|
Magdalena Błędowska, Krytyka Polityczna: Przed nam druga tura wyborów prezydenckich. Możliwe, że o jej wyniku przesądzą głosy głosy ludzi o lewicowych poglądach, w tym tych prawie czternastu procent wyborców, którzy poparli Grzegorza Napieralskiego. Co zrobisz 4 lipca?
Michał Syska: Mam dylemat – nie wiem, czy iść i skreślić obu kandydatów, czy zostać w domu. Zastanawiam się, która z tych decyzji będzie miała większe znaczenie symboliczne.
Pojawiają się głosy, że to rodzaj kapitulanctwa. Albo że każda z tych opcji – oddanie głosu nieważnego albo niepójście na wybory – de facto oznacza poparcie Kaczyńskiego.
Nie dajmy się zaszantażować. Świadome skreślenie obu kandydatów albo świadoma rezygnacja z wyborów to wyraz obywatelskiej postawy. Mam lewicowe poglądy, a ani Komorowski, ani Kaczyński nie są w jakikolwiek sposób bliscy lewicy. Ich wizje prezydentury niczym specjalnie się nie różnią i według mnie są równie szkodliwe dla Polski. Postąpię więc zgodnie z własnym sumieniem.
A nad czym właściwie się zastanawiasz? Jaka jest różnica między tymi dwiema formami odrzucenia proponowanego nam politycznego wyboru?
Gdyby środowiska lewicowe zmobilizowały się wcześniej i przeprowadziły przed drugą turą zorganizowaną kampanię na rzecz oddania nieważnego głosu, taki ruch miałby większy polityczny sens. Lewica dzięki tym nieważnym głosom mogłaby się w pewnym sensie policzyć. Tak się nie stało, a nie chciałbym, żeby skreślenie Kaczyńskiego i Komorowskiego pozostało czymś niezauważonym, tłumaczonym niedoinformowaniem wyborców czy zwyczajną pomyłką. Tak więc być może ważniejszym symbolicznie i politycznie gestem jest pozostanie w domu i obniżenie frekwencji. To może być istotny sygnał dla polityków.
Sygnał czego?
Tego, że obaj kandydaci, którzy znaleźli się w drugiej turze, reprezentuję to samo spektrum poglądów i są niereprezentatywni dla dużej części polskiego społeczeństwa.
Myślisz, że relatywnie dobry wynik Napieralskiego jest w jakimś stopniu manifestacją odrzucenia tego dwubiegunowego podziału naszej sceny politycznej?
Tak, Napieralskiemu udało się zmobilizować nie tylko tradycyjnych wyborców SLD. Jak pokazują badania struktury jego elektoratu, zagłosowali na niego także ludzie, którzy nigdy Sojuszu nie wspierali i do tych „żelaznych” wyborców się nie zaliczają. Najprawdopodobniej nie znaleźli nic dla siebie w politycznej ofercie obu kandydatów prawicy i wybrali Napieralskiego po prostu dlatego, że był niekonserwatywny – nie nawiązywał do tradycji, historii, narodowej martyrologii czy szlacheckiego pochodzenia. Starał się raczej mówić o przyszłości i sprawach społecznych, był też konsekwentny w kwestii stosunków państwo – Kościół. To mogło być decydujące dla młodych ludzi, także dla tych niezbyt interesujących się polityką.
Swoją postawę czwartego lipca motywujesz tym, że Kaczyńskiego i Komorowskiego właściwie nic nie różni. Tymczasem główne media mocno forsują tezę, że różnice dzielące kandydatów są diametralne i stoimy przed zasadniczym wyborem: dwóch Polsk, dwóch wizji przyszłości i rozwoju.
Gdybym rzeczywiście miał szukać różnic między nimi, to miałyby one raczej charakter estetyczny, a nie polityczny, i dotyczyły nawet nie samych kandydatów, tylko ich elektoratów. Wiadomo, że za Komorowskim są lepiej wykształceni mieszkańcy dużych miast, a za Kaczyńskim między innymi słuchacze Radia Maryja.
