|
Michał Stangret, „Metro”: Co tak naprawdę zrobił wczoraj premier Tusk?
Michał Sutowski, Krytyka Polityczna: Uciekł przed ludźmi, którzy chcą protestować, i którzy mają do tego święte prawo. Politycy na całym świecie rozumieją, że protesty z okazji politycznych spotkań i uroczystości są naturalne. Wiedzą też, że manifestacje planowane nawet jako pokojowe, mogą wymknąć się spod kontroli. I nikt nie robi z tego problemu. Jeśli ktoś łamie prawo, to są odpowiednie siły, które mają za zadanie interweniować.
To dlaczego premier to zrobił?
Ja w jego słowach słyszałem komunikat do społeczeństwa: „Zobaczcie, jacy ci związkowcy są potworni. Muszę z naszym wspólnym świętem uciekać aż do Krakowa, bo oni nie dają nam świętować”. To było demonizowanie związkowców w oczach społeczeństwa. Rządowi wygodnie jest klasyfikować ich jako anarchistów i rozwydrzonych oszołomów. Wtedy nie musi z nimi dyskutować. A można było powiedzieć związkowcom: zdecydowaliśmy się wam zaufać, wierzymy, że nie będzie zadymy. Jeśli będzie, to wy ponosicie za to odpowiedzialność. Wtedy rząd dałby im szansę i uciekł od odpowiedzialności, gdyby związkowcy faktycznie zrobili burdę.
Nie wchodząc w to, jak faktycznie zachowują się związkowcy podczas protestów, premier nie powinien się do nich odwracać plecami. Szczególnie gdy chodzi o święto, które w dużej mierze związkowcom zawdzięczamy.
Jaki będzie efekt decyzji premiera?
- 4 czerwca będzie typową drętwą akademią. Świat w migawkach
zobaczy kurtuazyjne uśmiechy i uściski oficjeli, którzy przyjadą do
Krakowa. Wysłuchamy przemówień, jaką to Polska odegrała ogromną rolę w
obalaniu komunizmu. Ot, impreza jakich wiele.
Gdyby obchody odbyły się w Gdańsku, nawet w odgłosach protestów
stoczniowców, mielibyśmy szansę opowiedzieć światu naprawdę ciekawą
historię. O tym, że przemiany demokratyczne, które się u nas wtedy
zaczęły, zachodziły w dużej mierze dzięki zaangażowaniu społeczeństwa.
To właśnie rozmowy z myślącymi inaczej, przełamywanie barier, stanowiły
paliwo tamtych przemian. A nie odcinanie się od inaczej myślących,
uciekanie przed rozmową, nawet trudną.
A może Tusk się bał się, że ewentualną zadymę wykorzystają jego przeciwnicy polityczni?
- PiS będzie miał co wykorzystywać. Nie zdziwiłbym się, gdyby ich
politycy starali się podczepić 4 czerwca do stoczniowców i przyjechali
do Gdańska. Być może w ich następnej reklamówce wyborczej zobaczymy: z
jednej strony Tusk, który ucieka przed stoczniowcami i rocznicę
świętuje z kolegami w garniturach na wawelskim marmurach, a z drugiej
strony PiS, który nie boi się społeczeństwa i świętuje razem z ludem.
Nie lepiej postępuje Platforma. Wszyscy pamiętamy, jak dwa lata temu,
gdy w Warszawie wyrosło „Białe Miasteczko”, politycy PO chętnie
wychodzili do protestujących pielęgniarek.
Co mogliby dziś zrobić stoczniowcy, by wygrać na decyzji premiera?
Ważne, żeby zrozumieli, że to jest w ich interesie, aby te
protesty były pokojowe, bez petard i palenia opon. Taka forma protestu
nie pozwoliłaby rządowi dalej przyprawiać im gęby bandytów i Tusk by
nie miał innego wyjścia, niż z nimi rozmawiać.
Rozmowa ukazała się w dzienniku „Metro” 8 maja 2009.
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...