|
Agnieszka Wiśniewska, Krytyka Polityczna: Czytał pani może wywiad z Arturem Żmijewskim w weekendowym wydaniu GW?
Ewa Stankiewicz: Nie, nie czytam „Wyborczej”.
To zacznę inaczej. Czy trudno jest wejść z kamerą w tłum, szczególnie tłum niezbyt przepadający za mediami?
Trudno jest wejść z kamerą i nie zniszczyć intymności. Pod Pałacem Prezydenckim podchodziłam do ludzi w żałobie. Wyobraża pani sobie, że na pogrzebie ktoś Panią zaczepia i pyta, co pani czuje? I to jeszcze ktoś, kto wcześniej panią obraził, oszkalował, nazwał moherem i ciemniakiem? Usłyszałam wiele przykrych słów pod adresem dziennikarzy. Nie obrażałam się na to. Ludzie mieli powody, by nie ufać dziennikarzom.
Jakie powody?
Podawali przykłady manipulacji mediów, z którymi się stykali. Ci ludzie przyszli pożegnać prezydenta, który w mediach był przedstawiany, jak w krzywym zwierciadle. Chcieli wyrazić niezgodę na ciągłe ośmieszanie, drukowanie zdjęć prezydenta z głupią miną, z szalikiem do góry nogami. Miałam wrażenie, że ludzie po raz pierwszy tak masowo zakwestionowali wiarygodność mediów. Oczekiwałam, że wywiąże się duża debata publiczna na ten temat.
Nie wywiązała się.
Stało się najgorsze. Zamiast spróbować wysłuchać, zrozumieć, przyznać im prawo istnienia – jakkolwiek absurdalnie to brzmi – dyskredytowano głosy stojących pod Pałacem. „Gazeta Wyborcza” zasugerowała, że w filmie wystąpili aktorzy wygłaszający wyuczone kwestie. Żadnego z bohaterów „Solidarnych” nie pytaliśmy o zawód, to przypadek, że w gronie wypowiadających się był aktor. Manipulacja jest najgroźniejsza wtedy, kiedy używa się prawdziwych sformułowań. Np., kiedy pisze się w tytule: „Aktor płakał pod pałacem”. Zdanie prawdziwe, ale wprowadza większość czytelników w błąd.
Wspomniany aktor bronił się, pytając, czy jego zawód dyskwalifikuje jego poglądy.
Poglądy nie są tu ważne. Ten aktor mówił przede wszystkim o uczuciach, o patriotyzmie.
O co pytaliście ludzi stojących pod Pałacem Prezydenckim?
Zadawaliśmy dwa pytania: co czują i po co przyszli. Wycinaliśmy wypowiedzi polityczne typu: „Głosowałem na…”, bo nie to było najważniejsze. Nie wszyscy zgromadzeni pod pałacem głosowali na Lecha Kaczyńskiego. Wielu przyszło tam, bo to był ich prezydent, chcieli powiedzieć o nim dobre słowo. Dla ludzi, którzy przyszli wtedy pod Pałac, świat kreowany przez media, był jak matrix. Pytali nas: „Czy to my jesteśmy prawdziwi, czy to co pisały media było prawdziwe?”
Jeden z bohaterów mówi, że wcześniej przytaczano sondaże mówiące, że 70 % społeczeństwa nie lubi prezydenta, a teraz przytacza się badania pokazujące, że 70 % prezydenta lubi. Bohater sugeruje, że media kłamią, bo przecież społeczeństwo aż tak się nie zmieniło. Ja bym była skłonna uwierzyć, że to jednak ludzie zmienili zdanie.
Ten prezydent wygrał wybory. Głosowała na niego masa ludzi, w tym także młodych i wykształconych. Oni w mediach nie istnieli. Ale zgadzam się z panią. Część ludzi zmieniła zdanie. Nie można zapominać, że ludzie wyrabiają sobie opinie na podstawie tego, co usłyszą i zobaczą w mediach. Zadaniem mediów jest patrzenie na ręce władzy. Dziennikarze powinni rzetelnie opisywać rzeczywistość, bez względu na to, czy im się ona podoba, czy nie. Jeśli stają się rzecznikiem prasowym jednej partii, zaczyna to zagrażać demokracji.