Jesteś pewien, że wybór między Kaczyńskim i Komorowskim rozgrywa się wyłącznie w sferze estetyki? Może jednak mamy tu do czynienia z ważną symboliczną stawką, która zawsze przekłada się na realne działania i nasze życie. Czy nie jest tak, że głosowanie na Kaczyńskiego oznacza opowiedzenie się za polityką represyjną w metodach, a katolicko-narodową w treści, podczas gdy Komorowski, przy wszystkich zastrzeżeniach, zapewnia obronę podstawowych demokratycznych wartości? Może opatrywanie tego etykietką „różnicy estetycznej” to bagatelizowanie istotnego problemu.
To przejdźmy do faktów: na poziomie decyzji politycznych jedyna realna różnica między nimi dotyczyła rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych. Kaczyński był za, a Komorowski przeciw. Patrząc z perspektywy moich wartości, to jest kompletnie nieistotne.
A in vitro czy pomysły zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej?
Wbrew temu, co pisze na przykład w „Gazecie Wyborczej” Dominika Wielowieyska, Jarosław Kaczyński nigdy nie głosował za projektem karania za in vitro ani nie popierał pomysłu wprowadzenia zakazu aborcji do konstytucji. Dlatego Marek Jurek musiał odejść z Prawa i Sprawiedliwości. Przypomnijmy natomiast, że projekt Jurka poparli niektórzy parlamentarzyści Platformy Obywatelskiej. Obaj, Komorowski i Kaczyński, są za zachowaniem status quo w kwestiach obyczajowych w Polsce. Obaj popierają restrykcyjną ustawę antyaborcyjną i obaj są przeciwnikami związków partnerskich. W sprawie in vitro Kaczyński mówi, że jest katolikiem i trzeba szukać kompromisu, a Komorowski stwierdza, że nie wolno odbierać ludziom prawa do szczęścia, nie deklarując przy tym nic konkretnego, na przykład poparcia dla projektu zgłoszonego przez organizacje kobiece, który gwarantuje refundowanie zabiegów przez państwo. Do tego obaj byli za wysłaniem polskich wojsk do Iraku i Afganistanu. O jakich różnicach w warstwie światopoglądowej czy symbolicznej mówimy? I jeden, i drugi mają w swoim zapleczu polityków narodowo-katolickich, bo przecież Jarosław Gowin i Stefan Niesiołowski to członkowie Platformy Obywatelskiej.
No właśnie – podajesz przykłady poglądów czy konkretnych głosowań obu kandydatów, a może trzeba popatrzeć na całe formacje polityczne, które za nimi stoją. Sam Komorowski jest konserwatywny, ale czy Platforma jako taka nie gwarantuje jednak zachowania pewnych liberalnych swobód, istotnych także dla lewicy?
PO nigdy nie poparła żadnego lewicowego postulatu ze sfery wolności osobistych czy praw człowieka. Gdy parlamentarna lewica mówiła o zagrożeniach związanych z powołaniem CBA, nie powstrzymało to Platformy przed poparciem tego pomysłu. Koncepcję szarpnięcia cuglami polskiej demokracji sformułował Jan Rokita. Notabene Komorowski należał kiedyś razem z nim do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego.
A nie przemawia do ciebie modernizacyjny potencjał Platformy w sferze polityki gospodarczej i społecznej? To jest partia, która stworzyła projekt zmian i reform na najbliższe dwadzieścia lat. Zawiera go raport „Polska 2030” Michała Boniego.
