzów. Ale czy
faktycznie wystarczy umieścić sztukę na ulicy, by ludzie ją zobaczyli?
Czy nie jest tak, że aby zobaczyć Dotleniacz, trzeba było wybrać
się na Plac Grzybowski, jak do galerii? Czy galeria nie jest po prostu
sposobem, w jaki organizujemy uwagę patrzących? Jak ty organizujesz ich
uwagę?
Galeria to specyficzny sposób organizowania percepcji. Ale nie jest to
kwestia wyboru lokalizacji - idę do galerii lub na Plac Grzybowski. Jest
to fundamentalnie różny rodzaj doświadczenia. Galeria to przestrzeń, w
której konteksty są wyciszone, jakby ktoś wcisnął przycisk „mute”. Nie
ma nic - wszyscy czekają na przekaz artysty, którego utwór w kompletnej
ciszy rozbrzmiewa pełnym głosem. Nie ma zniekształcającego utwór szmeru.
Przestrzeń publiczna to hałas, pełen konkurujących głosów,
przypadkowych dźwięków, odgłosów i pogłosów, szumów, zlepów, ciągów.
Jeśli decydujesz się na wtargnięcie w taką przestrzeń, to zachowujesz
się jak nieudolny dyrygent, dyletant od muzyki eksperymentalnej. Jedyne
co można zrobić, to współbrzmieć i sprawić, żeby nagle wszystko gadało
ze sobą. Jest to więc inna muzyka, inna bajka. Choć myślę, że jedno bez
drugiego nie może istnieć, bez solistów nie zrozumiemy tych, co próbują
organizować dźwięki w tle. I odwrotnie.
Ponowię pytanie: jak ty organizujesz uwagę patrzących, żeby te rzeczy
zobaczyli? I rozwinę je - zrobiłaś kiedyś wystawę zatytułowaną Siłą
rzeczy. Więc siłą rzeczy można efektywnie działać - jak to się robi?
Rzeczy, których używam lub które konstruuję, nie są ważne same w sobie.
Ich istota zawarta jest w sposobie, w jaki istnieją wobec innych rzeczy.
Jak oddziałują wizualnie, dźwiękowo, zapachowo na swoje otoczenie, jak
je zmieniają. Używam ich jak rekwizytów, tak aby, powiedzmy, fragment
miasta stał się scenografią dla krótkiego „filmu”. Słowem „film”
określam naszą, zmienioną pod ich wpływem percepcję danego miejsca.
Potem te rzeczy stają się fetyszami sztuki, nabierają kolejnych znaczeń.
Zasadą ich istnienia jest różnica, one są po prostu fundamentalnie inne
niż to, co naokoło. I dlatego są tak dobrze widzialne. Ale ich inność
nie jest OBCA, jest raczej EGZOTYCZNA. To, co przedstawiam jako projekt,
wydaje się widzom obce, a po zrealizowaniu staje się dla nich
egzotyczne. Podobnie będzie pewnie z minaretem, który właśnie przechodzi
„fazę obcości”. Pytasz o efektywność, więc to jest właśnie ów proces, w
którym to, co obce, staje się pożądane.
Sądzę, że wykorzystujesz czasem pewien dobrze znany język - kiczu. W
dodatku konformistycznego kiczu. Taki przecież był Dotleniacz -
sielankowy staw, ławeczki, roślinność. Uważam, że to wydajny język -
kicz jest estetyką znaną chyba wszystkim, rodzajem esperanto. Dotleniacz
miał uwodzić i uwodził. Czy konformizm się przydaje - czy może być
sposobem działania w sztuce?
Z pewnością jest sposobem uwodzenia. Moja miłość do kiczu jest
nieskończona. Mam dużo gorszą skłonność - lubię rzeczy w złym guście.