Pani jako filmowiec ma świadomość, że wybór kadru ma znaczenie, wybór wypowiedzi, którą włączy pani do filmu, ma znaczenie. Robiąc film dokumentalny, stosuje pani te same techniki manipulowania rzeczywistością.
Wybór nie musi oznaczać manipulacji. Manipulacja to wypaczenie, kłamstwo. A wybór – owszem – zawsze jest jakąś ingerencją, ale może próbować oddawać naturę rzeczy, atmosferę sytuacji, pokazać człowieka, wydarzenie, opowiedzieć historię. To oczywiście może być subiektywne i nie zawsze musi się udać. Jest jednak różnica między tym, czy celowo chce się kogoś ośmieszyć, a tym, że z kilkuset wypowiedzi wybieram sto reprezentatywnych dla tego, co się działo pod Pałacem. Mieliśmy jedną negatywną wypowiedź o prezydencie. Jedną. Nie włączyliśmy jej do filmu, bo mogła być kompromitująca dla wypowiadającego się chłopaka.
Sam wybór miejsca ma znaczenie.
Oczywiście, że tak. Poszłam po prostu tam, gdzie szli ludzie.
Czy ten film jest deklaracją polityczną, deklaracją określonych poglądów?
Ale jakich poglądów?
Konserwatywnych.
Ten film pokazuje ludzi, którzy niezależnie od tego, na kogo głosowali, byli zaniepokojeni o losy Polski, pogrążeni w żalu, w bólu. Mieli potrzebę przeżycia tego bólu wspólnie. Granic tej wspólnoty nie wyznaczało to, na kogo kto głosował. Choć na pewno pod Pałac Prezydencki przyszło sporo tych ludzi, którzy szanowali Prezydenta za to, co robił, pomimo medialnej nagonki na niego.
Zaskakuje panią to, że w kontekście tego filmu mówi się o polityce?
To temat zastępczy. Próbuje się wtłoczyć „Solidarnych” w politykę po to, żeby nie rozmawiać o istocie rzeczy, a istotą rzeczy jest szczera dyskusja o kondycji naszego społeczeństwa i państwa, o tym, jak wyglądają media w Polsce, sądy w Polsce, szpitale, autostrady.
A to nie jest polityka?
To jest życie społeczne. A pani nie dziwi, że w odczuciu tak wielu ludzi media uczestniczą w grze politycznej i zamiast relacjonować, kreują rzeczywistość np. poprzez forsowanie przekazu z niszowego zdarzenia i przemilczanie zjawisk na dużą skalę?
Nie. Dawno przestałam wierzyć w obiektywizm mediów. Gazeta pisze, co chce, telewizja pokazuje, co chce. Wkurza mnie to, ale nie dziwi. Wiem, że dziennikarz wybiera, o czym napisze. Dlatego, jak czuję, że nie pisze się o czymś według mnie ważnym, sama o tym piszę na witrynie Krytyki Politycznej. Wierzy pani, że dziennikarz może wyzbyć się poglądów i pisać zupełnie bezstronnie?
Każdy ma poglądy. Chodzi o to, żeby być uczciwym, odważnym i odpornym na naciski redaktora naczelnego.
A nie byłoby uczciwiej, gdyby dziennikarz po prostu powiedział, jakie ma poglądy. Czytając jego teksty, mielibyśmy jasność, z kim mamy do czynienia.
Można mieć poglądy i nadal być uczciwym. Odwołam się do bohatera filmu, który powiedział: „Pani musi uczciwie relacje zdawać. I to wystarczy. Pani się nie musi starać. Wystarczy, że pani będzie uczciwa, ja będę uczciwy. To jest takie proste.” Myśli pani, że jak ktoś wybierał wykrzywione zdjęcie Kaczyńskiego, robił to ze względu na poglądy, czy dlatego, że mając takie, a nie inne poglądy, był nieuczciwy?
