Agata Tomaszewska: Ubiegłoroczny, pierwszy Kongres Kobiet pokazał, że umiemy się zjednoczyć we wspólnym interesie. Jego symbolicznym zwieńczeniem była niemal ogólnonarodowa dyskusja na temat parytetów i skierowanie projektu ustawy do sejmu. Jakie cele ma drugi Kongres?
Magdalena Środa*: To rok wyborów. Chcemy aktywizować kobiety, by angażowały się w politykę na różnych poziomach. Wyzwaniem jest, aby jak najwięcej kobiet startowało w wyborach samorządowych i parlamentarnych, jak najwięcej zostało wybranych i aby jak najczęściej podczas wyborczych debat pojawiała się problematyka kobieca.
Mogłyśmy mieć parytety, a to dobre narzędzie wspierające równość na listach wyborczych, ale panowie z parlamentu zrobili wszystko, by ustawę przetrzymać w zamrażarce. Tym razem nie w słynnej zamrażarce pana marszałka, gdzie przechowywane są ustawy niewygodne dla rządu, ale w zamrażarce komisji sejmowej. Panowie z tej komisji rzadko się zbierają i z reguły mają ważniejsze sprawy. Na ostatnim posiedzeniu PO i PiS pokłóciły się, zanim w ogóle przeszły do sprawy parytetów. Skłóceni parlamentarzyści nie wyznaczyli nawet terminu kolejnego spotkania. To kosmiczny stopień lekceważenia i arogancji. Projekt ustawy był wszak inicjatywą obywatelską! No, ale kobiety, zarówno dla rządu, jak i sejmu, wciąż są obywatelkami czwartej kategorii (po mężczyznach, dzieciach nienarodzonych i piłkarzach).
W założeniu Kongres Kobiet jest otwarty dla wszystkich kobiet. Nie uprzywilejowuje żadnego światopoglądu. Czy kobiety ze środowisk radykalnie feministycznych i kobiety z partii skrajnie prawicowych mogą mieć wspólne cele?
Kongres to nie była inicjatywa ani lewicowa, ani prawicowa, ani feministyczna. Kongres wziął się ze złości kilku kobiet, że jesteśmy lekceważone. I solidarności kilku tysięcy przekonanych, że trzeba coś z tym zrobić. Nie będę opowiadać tej historii jeszcze raz, podczas kongresu ukaże się książka Czas na kobiety, która to wszystko omawia - genezę, pomysły, inicjatywy. Poza tym na Kongresie nie było kobiet z partii skrajnie prawicowych. Z PiS-u była Joanna Kluzik-Rostkowska, nie było nawet Elżbiety Radziszewskiej, bo wbrew swojej funkcji nie zajmuje się ona kobietami. Na Kongres przyszedł ten, kto chciał, a wśród organizatorek były te kobiety, które po prostu (choć dla wielu brzmi to niewiarygodnie) chciały coś zrobić dla innych kobiet.
Motywem przewodnim drugiego Kongresu będą jesienne wybory samorządowe. Jednocześnie data Kongresu zbiega się z wyborami prezydenckimi - w 100% męskimi. Czy któregokolwiek z kandydatów można uznać za rzecznika gender mainstreamingu i interesów kobiet? Czy te kwestie są w ogóle obecne w kampanii?
Nie, nie ma. Pewnych zasad poprawności politycznej przestrzegają Grzegorz Napieralski i Andrzej Olechowski, ale wrażliwości genderowej nie ma nikt. Panowie Bronisław Komorowski i Jarosław Kaczyński - jeśli chodzi o interesy i prawa kobiet rozumiane inaczej, niż w zgodzie z katolickim powołaniem – mają poglądy XIX-wieczne. To kompletna rozpacz. Nawet prawicowy Nicolas Sarkozy rozumiał, że nie da się rządzić bez parytetów. W Polsce wyborczej Anno Domini 2010 rządzi hasło: „Kupą, mości panowie, kupą do władzy!”. Od czasów sejmików szlacheckich nic się nie zmieniło - ani mentalność, ani hasła, ani kłótliwość, ani buta. Kaczyński w spotach chwali dęby, czyli korzenie - zatem naród, symbole, zbanalizowaną do granic śmieszności tradycję. Komorowski nie pozostaje mu dłużny, chwali się powstaniami, własnym internowaniem oraz żoną, która mu gotuje… Korwin Mikke chce przywrócenia funkcji hetmana polowego, bo chce jeździć po kraju i - w razie potrzeby - wygrywać wojny (tak twierdzi w swoim spocie). W kwestiach społecznych, takich jak zapłodnienie in vitro, panowie rzucają okiem na Kościół (w PO rzuca się okiem na Gowina) i radzą raczej modlitwę niż zabieg.
Projekt ustawy parytetowej, po głośnej rocznej kampanii i wielkim publicznym poparciu, ugrzązł w mrokach komisji nadzwyczajnej. Już nie ma szans, żeby został przyjęty przed wyborami samorządowymi. Co będzie się działo z nim dalej?
Właśnie po to jest Kongres: żeby pokazać kobietom, jak bardzo są lekceważone i że powinny się zmobilizować. Bo o władzę się nie prosi, władzę się bierze. Trzeba też pamiętać, że po wyborach samorządowych mamy parlamentarne. Będziemy naciskać, żeby sejm przyjął ustawę parytetową, ale będziemy też szkolić kobiety i pomagać im w przygotowaniach do wyborów. Zostanie zorganizowanych wiele konferencji regionalnych, przed jednymi i drugimi wyborami. Będzie się działo.
W Nowym Wspaniałym Świecie razem z innymi reprezentantkami środowiska akademicko-feministycznego prowadziła pani cykl seminariów „Główne nurty feminizmu”. Czy da się przekonać Polki, by polubiły feminizm?
Na seminiariach było mnóstwo osób, do feminizmu nikogo nie trzeba przekonywać. Trzeba przekonywać do czytania. Feminizmu nie lubią ignoranci, którzy nie mają pojęcia, czym jest feminizm, a na świat patrzą przez pryzmat stereotypów i uprzedzeń. Kiedyś wszystkich filozofów niemarksistowskich (nawet Arystotelesa) postrzegano w kategoriach burżuazyjnych, czyli zagrożeniowych. Brało się to ze strachu i ignorancji. Teraz może nie ma strachu przed feministkami, ale jest wielka ignorancja. I wielkie parcie na tradycję, naród, hierarchię i Kościół. Nie wiem, dlaczego w tak nowoczesnym pod wieloma względami państwie, jak Polska, utrzymuje się tak wysoki poziom ignorancji dotyczącej politycznej różnorodności oraz tak wysoki poziom kościelnego serwilizmu. To szkodzi Polsce i ją ośmiesza. I to trzeba zmienić.
*prof. Magdalena Środa – filozofka, publicystka. Autorka książek Idea godności w kulturze i etyce, Indywidualizm i jego krytycy, Kobiety i władza. Jako Pełnomocnik Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn (2004-2005) wywołała burzliwą dyskusję o kulturowych uwarunkowaniach przemocy wobec kobiet w Polsce. Jest jedną z organizatorek Kongresu Kobiet.
Na podobny temat
|
kiedyś chciałem kupić bilet kolejowy ...
gdyby mężczyzni słuchali instynktów ...