Dlatego, że są bezbronne i często zdradzają naturę swoich właścicieli. W
przeciwieństwie do rzeczy cool, które zazwyczaj są zgrabnym
parawanem ludzkich ułomności, rzeczy w złym guście nie potrafią niczego
ukryć. Palmy, spluwaczki, rydwany, bambusy, nietoperze, złoto, srebro,
ostrygi, stawy i wulkany, całe to imaginarium pochodzi z mieszczańskiej
kamienicy. Są to projekcje marzeń o lepszym życiu, o podróży do ciepłych
krajów, zaklęcia rzeczywistości, wykładniki wątpliwego statusu. Mam do
tego potworną słabość. Ale tylko wtedy, kiedy udaje mi się te zakurzone
bibeloty rzeczywiście upublicznić i zdemokratyzować, kiedy zaczynają
funkcjonować jako wehikuły wspólnych marzeń, kiedy nagle możemy się
razem znaleźć pod palmą czy w wulkanie. Nie zapominaj, że pochodzę z
rodziny mieszanej: ojciec - zamożny dentysta, matka - uboga
intelektualistka. Moja matka wyrzuciłaby to wszystko przez okno, ale ja,
ponieważ ojciec nas zostawił, ja to wszystko pokochałam. Każda wizyta w
domu dziadków, dotknięcie dębowego mebla czy figurki palmy z kości
słoniowej było dogłębnym przeżyciem. Opowieści o rozrzutnym pradziadku
szulerze, o podróżach na Majorkę i ruletce w Monte Carlo były dla mnie
częścią dziedzictwa, od której mnie odcięto. Używam tego teraz tak
rozrzutnie, jak pradziadek tracił kasę grając w pokera. Nie muszę się
specjalnie gimnastykować, żeby używać kiczu. On we mnie jest.
Gdy w 1945 roku zapytano Picassa „Kim jest artysta?” udzielił takiej
oto odpowiedzi: „Półgłówkiem, który ma tylko oczy - jeśli jest malarzem,
uszy - jeśli jest muzykiem, albo lirę na wszystkich szczeblach serca -
jeśli jest poetą, albo tylko mięśnie - jeśli jest bokserem? Wręcz
przeciwnie, jest równocześnie istotą polityczną, bez przerwy czujną na
wydarzenia tego świata - rozdzierające, namiętne lub spokojne; jest
istotą, która każdą swoją część formuje na podobieństwo tych wydarzeń.
Jak mógłby zatem pozostawać obojętny wobec życia innych?”. Jaka jest
twoja odpowiedź na to pytanie?
Artystka jest sejsmografem. I szamanem, jak da radę.
Nie wykpisz się - choć wiem, że to niełatwa odpowiedź. Sejsmograf
jeszcze ujdzie, ale szaman? Szamani, owszem, mieli umiejętności leczenia
czy uzdrawiania. Ale żyli na marginesie swojej wspólnoty, często poza
wioską, żebrali, bywali to ludzie chorzy lub upośledzeni, otoczeni
pogardą. Używano ich w okresach kryzysu wspólnoty, gdy pojawiały się
sytuacje przerastające jej zdolności pojmowania: kataklizmy, załamania
pogody, susze, epidemie, choroby zwierząt. Później zostawiano ich swemu
losowi. Więc mi się ta szamańskość artystów nie podoba, ponieważ nie
podoba mi się związana z tym izolacja i dystans. Wolę inne koncepcje -
bardziej umocowane w zachodniej racjonalności. Może działanie artystki
jest czymś w rodzaju psychologicznej terapii krótkoterminowej - może
sztuka pozwala ludziom pracować na poziomie nieświadomym nad tymi
problemami, nad którymi nie są jeszcze gotowi pracować świadomie. Ty
sama używasz do opisu swoich poczynań raczej nie szamańskiego języka. A
więc?
Żadnej terapii. Jeśli mamy używać porównań medycznych, to ja jestem od
wywoływania gorączki, tego stanu, w którym organizm może bronić się sam.