Myślę, że robił to ze względu na poglądy.
Ja sądzę, że nie. Że to kwestia małego formatu.
Jest pani zaskoczona, że „Solidarnych 2010” opisuje się jako film propagandowy?
Stara metoda. Co krzyczy złodziej, który ukradnie torebkę? Łap złodzieja! Po to, żeby wprowadzić zamęt i odwrócić uwagę od siebie. Najgłośniej krzyczeli ci, którzy przez ostatnie lata uprawiali propagandę i ten film naruszył ich matrix. „Solidarnych 2010” opisuje się różnie. Wystarczy spojrzeć do internetu, żeby przekonać się, że dla wielu ten film był bardzo ważnym przekazem, wiernie oddającym nastroje i uczucia społeczne.
Powiedzenie, że film jest propagandowy, polityczny od razu taki film dyskredytuje?
Oczywiście że tak. Propaganda to kłamstwo, czyli coś odwrotnego niż to, co pokazaliśmy w filmie.
Propaganda nie musi być kłamstwem. Może być narzędziem perswazji.
Słowo propaganda zakłada kłamstwo. I na ogół jest narzędziem perswazji. Wprowadzamy kogoś w błąd, pomijając argumenty, używając chwytów w określonym celu. „Solidarni 2010” to zapis ważnego zjawiska społecznego, to próba uchwycenia ludzkich emocji. Ten film jest autentyczny, co jest zaprzeczeniem propagandy.
Nawet autentyczne emocje mogą być wykorzystane do celów propagandowych. Często wbrew intencjom twórcy. Państwa film stał się częścią kampanii wyborczej, wykorzystano go do celów politycznych.
Ten film mówi sam za siebie.
Tykanie polityki przez artystów jest złe?
Nie, nawet jest w dobrym tonie, jeśli stoi się po właściwej, jedynie słusznej, stronie. Można być w komitecie honorowym Komorowskiego i żaden dystrybutor fabuły na to nie zareaguje (dystrybutor mojej fabuły wycofał się, po emisji „Solidarnych 2010” – jak twierdzą moi producenci). Pokazanie w pozytywnym świetle drugiej strony – nie mówię tu nawet o stanięciu – podlega karze.
Boi się pani słowa „polityka”?
Nie. Myślę, że polityka to rzeczywistość, która nas otacza.
Przed chwila mówiła pani, że kondycja społeczeństwa i państwa to nie polityka.
[śmiech] To muszę się poprawić. To także polityka. Ciekawe, zwłaszcza, że cały czas rozmawiamy o znaczeniu słów. Tak naprawdę wszystko, co nas otacza jest polityką. To polityka decyduje o wielu sprawach w naszym życiu: gdzie się leczymy, po jakich drogach jeździmy, kto decyduje o naszym bezpieczeństwie i zaciąga zobowiązania finansowe na nasz koszt, podpisując 35-letnią umowę na dostawy gazu z Rosji. To polityka czy życie?
Rozmowa nagrana 26 czerwca 2010.
*Ewa Stankiewicz (ur. 1967) - reżyserka, dokumentalistka, zrealizowała m.in. Dotknij mnie (z Anną Jadowską), Trzech kumpli (z Anną Ferens), Solidarni 2010 (z Janem Pospieszalskim. Za Trzech kumpli - film o losach Lesława Maleszki, Stanisława Pyjasa i Bronisława Wildsteina - otrzymała m.in. Nagrodę im. Adnerzja Woyciechowskiego i Nagrodę im. Dariusza Fikusa.
Czytaj też:
Artur Żmijewski, Bronię „Solidarnych 2010”
Agnieszka Wiśniewska, Brzydkie słowo na „p”
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...