Podstawowy problem nie dotyczy tego, czy jakaś partia jest w ogóle za „modernizacją”, bo to nic nie znaczy – tylko jaki model tej modernizacji forsuje. PO prezentuje neoliberalizm nowej generacji. Nie używa już języka Balcerowicza, tylko właśnie Boniego, ale to jedyna różnica. W tym sztandarowym dla modernizacji spod znaku PO dokumencie, czyli raporcie „Polska 2030”, mówi się wprost o prywatyzacji służby zdrowia, urynkowieniu większości usług publicznych, selektywnym modelu świadczeń społecznych i deregulacji prawa pracy. To nie jest żadna modernizacja, to konserwowanie nierówności społecznych czy wręcz regres cywilizacyjny. Nie będę więc wspierał w tym PO i nie zapiszę się do Ludowego Frontu na Rzecz Modernizacji. Mówiąc obrazowo: tak naprawdę obie partie, PO i PiS, są w stanie zapewnić tę przysłowiową ciepłą wodę w kranie. Tyle że obie zapewnią ją tylko bogatym. Platforma powie, że to naturalne i tak powinno być, kto tego nie rozumie, ten nie jest nowoczesny, a tak w ogóle to kochajmy się. PiS powie, że nie ma ciepłej wody dla biednych, bo zadziałał układ albo inne wrogie siły. Tymczasem modernizacja, którą wspiera lewica, polega na tym, że ciepła woda w kranie jest dla wszystkich.
Domyślam się więc, że nie przemawiają do ciebie deklaracje ludzi o lewicowych poglądach, że zagłosują na Kaczyńskiego z uwagi na prosocjalny rys, który pojawia się w jego retoryce.
Nie, bo Kaczyński od początku transformacji popierał wszystkie neoliberalne rozwiązania. Porozumienie Centrum nie negowało reform Balcerowicza, także jako premier Kaczyński realizował tego typu ekonomiczne i społeczne koncepcje. Bardziej bym zrozumiał, gdyby ludzie lewicy zagłosowali na Lecha Kaczyńskiego, bo on faktycznie miał w sobie autentyczną wrażliwość społeczną, specjalizował się w prawie pracy i był związkowcem z krwi i kości. Jarosław Kaczyński używa retoryki socjalnej tylko na użytek kampanii wyborczej. Już zresztą zapowiedział, że chciałby, żeby Zyta Gilowska, autorka najbardziej radykalnej liberalnej koncepcji 3 x 15, była jego doradczynią. To znana strategia populistyczno-prawicowych partii w Europie – są neoliberalne w programach, a za pomocą socjalnej retoryki mobilizują elektorat, który jest w jakiś sposób poszkodowany przez wolny rynek. Kaczyński już na początku transformacji mówił, że trzeba zagospodarować gniew rozczarowanych. Stąd wzięły się postulaty dekomunizacji czy lustracji.
To dlaczego niektórzy lewicowcy się na to łapią? To jest kwestia jakiejś przekory wobec tego medialnego naporu, z jednej strony demonizującego Kaczyńskiego, a z drugiej ośmieszającego jego elektorat?
Właściwie nie znam ludzi o lewicowych poglądach, którzy bez wahania deklarują, że na niego zagłosują.
Sondy na niektórych lewicowych portalach pokazują, że można takich znaleźć.
Wydaje mi się, że jest to emocjonalna reakcja na mobilizację medialno-biznesowych elit przeciwko Kaczyńskiemu. Elit, które nie potrafiły i nadal nie potrafią zrozumieć, skąd się wzięły sukcesy PiS-u. Według nich jedynym sposobem na prawicowy populizm są egzorcyzmy z cyklu „trzeba powstrzymać faszyzm”. Nie są natomiast w stanie sformułować autokrytycznej refleksji na temat własnych działań i oceny przemian ustrojowych w Polsce. Do tego dochodzi rodzaj więzi z elektoratem Kaczyńskiego – rozumiem osoby o lewicowej wrażliwości, którzy identyfikują się raczej z poszkodowanymi transformacji niż jej beneficjentami.
Czyli zgodziłbyś się z tezą, że główne liberalne media w Polsce, tak bardzo starając się powstrzymać Kaczyńskiego, de facto pracują na jego zwycięstwo?
Tak, bo ostra polaryzacja na obóz Platformy i PiS-u wzmacnia partię Kaczyńskiego. To podtrzymywanie fałszywej opozycji między prawicą liberalną i populistyczną. Dlatego dziwi mnie postępowanie tych wszystkich, którzy są zainteresowani budowaniem lewicowej alternatywy czy jakiegoś trzeciego języka politycznego, że wpisują się w tę grę, nawołując do poparcia Komorowskiego. Nie ma nic bardziej demobilizującego i szkodliwego, jeśli rzeczywiście ma się takie cele. To niszczenie własnymi rękami społecznego potencjału, który objawił się w pierwszej turze. Działanie przeciwskuteczne, bo oznacza dolewanie paliwa do politycznego sporu, który być może zaczął powoli wygasać. A tak nadal będzie blokował powstanie jakiejkolwiek liczącej się lewicowej siły.