Nie jest tak, że mamy jedynie dwie płaszczyzny rozwiązywania problemów -
świadomą i podświadomą. Gdyby tak było, ludzkość byłaby niesłychanie
uboga. Ale nie oznacza to również, że wierzę w ożywioną naturę
przedmiotów, w duchy ziemi, kamieni czy rzek, w żmije ogniste, kłobuki,
atwory i raraszki. Używam nieszamańskiego języka, próbując zrozumieć, co
robię, ale to, co robię, nie jest wynikiem racjonalnych przemyśleń.
Nasza wiedza o świecie płynie również ze źródeł, które nie do końca
jesteśmy w stanie zrozumieć. Stoisz na przykład w Warszawie na ulicy
Żelaznej, przed tobą rozciąga się widok na bloki i ostańce kamienic z
getta i chłoniesz to wszystkimi możliwymi zmysłami, całym ciałem, w ruch
idzie cała pamięć, również ta, nad którą nie masz kontroli: powidoki,
strzępy wrażeń, rozmów, obrazów. Wszystko to jest uwalniane, jak za
naciśnięciem guzika. To jest nie tylko podświadomość. Pamięć jest też w
ciele, w rękach i nogach, w brzuchu. Myślę, że szamaństwo może również
polegać na umiejętności reagowania na tego rodzaju stan. Można zacząć
delikatnie się temu przyglądać, czerpać garściami z raz uruchomionej
siły. Ważne jest też żeby ją racjonalnie skanalizować.
Tak więc słowa szaman, używam jako pewnej metafory. Każda społeczność
potrzebuje szamana, jeśli go nie ma - choruje. Szaman jest w samym
centrum grupy. Nawet jeśli jest trochę outsiderem, to jego pozycja
społeczna jest bardzo wysoka. A że społeczeństwo pozostawia szamanów
swojemu losowi? No cóż, tak już jest.
Opowiedz proszę o tym filmie zrobionym w Świeciu nad Wisłą. Twoja
mama była tam jakiś czas w szpitalu - kilka lat temu zmarła. Pojechałaś
do tego miasta i chodziłaś jego ulicami ubrana tak, jak ona. Ktoś cię
zatrzymał, wezwał pogotowie - odwieziono cię do szpitala
psychiatrycznego, w którym kiedyś przebywała twoja mama. Nie wyglądałaś
dobrze. Co się tam z tobą działo?
Wynicowałam się… Musiałam to zrobić. Mama, kiedy przywieziono ją do
szpitala, była jeszcze przez parę dni świadoma. Jeszcze miała bystre,
podejrzliwe oczy. Nigdy nie zapomnę tego widoku - weszłam do sali, a ona
tam stała, chudziutka, w wielkiej piżamie, z torebką kurczowo
przyciśniętą do piersi. Już było w niej coś zupełnie obcego, ta choroba
była demoniczna, komórka po komórce odbierała jej osobowość. Wokół były
kobiety z syndromem dziewicy Maryi, z potrójną osobowością - piekło po
prostu.
Mama chciała wyjść. Rozpruwała fotele i demontowała stoły. Robiła z
otoczeniem to, co choroba robiła z nią, w jakiejś przerażającej
samotności. Bo choroba psychiczna to przede wszystkim niewyobrażalna
samotność. Szczególnie kiedy wiesz, że jeszcze przed chwilą byłeś kimś
innym, że nie masz nad sobą kontroli, ale zachowujesz resztki
świadomości. W takim stanie mama trafiła do Świecia.
Więc trzeba było wyjść z tego piekła. Dopóki stałam przed szpitalnym
pawilonem, było źle - tego nie ma w filmie. Nie było jej! Nie miałam w
sobie żadnej dziury, przez którą mama mogłaby wejść. Więc trzeba było
taką dziurę zrobić. Jak już weszłam do rzeki, to wiedziałam, że się
zaczęło, że jestem tylko pojemnikiem, że opanowała mnie kompletnie.
Tyle.
Liverpool - Londyn - Jersey - Sheffield - Warszawa
listopad 2009 - styczeń 2010
Rozmowa pochodzi z książki Rajkowska. Przewodnik Krytyki Politycznej,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010. Przedruk ukazał się również na stronie Obieg.pl.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...