Ci, którzy to robią, argumentują, że przy prezydencie Komorowskim lewicy będzie łatwiej wyartykułować czytelny sprzeciw wobec liberalnych rozwiązań w sferze gospodarki i życia społecznego. Zwycięstwo Kaczyńskiego i PiS-u oznacza natomiast przejęcie antyliberalnych postaw przez narodowo-katolicką prawicę i zawłaszczenie części lewicowych postulatów, co zresztą już się dzieje.
Oczywiście, że formacja lewicowa z prawdziwego zdarzenia powinna być alternatywą dla liberalnej Platformy i jednocześnie neutralizować PiS, czyli odbierać mu monopol na wyrażanie frustracji czy lęków związanych z przemianami w Polsce i przeobrażeniami współczesnego kapitalizmu. Musi umieć zagospodarować gniew rozczarowanych na sposób demokratyczny. Ale nie widzę powodu, dla którego należałoby zaczynać proces budowania lewicowej alternatywy od poparcia Komorowskiego. Mamy sobie sami wybrać wroga, z którym potem będzie nam łatwiej walczyć? To przekombinowane i – powtarzam to po raz kolejny, bo to ważne – niezwykle demobilizujące. W dodatku nie wiadomo, jaką taktykę obierze Kaczyński, jeśli wygra, czy rzeczywiście stanie się punktem odniesienia dla oporu wobec liberalnych rozwiązań. Już dziś mówi się o powrocie do koncepcji PO-PiS-u, a Kaczyński wykonał na użytek tej kampanii wiele pojednawczych gestów. Pewnie do wyborów parlamentarnych pozostałby opozycyjny wobec Platformy, co jest oczywiście trudnym wyzwaniem dla lewicy. Ale głosowanie na jedną prawicę, bo drugą ciężko będzie pokonać, to okazywanie słabości. Lewica z prawdziwego zdarzenia powinna być zdolna odróżnić się zarówno od PO, jak i PiS.
A w czym widzisz nadzieję na powstanie takiej lewicy w Polsce?
Przez dwadzieścia lat wykształciły się w naszym kraju trzy podziały społeczno-polityczne. Pierwszy ma charakter kulturowy i obejmuje liberałów czy modernizatorów oraz tradycjonalistów. Jest to związane ze sprawami obyczajowymi, stosunkiem do Kościoła i integracji europejskiej. Drugi podział jest historyczny, wynika z oceny tego, co się działo w Polsce przed 1989 rokiem, i przebiega między antykomunistami oraz postkomunistami. Wreszcie trzeci podział odnosi się do kwestii społeczno-ekonomicznych, wyróżniając z jednej strony tych, którzy opowiadają się za aktywną rolą państwa, a z drugiej strony tych, którzy są za liberalnym modelem gospodarczym ze słabym państwem. Do tej pory dominowały dwa pierwsze podziały – to one wyznaczały linie sporu i porządkowały system partyjny. SLD na przykład bazował na podziale historycznym i kulturowym. Był postkomunistyczny i proeuropejski, co nie wymagało wielkiego wysiłku intelektualnego, za to zapewniało glosy. Obecny klimat w Polsce, na który składają się też zmiany pokoleniowe, wskazuje, że coraz większą rolę będzie odgrywał ten ostatni podział, choć kulturowy nadal jest ważny. To interes ekonomiczny czy kwestia dostępu do usług publicznych będą coraz częściej decydować o wyborach ludzi w Polsce, zwłaszcza w czasach kryzysu i przekształceń kapitalizmu, kiedy nawet klasa średnia traci poczucie bezpieczeństwa. Tak więc otwiera się pole dla lewicowych postulatów ekonomicznych i społecznych. Pytanie, czy jakaś partia będzie umiała je sformułować.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...